Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Krzysztof Wyszkowski

Krzysztof Wyszkowski

Adres witryny: E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Dokumenty IPN: SB w 1986 r. niszczy donos "Bolka" z 1971 r.

W dokumentach IPN z teczki tajnego współpracownika SB "Bolka", którego współpraca miała się zakończyć w 1976 r., jest prośba z listopada 1986 r. o zgodę na zniszczenie meldunku "Bolka" ze stycznia 1971 r., użytego do tajnej operacji SB kompromitowania Lecha Wałęsy przed Komitetem Noblowskim.

W obronie cywilizacji łacińskiej

niedziela, 28 lutego 2016 20:02

W 2016 roku w Polsce obchodzone będzie 1050-lecie Chrztu Polski.

Limuzyna wywożąca Bolka wczoraj z lotniska im. Walesy (kim może być ten "Walesa"?) o malo nie zmiażdżyła stóp dziennikarzom, którzy (o, święta naiwności!) mniemali, że Bolek, jak obiecał, "stanie w prawdzie" i powie, że szpicel Bolek to jego sobowtór. 

Po kilku latach udawania przez Lecha Parella, dyrektora Polskiego Radia Gdańsk, że mnie nie zna (byliśmy przyjaciółmi zanim został "żołnierzem" Tuska"), a przez red. Agnieszkę Michajłow, że nie zna numeru mojego telefonu, otrzymałem propozycję rozmowy.

Czy można się dziwić? Parell wmawiał sobie, że obrona Radia przede mną, to jego Westerplatte (JP II "każdy ma swoje Westerplatte"). Zarobił na tym wielkie pieniądze i nie będzie musiał płacić odzszkodowania za narzucenie Radiu polityki kłamstwa. Co zarobił to jego, a jego dziennikarscy "niewolnicy" chcą teraz zarabiać na służbie "nowemu panu". Mam nadzieję, że Michajłow nie rzuci się teraz do gardła Wałęsie za to, że latami tuczyła się na popularyzowaniu jego łgarstw. 

Co mam robić? Rozmawiać z płatnymi propagandystami kłamstwa? Odmówić biedakom, którzy mają przecież na utrzymaniu swoje rodziny i teraz będą kwilić, że kłamali bo "musieli"?

Kapłaństwo oraz peerelowski tytuł naukowy profesora są godnościami, nadawanymi jednakże przez mocodaw-ców o bardzo odmiennych kwalifikacjach etycznych.

Lech Wałęsa zaproponował debatę na temat zarzutów o współpracę z SB. Jak Pan odebrał taki pomysł?

- Dla mnie ten pomysł jest absurdalny, gdyż ta sprawa jest już wyjaśniona i udokumentowana.

Materiał wykorzystany w niniejszym artykule zacząłem gromadzić wczesną jesienią z zamiarem napisania czegoś, co mogłoby zainspirować rodaków w kraju do poszukiwania kompromisowych rozwiązań kwestii uchodźców z Syrii.

20 lat zmowy milczenia

poniedziałek, 19 października 2015 06:58

20 rocznica śmierci księdza Jerzego Popiełuszki nie może stać się okazją do prezentowania Jaruzelskiego i innych zbrodniarzy jako Konradów Wallenrodów walczących o dobro Polski i chroniących Polaków przed sowietyzmem. (1)

Według powszechnych oczekiwań 20. rocznica porwania i zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki miała stać się okresem głębokiej refleksji nad trwałym sensem jego misji i jej znaczenia dla losów narodu. Tłem tych refleksji miała być zapowiedziana beatyfikacja księdza Jerzego oraz przyszłoroczna 25. rocznica powstania “Solidarności”. Wydawało się więc, że główny głos należeć będzie do Kościoła i “Solidarności”, a po pierwsze do samego kapelana “Solidarności” - męczennika Kościoła i narodu.

I w tej atmosferze nagle pojawiła wszystko zmieniająca sensacja. Oto renomowany historyk wyciąga z kieszeni znany sobie od lat dokument, a media ogłaszają go rewelacją, rzekomo zmieniającą dotychczasową wiedzę o mocodawcach mordu. W ten sposób bohaterem rocznicy staje się nie polski ksiądz, a sowiecki generał w polskim mundurze, który, choć otoczony przez spiskujących wrogów, dzielnie ratował polską rację stanu.

Jakby tego było mało, po paru dniach TVP podaje następną rzekomą sensację – władze PRL planowały w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku zamordowanie Adama Michnika. Może więc, zamiast 20 rocznicy śmierci księdza Popiełuszki, powinniśmy obchodzić rocznicę uratowania Polski przed atakiem sowieckim przez Jaruzelskiego oraz cudownego ocalenia Michnika?

Te działania są literalnym powtórzeniem ostrzeżeń Jaruzelskiego z 1984 roku, który twierdził, że wrogowie PRL wykorzystują trumnę księdza do ataków na SB. Dzisiaj znowu, wskazując na atakowanych przez “beton” Jaruzelskiego i Michnika, prowadzi się propagandę zmierzającą do tego, aby było “ciszej nad tą trumną”.

Jan Olszewski, oskarżyciel posiłkowy z ramienia rodziny księdza Popiełuszki podczas procesu toruńskiego, powiedział w wywiadzie dla tygodnika “Nasza Polska” (nr 41 z 12.X.2004 r.): “Ta rocznica, przygotowywana wielkim nakładem środków, przy dużym zaangażowaniu Kościoła, “Solidarności” i różnych środowisk społecznych, rocznica, która powinna być przede wszystkim przypomnieniem przesłania moralnego, ideowego i politycznego księdza Jerzego, w tej chwili schodzi na drugi plan, a właściwie znika. (...) gdzieś ginie to całe przesłanie księdza Jerzego, którego aktualność jest w tej chwili uderzająca, a które musi być bardzo niewygodne dla elity władzy w dzisiejszej Polsce. Po pierwsze, jest to przesłanie związane z bezinteresowną służbą publiczną, której brak ks. Popiełuszko wytykał ówczesnej władzy. Po drugie, nawiązuje ono do obrony interesów i godności świata pracy, który dzisiaj podlega równie przykrym doświadczeniom jak wówczas, chociaż w nieco inny sposób, ale jest to problem tak samo uderzający i ważny. I jeżeli ta rocznica rozpłynie się w szumie informacyjnym wokół jakiejś doraźnej sensacji, to zatraci się jej głębsza wymowa, czyli to, za co zginął ksiądz Jerzy. A to jak najbardziej leży w interesie obecnego układu rządzącego.”

Olszewski mówi: “nie mam dowodów, że prof. Paczkowskiego ktoś inspirował”, ale przecież Paczkowski jest badaczem PRL-u, członkiem kolegium IPN i doskonale zna mechanizm zwalczania “legendy” ks. Jerzego. Dlaczego teraz mówi: “Zdumiewające, że oni trzymali "betoniarzy" w Biurze Politycznym, bo się bali, że bez nich utracą kontakt z sekretarzami komitetów wojewódzkich, czyli swoim zapleczem. I to był prawdziwy dramat Jaruzelskiego - to, że był od nich zależny.”? (2) Rocznica zamordowania księdza staje się okazją do biadań nad dramatem Jaruzelskiego. (3) W miesiąc po zamordowaniu księdza Jerzego, na posiedzeniu BP KC PZPR Kiszczak twierdził, że tak jak władze, również prymas i większość Episkopatu chcą “konsekwentnego wyciszania sprawy Popiełuszki” oraz informował, że: “resort spraw wewnętrznych ze swej strony wykorzystując dostępne możliwości operacyjne zarówno Służby Bezpieczeństwa, jak i wywiadu, dąży do utrwalania tych korzystnych dla nas tendencji w stanowisku politycznym polskiego Kościoła i Watykanu”. W ten sposób władze usiłowały znaleźć sojusznika w działaniach na rzecz oczerniania swojej ofiary.

“Gdy czyta się wypowiedzi władzy, zwłaszcza zachowane stenogramy Biura Politycznego – spisane dosłownie z taśmy wypowiedzi we własnym gronie, które nigdy nie miały zostać ujawnione nikomu niepowołanemu – uderza, wręcz szokuje, całkowity brak choćby jednej wzmianki, pozwalającej doszukać się jakichkolwiek ludzkich uczuć wobec zamordowanego księdza” – napisali Ewa Czaczkowska i Tomasz Wiścicki, autorzy książki “Ksiądz Jerzy Popiełuszko”. Ten cynizm, za pośrednictwem monopolu prasy, radia i telewizji, przy pomocy tysięcy dyspozycyjnych dziennikarzy oraz licznych intelektualistów i artystów, był stale narzucany całemu społeczeństwu. Wkrótce potem proces morderców stał się narzędziem zniesławiania i upokarzania księdza Popiełuszki, a także ludzi, którzy go słuchali.

Według tej propagandy ksiądz Popiełuszko stawał się tylko jakąś przypadkową ofiarą, a prawdziwym poszkodowanym było SB, MSW i PRL. Jaruzelski mówił: “jest to zbrodnia na Popiełuszce jako człowieku w sensie fizycznym. Ale w sensie politycznym jest to cios, jest to zbrodnia wobec partii, wobec socjalizmu.”

Choć brzmi to niesamowicie, współbrzmienie w tej “antypopiełuszkowej” propagandzie, władze znalazły nawet w osobie przebywającego w więzieniu Adama Michnika. W książce “Takie czasy… rzecz o kompromisie”, pisanej od marca do maja 1995 r., Michnik szeroko analizuje stosunki państwa z Kościołem, ale o samym księdzu Popiełuszce wspomina tylko incydentalnie. Ten publiczny dystans wobec kapłana, któremu przecież Michnik tak wiele zawdzięczał w staraniach o uwiarygodnienie w szerokich kręgach katolickich, był jawnym, rażącym pomniejszeniem postaci i roli księdza Jerzego.

Pomniejszenie to, a właściwie odrzucenie, jest szczególnie wyraźne, gdy Michnik, po dokonaniu psychologicznej analizy Grzegorza Piotrowskiego, przystępuje do nauczania o obowiązku odrzucenia nienawiści wobec zbrodniarzy. W tym wykładzie, pisanym wobec świeżego grobu księdza Jerzego, ani słowem nie wspomina o człowieku, który na całą Polskę stale głosił zasadę: “zło dobrem zwyciężaj”. Przeciwnie, nauczycielem cnoty ewangelicznej czyni siebie samego oraz Leszka Kołakowskiego. Okazuje się, że dla uzyskania odpowiedzi na pytanie, jaka powinna być chrześcijańska odpowiedź na nienawiść ze strony Piotrowskiego, Jaruzelskiego i Kiszczaka, najtrafniej jest zwrócić się nie do księdza Popiełuszki, który życiem zaświadczył prawdziwość swej postawy, a do komunistycznego rewizjonisty, a Michnik wskazuje: “Chrześcijaństwoprzypominał Kołakowski domaga się więcej: domaga się miłowania nieprzyjaciół. (...) jest i zawsze będzie bardzo niewielu takich, którzy prawdziwie do tego wymagania dorośli; ale na barkach tych nielicznych wspiera się gmach naszej cywilizacji (...). Zaraz potem Michnik odbiera księdzu Popiełuszce jego główne dzieło - odnowienie i stałe przypominanie ludziom “Solidarności” nauczania świętego Pawła, by zło dobrem zwyciężać: “Ten niezwykły – piękny i jasny – wywód Leszka Kołakowskiego wielu ludzi z “Solidarności” uznaje za swoje wyznanie wiary.(4)

Wydziedziczenie księdza Jerzego z misji kapłana “Solidarności” szerzącego fundamentalne zasady chrześcijańskie jest omownym wsparciem dla twierdzeń ówczesnej oficjalnej propagandy, rozpowszechnianych przez “Goebbelsa stanu wojennego” Jerzego Urbana, oraz Jaruzelskiego i Kiszczaka, że ks. Popiełuszko był rzecznikiem nienawiści.

System zbrodni – kadry zbrodniarzy

20 rocznica śmierci księdza Popiełuszki nie może stać się okazją do prezentowania Jaruzelskiego i innych zbrodniarzy jako Konradów Wallenrodów walczących o dobro Polski i chroniących Polaków przed sowietyzmem.

Jaruzelski nie był samotnym patriotą otoczonym przez komunistycznych zdrajców. Był sowieckim janczarem wiernie wykonującym wszystkie polecenia swych zwierzchników z Moskwy. Był konsekwentnym zdrajcą, który uprawiał swój zbrodniczy fach przez 46 lat służby okupantowi. Był cynicznym łajdakiem i właśnie dlatego został ustanowiony dyktatorem PRL, że najlepiej reprezentował interesy Imperium Zła.

Takim samym zdrajcą Polski, a “wiernym, czynnym i sprawnym jak knut w ręku kata” agentem sowieckim - był Kiszczak. Ci ludzie od Milewskiego, Kociołka, Olszowskiego czy Żabińskiego nie różnili się niczym innym oprócz zdolności wypełniania poleceń i oczekiwań sowieckich. Na czele PRL stawał zawsze ten zdrajca, który wierniej, czynniej i sprawniej sprawował swoje funkcje knuta.

Stalin zdecydował, że Polska nie zostanie włączona do ZSRS, bo taki był jej interes państwowy. Stalin zdecydował, że na czołowych stanowiskach w PRL w większości staną Polacy, bo taki był interes państwowy ZSRS. Ludzie Stalina wybrali, przeszkolili i ustawili Jaruzelskiego, Kiszczaka, Rakowskiego w aparacie władzy PRL, bo taki był interes ZSRS.

Skład peerelowskiej elity władzy był bezpośrednim wyrazem zamiarów i potrzeb ZSRS wobec narodu i państwa polskiego.

Twierdzenie, że Sowieci zawsze chcieli Polski bardziej niewolniczej, a polscy namiestnicy bronili nas przed tym, jest zdecydowanie fałszywe. Rosjanie oceniali sprawę według własnego interesu, a na ogół nakazywał on pozwalanie, by Polacy pilnowali się sami. Właśnie wbrew polskim komunistom, którzy błagali go o włączenie Polski do ZSRS, Stalin nakazał budowanie oddzielnego quasi państwa w postaci PRL. Podobnie było ze stanem wojennym, gdy to Jaruzelski prosił o udzielenie zbrojnej pomocy, co oznaczałoby nowy mord na elitach patriotycznych, a Sowieci twardo jej odmawiali.

Jaruzelski, Kiszczak, Barcikowski, Rakowski – to wszystko wychowankowie szkoły zdrady i zbrodni, kierowanej przez Bieruta, Bermana, Brystygierową. “Jesienią 1947 r. dyrektor V Departamentu MPB Julia Brystiger wydała instrukcję na temat przekształcania mentalności funkcjonariuszy urzędu bezpieczeństwa, ich sposobu myślenia na temat nowego wroga. Do tej pory było nim reakcyjne podziemie i popierające je grupy społeczne. Teraz pracownicy MBP mieli stać się subtelniejsi – nie tylko strzelać i płytko pod glebą chować trupy – ale zająć się dużo bardziej skomplikowaną materią, jaką był i jest Kościół. Płk Brystiger wręcz wołała: nie bójmy się Kościoła, nie bójmy się wejścia do klasztorów, nie bójmy się znalezienia agentury wewnątrz tej hermetycznej instytucji! (...) po marcu 1949 r. UB prowadziło równolegle dwie strategie walki z Kościołem. Pierwsza polegała na budowaniu agentury – rezydent, agent, informator – której zadaniem było między innymi przeniknięcie do struktur, by następnie stanowić zaplecze potrzebne do ewentualnego przechwycenia ważnych stanowisk w Kościele. Drugą było prowadzenie działalności nazwanej później działalnością dezintegracyjną, realizowanej w kuriach, zakonach i gronie świeckich pracowników Kościoła. (...) Działalność dezintegracyjną w latach siedemdziesiątych wkomponowano w zadania Grupy “D” Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, od 1977 r. będącej osobnym VI Wydziałem tego departamentu. (5) W rzeczywistości, co najmniej od początku 1949 r., istnieje w aktach UB i kościelnych przekazach bardzo dużo informacji na temat takiej właśnie działalności funkcjonariuszy UB, których zadaniem była prowokacja, tworzenie atmosfery ośmieszającej Kościół i duchowieństwo, próby zastraszania, zabójstwa czy skrytobójstwa.(...) Kilkakrotnie usiłowano zamordować młodego prymasa Stefana Wyszyńskiego, po raz pierwszy w trakcie trwania ingresu.” (6)

Jeżeli prokurator Andrzej Witkowski twierdzi, że “sygnał do zamordowania księdza Jerzego wyszedł od sowieckich władz”, to trzeba pamiętać, że tak samo z Moskwy przyszło polecenie mianowania Jaruzelskiego I sekretarzem i premierem, a Kiszczaka ministrem spraw wewnętrznych.

Agentura

Realizacja wielkich kombinacji operacyjnych SB, takich jak porwanie księdza Popiełuszki, wymaga aktywnego udziału wielkiej ilości agentów, tzw. tajnych współpracowników SB. Musiała być do niej użyta nie tylko agentura Departamentu IV (antykościelnego), ale również Departamentów III i IIIa, specjalizujących się w rozpracowywaniu krajowych środowisk antykomunistycznych. Zresztą sama koncepcja tej kombinacji bardziej pasuje do np. gen. Majchrowskiego, szefa Dep. III, niż do takich jak Ciastoń czy Płatek. Majchrowski to ubek nowoczesny, z wyobraźnią, zupełnie niepodobny do tępych zbójów typu moczarowskiego.

O agenturze Dep. IV wiadomo niewiele, jako że Kościół pilnie strzeże udostępnionej sobie wiedzy. Ze szczątkowych informacji wynika, że SB zbudowała sieć agenturalną nawet wokół prymasa, wykorzystując do tego laikat, m.in. niektórych działaczy Archikonfraterni Literackiej, organizacji zdominowanej przez żołnierzy AK, funkcjonującej na zapleczu katedry św. Jana, pomiędzy mieszkaniem bpa Dąbrowskiego na Dziekanii, a mieszkaniem Stanisława Stommy. AL prowadziła agresywną propagandę antysemicką, wykorzystując do tego nawet podziemia kościoła św. Krzyża. Jednego z jej działaczy, skazanego w r. 1950 za mord na Żydach dokonany w 1944 r., ale później uniewinnionego, współpracującego po aresztowaniu z Maksymilianem Lityńskim z Informacji Wojskowej, prymas odznaczył medalem za zasługi dla Kościoła.

O agenturze w diecezji gdańskiej wiadomo tyle, że arcybiskup Gocłowski nie wyciągnął żadnych konsekwencji wobec kapłanów, których teczki otrzymał po 1989 r. Z pewnością nie dlatego, że była to agentura marginalna, a jak należy się domyślać, raczej dlatego, że jej eliminacja mogłaby doprowadzić do diecezjalnego trzęsienia ziemi[1].

Pośrednim objawem możliwości tej agentury jest współczesna afera wydawnictwa “Stella Maris”, w której ujawnione zostały powiązania bliskiego arcybiskupowi kapłana z elitą pomorskich postkomunistów. Warto pamiętać, że ów kapłan brał udział w wielu ważnych wydarzeniach politycznych, np. w negocjacjach z komendantem wojewódzkim MO Andrzejewskim, podczas strajku w Stoczni Gdańskiej w maju 1988 r.[2]

Agentura Dep. III w Gdańsku jest lepiej rozeznana. Już przed Sierpniem`80 w środowisku Wolnych Związków Zawodowych zostało przeprowadzone dochodzenie w sprawie Edwina Myszka, które doprowadziło do ujawnienia go jako agenta SB. (9) Ujawnienie to nie spowodowało jednak przerwania jego agenturalnej działalności.

Wiosną 1982 r., przebywając w obozie internowanych, dowiedziałem się Myszk jest działaczem diecezjalnego ośrodka pomocy represjonowanym. Napisałem list do księdza prowadzącego ośrodek, w którym podałem całą wiedzę o bardzo groźnym prowokatorze SB. Ksiądz odpowiedział mi, że wie wszystko od samego Myszka, który jednak teraz jest już zupełnie innym człowiekiem i dlatego pozostanie jego współpracownikiem.

Później Myszk, zresztą były seminarzysta, drukował, rzekomo w podziemiu, Pismo Święte, co stało się okazją do doskonałych zarobków przez funkcjonariuszy SB. W 1989 r. Myszk zaangażował się (cały czas jako agent SB) w gangu sprowadzającym kradzione na Zachodzie samochody, dzięki czemu stał się dostawcą limuzyn dla wielu prominentnych księży diecezji gdańskiej. (10)

Afera Myszka jest pojedynczym przykładem pozycji jakie SB zdobyła wśród gdańskiego kleru.

Innym ważnym agentem był t.w. “Irmena”, który oprócz pełnienia funkcji kuriera łączącego podziemie i jawną “Solidarność” (organizował spotkania Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej z udziałem np. ukrywającego się Zbigniewa Bujaka), jeździł do Brukseli i woził po Europie znajomych księży. Wizyty księży w dzielnicach rozrywki dawały okazje do zbierania na nich “haków” obyczajowych i pozyskiwania wartościowych wejść do instytucji kościelnych na Zachodzie.

“Irmena” przywoził z Zachodu pieniądze i tajną korespondencję dla “Solidarności”. Po przyjeździe do Świecka helikopter SB zabierał go do Warszawy na spotkanie z gen. Pożogą, a funkcjonariusze kopiowali korespondencję i spisywali oraz znaczyli dolary, podkładając wśród nich również banknoty fałszywe (dzięki temu SB mogła nie tylko kontrolować obieg tych pieniędzy - tzw. “cinkciarze” byli agenturą SB - ale również werbować agenturę grożąc karami za obrót podrobioną walutą. Następnie helikopter odstawiał “Irmenę” na lotnisko w Pruszczu Gdańskim, gdzie czekał już jego mercedes. W Gdańsku “Irmena” dostarczał ładunek Jackowi Merkelowi i Arkadiuszowi Rybickiemu, którzy rozprowadzali go dalej.

Dodatkowym zadaniem “Irmeny” było zbieranie opisów działalności, ocen i prognoz dokonywanych przez działaczy “Solidarności”, które służyły następnie do tworzenia opracowań w Biurze Studiów i Analiz oraz utworzonym przez Jaruzelskiego zespole koncepcyjnym złożonym z Pożogi, Urbana i Cioska.

Doskonale uplasowanym agentem SB był Janusz Molka, który zaczynając od pozycji współpracownika Aleksandra Halla doszedł do funkcji “szefa kontrwywiadu” władz regionu gdańskiego. Dzięki tej pozycji wiedział bardzo dużo o działaczach i mógł podsuwać ich do werbunku przez SB. Mógł też wprowadzać do środowiska nowych agentów i kompromitować uczciwych działaczy wskazując ich jako rzekomych współpracowników SB (typowe działania agenta Wydziału “D” – dezintegracji). Molka z czasem został kadrowym oficerem SB i, nie wykryty, skutecznie kontrolował podziemie aż do końca istnienia SB.

Funkcja Molki, jako fałszywego oskarżyciela, posłużyła SB do wypracowania ważnej kombinacji operacyjnej przygotowującej operację porwania księdza Jerzego. Po aresztowaniu wiosną 1984 r. działacza regionalnej podziemnej “Solidarności” Świtka, jako winnego współpracy z SB, agentura wskazała człowieka absolutnie uczciwego i na tej podstawie rozwinęła groźną prowokację.

Latem 1984 Paweł Pilarski, wspópracownik diecezjalnego ośrodka pomocy represjonowanym, zwrócił się do mnie z prośbą o ukrycie w Warszawie działacza podziemnej “Solidarności” Pałubińskiego, któremu w Gdańsku “grunt pali się pod nogami”. Podjąłem się tego zadania i umieściłem Pałubińskiego u swoich warszawskich przyjaciół, pracujących jako wykładowcy akademiccy. Po kilku dniach zostałem zaalarmowany żądaniem, by natychmiast zabrać swojego “podopiecznego”. Okazało się, że Pałubiński, skądinąd człowiek bardzo sympatyczny, uraczył gospodarzy następującą opowieścią: Po stwierdzeniu, kim jest człowiek odpowiedzialny za naprowadzenie SB na trop Świtka, podziemie gdańskie wydało na niego wyrok śmierci. Cieszący się zaufaniem kolegów Pałubiński został wyznaczony na kata. Egzekucja miała odbyć się w podziemiach kościoła. Rzekomy agent miał zostać zarżnięty nożem kuchennym, o którego kształcie Pałubiński chętnie opowiadał. Mord nie doszedł do skutku, bo księdzu z kościoła, w którego podziemiach miał się on dokonać, plan ten nie bardzo się podobał i właśnie w tej chwili Pałubińskiemu “grunt zaczął się palić pod nogami”.

Zawstydzony tym wydarzeniem przeniosłem Połubińskiego do mieszkania innych znajomych, gdzie nadal dostarczałem mu żywności i pieniędzy, uzyskiwanych w ośrodku pomocy przy kościele św. Marcina, zakazując mu niepotrzebnego gadania. Po kilku dniach sytuacja jednak się powtórzyła. Niczym nie zrażony Pałubiński zawiadomił mnie, że potrafił ze swoimi rewelacjami dotrzeć nawet do Michnika. Kazałem mu wynosić się gdzie chce, choć nadal nie przychodziło mi do głowy, że mam do czynienia ze zwykłym prowokatorem. Nie wiedziałem wówczas, że w październiku 1984 r. Pałubiński ujawnił się przed prokuratorem w Gdańsku i złożył zeznania na temat swej działalności podziemnej. (11)

Wszyscy ludzie, którzy gościli Pałubińskiego, poddani zostali przez SB niesłychanie starannemu rozpracowaniu. Podsłuchy założono im w każdym pomieszczeniu, włącznie z ubikacją. Nasłano na nich innych prowokatorów, którzy wielkim nakładem sił i środków starali się otoczyć ich szczelnym pierścieniem agentury. Wszyscy goście po wyjściu z mieszkania byli inwigilowani.

Choć w tej olbrzymiej operacji chodziło nie tylko o rozpowszechnienie wśród wiarygodnych, sympatyzujących z “Solidarnością”, intelektualistów wiedzy o rzekomych zbrodniczych praktykach podziemia (gościem bywał również np. Jacek Ambroziak, pracownik ks. Orszulika i późniejszy sprawozdawca z procesu toruńskiego), to niewątpliwie gdyby doszło do procesu w tych sprawach, to niektórzy z nich złożyliby, zgodne ze swoim sumieniem, zeznania wspierające oskarżenie.

Prowokację wobec mnie i moich znajomych rozumiem, jako jeden z elementów przygotowań do oskarżenia podziemia o porwanie księdza Popiełuszki.

Cała konstrukcja prowokacji była oczywiście daleko bogatsza. Należało do niej wcześniejsze porwanie w Warszawie Janusza Krupskiego i seria porwań w Toruniu.

W przypadku Krupskiego chodziło o zorganizowanie rzekomego napadu podziemia na człowieka uznanego przez nie za agenta SB. Dlatego Krupski został oblany śmierdzącym płynem, że zamierzano to w odpowiednim momencie przedstawić, jako metodę charakterystyczną dla podziemia, które w ten sposób “oznaczać” miało ludzi uznanych za zdrajców (także dlatego w Toruniu, osoby porwane, po wielogodzinnym dręczeniu, oblane wódką wyrzucano czasem na śmietniku).

Porwania toruńskie zostały zorganizowane wokół osoby Antoniego Mężydły, działacza gdańskiego Studenckiego Komitetu Solidarności i współpracownika Wolnych Związków Zawodowych z lat siedemdziesiątych, a więc człowieka z wewnętrznego kręgu ludzi najbliższych Wałęsie i Borusewiczowi. Mężydło był porwany i torturowany w okolicznościach bardzo przypominających działania grupy Piotrowskiego, który, zapewne nieprzypadkowo, przebywał w tym czasie na delegacji w Toruniu. Chodzi o charakterystyczną “amatorszczyznę” wyposażenia, metody tortur i demonstracyjnie “prywatne” miejsca, w których przetrzymywano ofiary. Całość robiła wrażenie czegoś udawanego, co ma sens tylko wówczas, gdy zinterpretuje się to, jako podstawę do późniejszego wyjaśnienia, że nie byli to funkcjonariusze SB, a właśnie “amatorzy” z rzekomej kontrwywiadowczej bojówki podziemia. Żeby nie było wątpliwości, w trakcie przerwy w torturach dano Mężydle do zrozumienia, że porywacze reprezentują podziemie, a “badanie” ma na celu stwierdzenie, czy nie jest on współpracownikiem SB.

Na tle takich konceptów zrozumiałe staje się użycie przez grupę Piotrowskiego wyposażenia robiącego wrażenie absolutnej amatorszczyzny: kamienie polne, drągi z płotu, marny samochód (tylko na pozór, bo w rzeczywistości fiat użyty do akcji był autem specjalnym), seryjny magnetofon niskiej jakości, jakieś szmaty i sznurki. Rzekomo amatorska miała być nawet nieumiejętność maskowania się przed akcją, zarówno w Gdańsku, jak w Bydgoszczy, gdzie różne osoby zauważyły dziwnych obcych. (12)

Kazuń

Od czasu procesu toruńskiego wiadomo jest o planie zawiezienia księdza Jerzego po porwaniu na “przesłuchanie” do bunkra pod Kazuniem. O Kazuniu, jako miejscu zaplanowanego na długo przed pierwszą próbą porwania w dniu 13.X.1984 r., w którym ksiądz miał być przetrzymywany, mówili zarówno Piotrowski, jak Chmielewski i Pękala. Piotrowski miał nawet sprawdzać ten bunkier wraz z funkcjonariuszem KGB. Z Kazunia rzeczywiście zabrano 50 kg kamieni, które przechowywano w szafie pancernej w MSW.

Nikt jednak dotychczas nie podał żadnego powodu, dla którego porywacze wybrali właśnie to miejsce na scenę dla torturowania i zamordowania księdza.

Biorąc pod uwagę wszystkie poprzednio podane cechy tej prowokacji, sądzę, że Kazuń został wybrany nieprzypadkowo. Jak wszystkie inne elementy scenariusza musiał posiadać uwiarygodnione związki z działalnością ludzi podziemia. SB musiała być w posiadaniu dowodów, że wśród osób stykających się z działaczami podziemia gdańskiego, bunkier w Kazuniu będzie trafiał na uprzednią wiedzę o planach wykorzystania go do ćwiczeń zbrojnych bojówek. Według moich informacji takie plany, zapewne całkowicie żartobliwie, snuć mieli w latach siedemdziesiątych studenci KUL, wśród nich Janusz Krupski, Marian Piłka i Bogdan Borusewicz.

Wydaje się, że takie uzasadnienie mogło być wystarczające dla wyboru bunkra w Kazuniu na miejsce kaźni księdza. Zwłoki księdza miały zostać przypadkowe odkryte jakiś czas po porwaniu i dalej sprawa powiązania bunkra z ludźmi podziemia potoczyłaby się już wypracowanym wcześniej przez SB torem.

Silnym dowodem na planowane obciążenie podziemia porwaniem księdza Jerzego jest wysłanie przez nie do Gdańska 19 października 1984 r. grupy Janusza Dróżdża (13), pełniącego funkcję zastępcy Piotrowskiego. Dróżdż zapewne przygotował agenturę do planu zmienionego po nieudanym zamachu sprzed sześciu dni i omówił tempo aresztowań współpracujących z podziemiem funkcjonariuszy SB.

Waldemar Siedliński został aresztowany 23.X, a Adam Hodysz następnego dnia. Opóźnienie w stosunku do daty porwania miało markować dokonanie tych aresztowań, jako wyniku śledztwa ukierunkowanego podrzuconym na miejscu porwaniu orzełkiem od czapki milicyjnej, który nie dość, że był nieaktualnego wzoru, to nigdy nie był do niej przyczepiony, co miało stanowić kolejny dowód amatorszczyzny prowokacyjnego planu podziemia.

Pełny obraz zamiarów władz widać po umieszczeniu Hodysza i Siedlińskiego w jednej celi z Piotrowskim. Rozumie się, że podsłuch w celi miał zarejestrować wymianę zdań na temat współpracy ich wszystkich z podziemiem.

Aresztowanie Siedlińskiego i Hodysza było oczywiście wykorzystaniem kilkuletniej już gry operacyjnej. Adam Hodysz został zdekonspirowany jako współpracownik Halla i Borusewicza już przynajmniej wiosną 1980 r. Od tego czasu SB wykorzystywała go do działań dezinformacyjnych wobec “Solidarności”, o czym, jako potencjalnej możliwości, Hodysz lojalnie z góry uprzedził. (14) Sprawa zwerbowania Siedlińskiego do współpracy z podziemiem wymaga dokładnego zbadania dla wykluczenia, że SB chciała w ten sposób rozszerzyć swe działania dezinformacyjne.

Fakt, że Hodysz nie został aresztowany np. po 13 grudnia 1981 r. (gdy uprzedził Halla o grożącym mu aresztowaniu, a Hall poinformował obradujących w Stoczni Gdańskiej działaczy “Solidarności” o rozpoczęciu szerokiej akcji policyjnej) wskazuje, że akcja porwania księdza miała absolutnie najwyższy priorytet wśród najważniejszych strategicznych operacji SB.

Do dziś wiemy bardzo niewiele o organizowanych wówczas przez SB uprawdopodobnieniach porwania księdza przez podziemie, ale ważnym śladem jest również dokonanie, 21.X.1984 r. przez SB, najścia na mieszkanie Andrzeja Milczanowskiego w Szczecinie pod pretekstem sprawdzenia jego alibi na dzień 19. X. Milczanowski był bliskim współpracownikiem Jacka Merkela, w tym czasie najbliższego współpracownika Wałęsy. (15)

Przy tym wszystkim zadziwiającym zaiste zbiegiem okoliczności był fakt wyznaczenia prokuratora Merkela, ojca Jacka, do prowadzenia dochodzenia w sprawie porwania księdza Popiełuszki.

W tym miejscy należy powiedzieć, że bardzo wiele materiałów mogących pomóc w odtworzeniu całego wymiaru prowokacji znajduje się w książkach Krystyny Daszkiewicz (“Uprowadzenie i morderstwo ks. Jerzego Popiełuszki”, Poznań 1990 oraz “Kulisy zbrodni”, Poznań 1994), a także w niedawno wydanej książce Krzysztofa Kąkolewskiego: “Ksiądz Jerzy w rękach oprawców” (Warszawa 2004). Nie sposób w tym miejscy cytować te materiały, więc dla przykładu podam tylko sensacyjną, ale całkowicie prawdziwą informację, że Marcin Dybowski (Kąkolewski nie podaje jego nazwiska) twierdzi, iż był członkiem oddziału zbrojnego planującego, i mającego podobno realne możliwości sukcesu, zaatakowanie znajdującej się pod Toruniem bazy sowieckiej, w której miał być przetrzymywany ksiądz Jerzy. Jest to wiadomość takiego kalibru, że blednie przy niej np. informacja podana przez Arkadiusza Rybickiego oficerowi SB podczas spotkania w hotelu “Heweliusz”, że nie wie, co ma robić z propozycjami dostarczenia podziemiu broni palnej. (16)

Wyłącznie po to by wskazać w jak zgęszczonym środowisku umieszczona została ta prowokacja, podam, że z Gdańska wywodzi się również Aleksander Kwaśniewski, którego w roku 1978 widziałem, jak rozbijał spotkanie Studenckiego Komitetu Solidarności. SB opisuje akcje aktywistów SZSP w Uniwersytecie Gdańskim, jako działania przeprowadzone z jej inspiracji. Tak się składa, że udokumentowany jest również pobyt Kwaśniewskiego wraz Piotrowskim na Olimpiadzie w Moskwie. Dokumenty SB ujawnione w trakcie procesu lustracyjnego Kwaśniewskiego mówią o sześcioosobowej delegacji PKOl, w skład której wchodziło sześciu tajnych współpracowników SB.

Prowokacja

Jaruzelski i Kiszczak rzekomo nie wiedzieli, że SB przygotowuje zamach na księdza Popiełuszkę. Istnieje bogata dokumentacja w kwestii opracowania szerokiego planu nękania księży, prowokacji, zaplanowanych i realizowanych po ich kierownictwem. “Na przełomie lat 1983 i 1984 odbyła się kursokonferencja, którą prowadzili ówczesny minister spraw wewnętrznych gen. Czesław Kiszczak oraz szef Służby Bezpieczeństwa w MSW gen. Władysław Ciastoń. Zwrócili się oni do wszystkich szefów służb bezpieczeństwa w poszczególnych wojewódzkich urzędach spraw wewnętrznych z krótkim zaleceniem: koniec perswazji, koniec rozmów profilaktycznych zarówno w stosunku do działaczy opozycji, jak i księży, którzy prowadzili tak zwaną działalność polityczną z ambon.

Przechodzimy na metody fizycznego oddziaływania. (...) W tym czasie naczelnikiem Wydziału I w tym departamencie był kpt. Grzegorz Piotrowski, który przyjął te zalecenia i później kontynuował ich realizację w Wydziale IV, zajmującym się ruchem ludowym i Kościołem katolickim. Piotrowski uczestniczył między innymi w oględzinach zwłok znanego działacza “Solidarności” rolniczej Piotra Bartoszcze w lutym 1984 r. Rok 1984 obfituje w podobne wydarzenia, których finał odbył się 19 października.” (17) O planach, akceptowanych przez Kiszczaka, agresywnych działań i prowokacji wobec Kościoła, mówił nawet Piotrowski.

Zamach na “Solidarność”

 

Jaruzelski, Kiszczak i ich wszyscy ludzi twierdzą, że: “Zabójstwo Popiełuszki, było (...) desperacką próbą uruchomienia takiego biegu wydarzeń, który spowodowałby obalenie ekipy Jaruzelskiego.” (18)

To kłamstwo. Porwanie znanego księdza było decyzją strategiczną, zastrzeżoną dla najwyższych władz PRL. Po przeprowadzeniu wnikliwego śledztwa prok. Witkowski mówi: “Oczywiście wszystkie decyzje o charakterze strategicznym zapadały w partii, nawet poszczególne działania techniczne wykonywane przez SB na szczeblu Departamentu IV. (...) Pisma trafiały do gen. Kiszczaka, ale jeden egzemplarz – na biurko gen. Jaruzelskiego. MSW było aparatem stricte wykonawczym, natomiast zarządzanie nim, niekiedy w bardzo drobiazgowy sposób w zależności od typu działań i skali zainteresowania, należało do partii.” (19)

Że Jaruzelski był wprowadzony w szczegóły sprawy dowodzą jego słowa o wyjeździe księdza do Rzymu: “Dlatego były wszystkie te działania prowadzone, o których była tutaj mowa, żeby go wyekspediować, zbliżało się to do szczęśliwego końca” (20). “Te działania” to prowokacje, napady, zamach z 13 października 1984 r. Wygłaszając to przemówienie Jaruzelski oczywiście doskonale wiedział, że Popiełuszko odmówił wyjazdu, a prymas to stanowisko zaakceptował. Miał to być tylko argument wskazujący, że “góra” nie mogła zlecić Piotrowskiemu morderstwa na księdzu Jerzym.

Zapewne prawdą jest, że rzeczywiście Jaruzelski z Kiszczakiem nie zlecili takiego przebiegu wydarzeń, jaki miał miejsce po porwaniu księdza Popiełuszki. Nie wiadomo, czy plan uległ destrukcji już w chwili ucieczki Chrostowskiego, czy w jakimś późniejszym momencie.

Porwanie księdza Jerzego miało być narzędziem jednoczesnej kompromitacji i skonfliktowania wszystkich przeciwników reżimu – hierarchii i niższego kleru oraz “Solidarności” jawnej (Wałęsa) i podziemnej.

Władze zamierzały przedstawić porwanie księdza jako dzieło zbrodniczych szaleńców z gdańskiego podziemia. Realizacja takiego scenariusza możliwa była dzięki wykorzystaniu całej szerokiej agentury SB i WSW w Kościele i “Solidarności”.

Krystyna Daszkiewicz trafnie wskazała na zmianę scenariusza prowokacji dokonaną pomiędzy 13 a 19 października, widoczną przez rezygnację z zabrania do Bydgoszczy magnetofonu, który był narzędziem kluczowym w scenariuszu “kazuńskim”.

Można sądzić, że grupa esbeków skazanych w procesie toruńskim została ukarana nie za wymyślenie i przeprowadzenie prowokacji z porwaniem księdza, ale w istocie za zmianę planu zaakceptowanego na najwyższym szczeblu władz PRL.

Dlaczego plan został zmieniony nie wiemy, ale ta zmiana w żadnym wypadku nie stanowi okoliczności uwalniającej Jaruzelskiego i Kiszczaka od pełnej odpowiedzialności za bieg wydarzeń.

Pod ich kierownictwem cała elita władzy i wszystkie instytucje PRL dokonały gigantycznego, zorganizowanego i stale wszechstronnie koordynowanego wysiłku, by precyzyjnie oddzielić sprawę utopienia księdza Popiełuszki od całej reszty zaplanowanej prowokacji. Żeby księdza utopić, zbrodniarze musieli go wcześniej pochwycić, więc proces musiał to wydarzenie uwzględniać. Zadbano jednak o to, żeby wbrew prawdzie ukazać prowokację jako dzieło izolowanej grupy wewnątrz MSW, z której działaniami kierownictwo państwa nie miało niczego wspólnego.

Akcja grupy Piotrowskiego, jak wszystkie inne duże prowokacje tajnej policji, były oczkiem w głowie Jaruzelskiego, Kiszczaka, Barcikowskiego, Rakowskiego (21) i innych, jako szefów aparatu przemocy i aparatu propagandy.

Proces toruński, kierowany z centrum najwyższych władz państwa, był inscenizacją nie gorszą niż warszawski proces morderców Przemyka. To co można było tam powiedzieć, było precyzyjnie kontrolowane spoza sali sądowej. Grupa Piotrowskiego ściśle podporządkowała się scenariuszowi procesu, uzyskując prawo do wspomnienia o pierwotnym, zaakceptowanym przez kierownictwo państwa scenariuszu “kazuńskim”. Było to dla niej niezbędne jako polisa ubezpieczeniowa mająca im zapewnić ochronę przed zamordowaniem przez kolegów z MSW. I prokurator, i sąd, wiedzieli jednak, że tematu drążyć nie wolno i uniemożliwiali zadawanie pytań oskarżycielom posiłkowym. Relacje mecenasów Jana Olszewskiego, Krzysztofa Piesiewicza i Edwarda Wendego są pełne dowodów na pilną dbałość prokuratury i sądu o nieujawnienie prawdy o przebiegu zbrodni i wyjaśnienia jego motywów.

Z pewnością tak samo jak w trakcie procesu w sprawie mordu na Przemyku, proces toruński był kierowany przez międzyministerialny sztab nadzorowany osobiście przez Jaruzelskiego i Kiszczaka. Oskarżeni odgrywali więc podczas procesu zasadniczo rolę obrońców MSW i całego systemu, a nie obrońców samych siebie.

Symbolicznego podsumowania procesu dokonał Kiszczak, gdy w imieniu całej elity władzy przyszedł do celi Piotrowskiego i ucałował go mówiąc, że potrzebowali takich ludzi w latach 40. i 50. W scenie tej ujawnia się fundamentalne dla peerelowskiej elity władzy stalinowskie wyszkolenie, według którego terror i prowokacja są najważniejszymi narzędziami sprawowania władzy. (22)

Prowokacja bydgoska – prowokacja kielecka

Zasługą Krzysztofa Kąkolewskiego jest zestawienie prowokacji z porwaniem księdza Popiełuszki - z prowokacją w Kielcach z 1946 r. Identyczność obu prowokacji przesłonięta jest faktem, że z nieznanych publicznie powodów prowokacja z porwaniem księdza udała się tylko w części. Dlatego skazanie w procesie toruńskim wyłącznie funkcjonariuszy MSW wydaje się te prowokacje całkowicie różnić. Różnice są rzeczywiście ważne, ale w gruncie rzeczy drugorzędne.

I jedna i druga prowokacja zostały zorganizowane przez tajną policję w kontakcie z NKWD/KGB/GRU. Obie miały na celu nie tylko usprawiedliwienie ataków na Kościół i elity patriotyczne, ale zohydzenie niekomunistycznej większości społeczeństwa polskiego wobec Zachodu. Obie prowokacje miały uzasadniać i usprawiedliwiać masowy terror stosowany wobec Polaków. Obie uderzały w Kościół i andersowców/solidarnościowców.

Dopiero na takim tle widać, że ekipa Jaruzelskiego – Kiszczak, Barcikowski, Rakowski – to jest dokładnie ta sama formacja co grupa Milewskiego – Grabskiego – Molczyka. Obie grupy, rywalizujące ze sobą o tytuł grupy bardziej sowieckiej od Sowietów, były absolutnie tożsame, gdy chodzi o ich stalinowskie korzenie oraz wyszkolenie do zdrady i zbrodni.

Kąkolewski szeroko omawia też związki prowokacji wobec księdza Popiełuszki ze sprawą mordu na Grzegorzu Przemyku.

Mord na Przemyku był wstępem do mordu na księdzu Popiełuszce. Prowokacja, jaką Jaruzelski, Milewski, Rakowski, a najbardziej osobiście Kiszczak zrealizowali po zamordowaniu Przemyka, ma wszystkie cechy najbardziej bezczelnych i cynicznych operacji stalinowskich, gdy sowietyzm własną zbrodnią obciąża ludzi całkowicie niewinnych i dowodzi tego zmuszając ich do przyznania się. Los pielęgniarzy i lekarki pogotowia ratunkowego był odpowiednikiem losu księdza Jerzego i wytypowanych ludzi podziemia, gdyby udała się prowokacja z porwaniem księdza.

Rola “radzieckich”

 

Nieprzypadkowo o tej roli wiemy najmniej, ponieważ przedewszystkim obowiązkiem sowieckich generałów w polskich mundurach było udawanie, że są władzą suwerenną. Krycie działań przedstawicieli “radzieckich”, zarówno terrorystycznych jak ekonomicznych, było warunkiem funkcjonowania w peerelowskiej elicie władzy.

Piotrowski informował, że Kiszczak miał zwrócić się do przedstawiciela KGB z prośbą o wyjaśnienie ich roli w prowokacji. W istocie w rozmowie mogło chodzić o wyjaśnienie, dlaczego doszło do zmiany uzgodnionego scenariusza “kazuńskiego”. Jeżeli taka rozmowa rzeczywiście miała miejsce, to być może Kiszczak spodziewał się, że to “radzieccy” nakazali tę zmianę.

Równie dobrze mogło być jednak zupełnie inaczej. Możliwe jest, że grupa Piotrowskiego miała dostarczyć księdza jakiejś innej grupie, która - wyposażona nie tylko w magnetofon, ale szczególnie w specjalistyczną aparaturę do torturowania i lepiej w ich zadawaniu wyszkolona – miała go odebrać w okolicach Torunia.

Nie wiemy ani tego, czy ksiądz został tej grupie przekazany, ani tego, czy nie został przekazany. Wiemy tylko, że jeżeli mieli to być “radzieccy”, to ani grupa Piotrowskiego, ani grupa Jaruzelskiego nigdy się do tego nie przyznają.

Rozważyć należy też następującą hipotezę: oto grupa Piotrowskiego działała w przekonaniu, że umówione jest przekazanie księdza komuś innemu, ale na przykład na parkingu pod hotelem “Kosmos” okazało się, że ci “inni” nie pojawili się. Ta wersja tłumaczyłaby niespodziewany popłoch, w jakim od tej chwili działała grupa Piotrowskiego.

Inną jeszcze możliwością jest ewentualna odmowa przejęcia księdza przez “innych”, gdy grupa Piotrowskiego dowiozła go do którejś z licznych baz “radzieckich” w okolicach Torunia. Łatwo wyobrazić sobie, że Piotrowski żąda od stojącego na straży sołdata, by zawołał “Stanisława” czy “Andrzeja”, a sołdat odpowiada; “ja nie znaju” i wystawiając kałasznikowa ze “sztyką” krzyczy: “udzieraj”.

Wszystkie te hipotezy wskazują kierunki poszukiwań odpowiedzi na pytanie, dlaczego prowokacja, wcześniej zaakceptowana na najwyższym szczeblu, przeradza się w pewnym momencie (nawet jeszcze nie po ucieczce Chrostowskiego) w improwizację.

Nie wiemy nawet, kiedy realizacja scenariusza “kielecko-bydgoskiego” zostaje odwołana na rzecz procesu funkcjonariuszy MSW. Do kiedy władze PRL mogły nosić się z zamiarem wpasowania grupy Piotrowskiego w scenariusz zbrodni podziemia? Czy również Piotrowski – tak jak Hodysz i Siedliński (a listę prawdziwych i rzekomych współpracowników podziemia pośród funkcjonariuszy SB władze mogły rozszerzyć) miał okazać się agentem “Solidarności”? Czy miał być człowiekiem Borusewicza, czy raczej Bujaka, z którym łatwiej było go związać przez obieg funduszów podziemia? (23)

Po zamachu

Natychmiast po porwaniu księdza, Tadeusz Mazowiecki dokonał próby rozpoznania sytuacji przez zorientowanie się w stanowisku elity władzy. Sam go do takiej akcji namawiałem, traktując ją jako “rozpoznanie przez atak” przy wykorzystaniu propagowanego przez juntę rozumienia stanu wojennego, jako obrony Polski przed oczekiwaną przez grupę Molczyka-Milewskiego agresją sowiecką . Chodziło o to, żeby po reakcji adresatów można było się zorientować, kto i w jakim celu dokonał prowokacji. Udawanie, że jest się przekonanym, że prowokacja jest dziełem “betonu” miało służyć sprawdzeniu, czy Jaruzelski i Kiszczak, jako strona rzekomo atakowana, będą chcieli zrobić jakiś gest w stronę sytuacyjnych sojuszników z “Solidarności”. Reakcja władz była “betonowa”. Odpowiedź pośredników brzmiała: “oni teraz ruki pa szwam”. Gdy namawiałem Mazowieckiego na dokonanie powtórnej próby, powiedział mi w obecności Geremka, że nic się zrobić nie da, “oni” absolutnie odrzucają jakikolwiek kontakt.

Dzięki archiwum IPN znamy reakcję Jaruzelskiego wobec misji dobrej woli ze strony Mazowieckiego: “są rachuby na reanimację “Solidarności” czy też pod jakimś innym szyldem, bardziej dzisiaj ugodowym, pojednawczym w formie, ale faktycznie chodzi o to, aby mówiąc obrazowo wjechać okrakiem na trumnie w działalność de facto legalną czypółlegalną.” (24) półlegalną. (...) Przede wszystkim trzeba uporczywie przypominać, że my jesteśmy konsekwentnymi realizatorami porozumień (25) , a przede wszystkim jesteśmy realizatorami idei i intencji protestu robotniczego, że my konsekwentnie to realizujemy, że również i formuła, że powstaną niezależne, samorządne związki zawodowe jest realizowana. Bo takie związki są, powstały. Tam nigdzie nie było napisane, że ma powstać “Solidarność”. (...) stereotyp nieskazitelnego Popiełuszki niełatwo będzie utrzymać. On jest męczennikiem nie za wiarę, ale za politykę, za sianie nienawiści.” (26) nienawiści. (...) w skali historycznej (mord na księdzu Popiełuszce, to) przecież tylko incydent i epizod.” (27)

Rakowski również oburzał się na Mazowieckiego i Geremka, którzy usiłują skorzystać z okazji do odzyskania możliwości kontaktu politycznego. Kiszczak ostro upominał się o konieczność wzmożenia walki z Kościołem. (28)

Rozpoczęto wobec Kościoła grę w złego i dobrego policjanta. Chodziło o macierzyste arcybiskupstwo “Solidarności”, matecznik rewolucji, miejsce w którym działały takie postacie symboliczne, jak Lech Wałęsa, Bogdan Borusewicz, Andrzej Gwiazda, ks. Henryk Jankowski i do którego ściągnął też Adam Michnik.

Przedstawienie Kościołowi zagrożeń, jakie stanowiła dla niego akcja Piotrowskiego z 13 października 1984 r., stanowiło doskonały punkt wyjścia dla “dialogu operacyjnego”. “Oto straszna wiedza, którą zły policjant o was posiadł. My chcemy uchronić Kościół przed ujawnieniem tych przerażających faktów. Jednak nie wszystko możemy. Są szalone naciski – beton, radzieccy. Zrobimy co w naszej mocy, ale oczekujemy współpracy w ochranianiu Kościoła. (29) Chodzi przecież nawet o interesy papieża, a więc i Kościoła światowego. (30)

 

W okopach “okrągłego stołu”

Główną linią obrony Jaruzelskiego i Kiszczaka, wobec oczywistości ich odpowiedzialności za prowokację, jest twierdzenie, że nie mogli być współsprawcami Piotrowskiego i Pietruszki, ponieważ zmierzali do porozumienia z Kościołem i “Solidarnością”, czego dowodem jest zorganizowanie “okrągłego stołu”, mającego być zgodą na wolność i demokrację. Jest to argumentacja absolutnie kłamliwa. “Okrągły stół” nie został zorganizowany dla wprowadzenia w Polsce wolności i demokracji, a był tylko porozumieniem sowieckich namiestników z ich agentami i “pożytecznymi idiotami” na rzecz przeprowadzenia “nowego Października`56”, a więc umożliwienia dalszego trwania systemu. Przyczyną wymuszającą kontrolowany przez SB “liberalizm”, było przekazane przez Moskwę (zapewne w sierpniu 1986 r.) zawiadomienie o przejściu od planu neutralizacji Niemiec do ich zjednoczenia (władze PRL przekazały tę informację Kościołowi w październiku 1987 r.). Ten plan radykalnie zmieniał sytuację sowieckich generałów w polskich mundurach, ponieważ w jego wyniku partnerami ZSRS w Polsce musieli stać się ludzie spoza ich środowiska.

Grupa Jaruzelskiego wykorzystała zmianę stanowiska sowieckiego do rozmontowania blokady dyplomatycznej wobec PRL (wizyty Jaruzelskiego w Watykanie, Paryżu i Nowym Jorku) i przedstawiania się jako patriotyczni obrońcy granicy na Odrze i Nysie. W planie wewnętrznym “okrągły stół” był właśnie “porozumieniem ponad podziałami” na rzecz wspólnej obrony przed niemieckim rewanżyzmem. Dlatego właśnie przy najważniejszym “stoliku” politycznym “Solidarność” była reprezentowana przez ofiary Holokaustu (Bronisław Geremek, Janina Zakrzewska, Adam Michnik) oraz takich ludzi jak Tadeusz Mazowiecki (aktywista PAX z okresu stalinowskiego, redaktor naczelny “Wrocławskiego tygodnika katolików”, którego zadaniem była propaganda antyniemiecka i antykościelna), Ryszard Reiff (dawny prezes PAX, w więc człowiek głęboko wprowadzony w walkę z “rewanżyzmem” i dywersję wobec kleru), Edmund Osmańczyk (wybitny czynownik polskiego sowietyzmu na odcinku demaskowania rewanżystowskich ambicji RFN, człowiek który głosił, że dzień 17 września 1939 r. wejdzie do historii Polski jako data wyzwolenia Polaków spod władzy rodzimego faszyzmu), Stanisław Stomma (katolicki specjalista od problemu niemieckiego, opiekun Janusza Reitera, który jako przeciwnik zjednoczenia Niemiec został pierwszym ambasadorem III RP w RFN, gdy ambasadorem w NRD Mazowiecki mianował swego szwagra) i Jerzy Turowicz (katolicki redaktor od zawsze współpracujący z władzami w działaniach na rzecz “normalizacji” realnego socjalizmu oraz wspólnego stanowiska wobec Niemiec).

W roku 1984 Jaruzelski, Kiszczak i Rakowski jeszcze nie wyobrażali sobie, że nadejdzie czas, gdy trzeba będzie podzielić się władzą.

“Zło dobrem zwyciężaj”

To hasło z drugiej części sławnego zdania św. Pawła dzięki Ks. Popiełuszce zaczęło żyć życiem samoistnym. Wrogowie prawdy i wolności sugerują hermetyczne jego rozumienie i wykorzystują je, by sugerować jakoby kapelan “Solidarności” wyznawał zasadę rezygnacji z czynnego przeciwstawiania się złu. Hasło: “Zło dobrem zwyciężaj” jest prezentowane jako wezwanie do nadstawienia drugiego policzka. Katolik powinien rzekomo porzucić dążenie do wolności i prawdy, pozwalając na ich reglamentowanie według uznania władzy.

Ksiądz Jerzy nigdy jednak nie zapominał, że pierwsza część zdania brzmi: “Nie daj się zwyciężyć złu” (i dopiero następnie: “ale zło dobrem zwyciężaj”, Rz 12, 21). Całość nauczania księdza Jerzego jest stałym gorącym wezwaniem do tego, by nie ulegać złu, ale mu się odważnie sprzeciwić. Złem na które wskazywał podczas “mszy za Ojczyznę”, było narzucone przez komunistyczny totalitaryzm ograniczenie wolności i prawdy. Dlatego został zamordowany.

O związku wolności i prawdy Jan Paweł II mówi w swej najnowszej książce “Pamięć i tożsamość” następująco: “Nie ma wolności bez prawdy. (...) Poprzez wolność bowiem człowiek jest powołany do wybierania i realizacji prawdy. (...) Wybierając i wypełniając prawdziwe dobro w życiu osobistymi rodzinnym, w rzeczywistości ekonomicznej i politycznej, czy wreszcie w środowisku narodowym i międzynarodowym, człowiek realizuje swą wolność w prawdzie”.

Ksiądz Popiełuszko uczył: “Aby zwyciężać zło dobrem, trzeba zachować wierność prawdzie” (ten ważny cytat jest umieszczony na ogrodzeniu okalającym kościół św. Stanisława Kostki). Dlatego jednym z naszych wspólnych obowiązków wobec księdza Jerzego, Polski i nas samych, jest dotarcie do prawdy o porwaniu i zamordowaniu kapelana “Solidarności”.

 

Co dalej?

W piętnastą rocznicę porwania i zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki pisałem w “Tygodniku Solidarność”: “Wielu polityków wykorzysta okazję do zwiększenia swej popularności przez pokazywanie, że znali księdza osobiście, przyjaźnili się z nim, cierpieli po jego śmierci. Niech więc powiedzą teraz również, co osobiście przez minionych piętnaście lat zrobili dla wyjaśnienia tej strasznej zbrodni, ujawnienia jej inspiratorów, ukarania wszystkich współodpowiedzialnych?” Mimo, że w 2001 r. prokurator Witkowski na nowo wszczął śledztwo przerwane w 1991 r., nikt z najbardziej zainteresowanych, ani Wałęsa, ani Michnik, ani Mazowiecki, ani Ambroziak, ani Bujak, ani Geremek, ani Borusewicz, ani Merkel, ani nikt inny z liderów “Solidarności” nie zgłosił się do niego dobrowolnie z propozycją złożenia zeznań.

W efekcie zbiorowych starań wszystkich ludzi “okrągłego stołu”, sprawa porwania i zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki do dziś pozostaje tajemnicą. III RP pozostaje państwem SB.

Krzysztof Wyszkowski

< 9 pkt.: >

(1) Tekst składa się z fragmentów większej całości. Skróty pochodzą od redakcji.

(2) Rozmowa z Ewą Czaczkowską, Rzeczpospolita, 7.X.2004.

(3) Również “Tygodnik Powszechny” w rocznicowym numerze na pierwszej stronie, obok zdjęcia księdza Jerzego, głosi niewinność Jaruzelskiego i Kiszczaka pytając: “Kto wysłał Grzegorza Piotrowskiego: Mirosław Milewski czy może sowieckie służby specjalne”.

(4) A. Michnik, Takie czasy…, Londyn 1985.

(5) Jej naczelnikiem był w latach osiemdziesiątych Grzegorz Piotrowski.

(6) Jan Żaryn, O metodach walki z Kościołem prowadzonej przez peerelowskie służby bezpieczeństwa. Z Antonim Dudkiem, Janem Żarynem i prok. Andrzejem Witkowskim rozmawia Barbara Polak, Biuletyn IPN nr 1/ 2003.

(7) Arcybiskup Gocłowski, obok ks. Orszulika, z którym “resort” miał b. dobre stosunki, wziął czynny udział w organizacji “okrągłego stołu”. Gdy w r. 1999 Kwaśniewski zorganizował obchody 10-lecia “o.s.”, Orszulik odmówił udziału nazywając tamte obrady oszustwem i żałując swego w nim udziału, ale arcybiskup Gocłowski nie zdobył się na taką uczciwość.

(8) Sytuacja w archidiecezji gdańskiej, z jej licznymi związkami kleru z funkcjonariuszami SB, WSW i funkcjonariuszami PZPR, nie jest sytuacją modelową dla całej Polski, ale pozostaje smutnym przykładem trwania układu peerelowskiego w miejscu narodzin “Solidarności”, miasta z którego Polacy usłyszeli wezwanie do zerwania z kłamstwem.

(9) Dzisiaj wiadomo, że Myszk był agentem trzech wydziałów SB, w tym III i IV. Ujawnienie agentury Myszka odbyło się przez opublikowanie w piśmie WZZ “Robotnik Wybrzeża”, mojego oświadczenia, w którym zawiadamiałem opinie publiczną, że jest on agentem. Co ciekawe, ten pierwszy przypadek lustracji obywatelskiej został przyjęty z aprobatą przez środowisko Jacka Kuronia i Adama Michnika.

(10) Duży reportaż na temat działalności Edwina Myszka przygotował przed laty gdański oddział “Gazety Wyborczej”, przy współpracy m.in. Bogdana Borusewicza i mojej. Artykuł nie może się ukazać z powodu zakazu redaktora naczelnego, który zresztą osobiście dobrze znał się z Myszkiem (tak jak i Kuroń, który był nim zachwycony, używając go do forsowania swoich koncepcji w stosunku do WZZ).

(11) Od r. 1989 Pałubiński pracował w siedzibie NSZZ “Solidarność”, jako zaufany nocny portier”. Dopiero w 1992 roku uzyskałem informacje o jego agenturze i przekazałem je Borusewiczowi, który go natychmiast usunął.

(12) Dowodem na niezłą skuteczność tych wysiłków jestem ja sam, ponieważ 13 października 1984 r., podchodząc spóźniony pod kościół św. Brygidy, spostrzegłszy “prywatnego” fiata zaparkowanego na miejscach użytkowanych zwykle przez samochody SB, uwierzyłem, że to jacyś ludzie spod Warszawy przyjechali zobaczyć księdza Popiełuszkę i nie zdają sobie sprawy, że mogą mieć kłopoty. Widząc ruch w tym samochodzie uznałem, że poinformuję ich o tych i podszedłem bliżej. Jestem krótkowidzem, więc dopiero całkiem z bliska spostrzegłem, że auto jest “napakowane” dziwnymi mężczyznami, którzy patrzyli na mnie nieruchomo i całkiem niesympatycznie. Zdziwiony oddaliłem się bez słowa i dopiero po latach zdałem sobie sprawę, że miałem do czynienia z grupą Piotrowskiego. W roku 1990 Krzysztof Adamski, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych szef grupy obserwacyjnej SB, poinformował mnie, że wylegitymował wówczas Piotrowskiego, który parkował obok jego samochodu służbowego. Dokładnie w ten sam sposób Piotrowski zaparkował pod kościołem w Bydgoszczy.

(13) “Janusz Dróżdż – pracę rozpoczął w 1978 roku po przeniesieniu z Częstochowy. W Wydziale VI pracował do 1982 roku, kiedy to został Z-cą Naczelnika Wydziału I. Organizował i kierował działaniami specjalnymi prowadzonymi w czasie trwania pielgrzymek pieszych. W sierpniu 1982 roku z polecenia Dyrektora Z. Płatka zorganizował grupę przestępczą dokonująca pobić i zniszczeń. W skład tej grupy wchodzili pracownicy Wydziału VI: Bohdan Kuliński i Ryszard Skokowski oraz pracownicy niektórych Wydziałów IV Komend Wojewódzkich. J. Dróżdż nadzorował także realizację działań operacyjno-technicznych w kilku obiektach należących do naczelnych instytucji kościelnych”. Informacja o działalności komórek “D” pionu IV byłej Służby Bezpieczeństwa. Biuletyn IPN 1/2003.

(14) Dodatkowym kontekstem gry wokół Hodysza jest fakt, że przed wstąpieniem do SB pracował on dziesięć lat w kontrwywiadzie wojskowym, gdzie był podkomendnym Czesława Kiszczaka. Jego przejście do SB mogło więc być interpretowane, jako umieszczenie przez WSW kontrolera w szeregach SB.

(15) Suplementem do tej sprawy jest usunięcie Merkela przez Wałęsę z kancelarii prezydenta w r. 1991, po ujawnieniu jakichś kompromitujących go dokumentów, które Merkel tłumaczy jako dawną prowokację SB.

(16) Takie propozycje nie były w środowisku RMP nowością, jako że jeden z drukarzy Wydawnictwa im. Konstytucji 3 Maja (zapewne agent SB), informował innego drukarza (zresztą też agenta), że jest członkiem zbrojnej bojówki, która wkrótce wejdzie w posiadanie nawet broni maszynowej (oczywiście produkcji zachodnioniemieckiej). Oficer prowadzący kazał agentowi zająć się wskazanymi mu zadaniami zamiast wysłuchiwania tych opowieści.

(17) Andrzej Witkowski, O metodach walki z Kościołem prowadzonej przez peerelowskie służby bezpieczeństwa. Z Antonim Dudkiem, Janem Żarynem i prok. Andrzejem Witkowskim rozmawia Barbara Polak, Biuletyn IPN nr 1/ 2003.

(18) M. Rakowski, Jak to się stało, Warszawa 1991, str. 85-86.

(19) Andrzej Witkowski, j.w.

(20) Prymas Józef Glemp, wg zamierzeń władz, miał skłonić “niepokornego” kapłana, w imię jego bezpieczeństwa, do wyjazdu do Rzymu na dalsze nauki. Propozycję tę złożył prymas ks. Jerzemu, na tydzień przed porwaniem, wkrótce po nieudanej próbie zamachu na jego życie w drodze z Gdańska do Warszawy. Wówczas, ks. Jerzy odmówił i jego decyzja została uszanowana.

(21) Rakowski ma wiele do ukrycia ze swych związków z Wydziałem “D”; choćby fakt, że “Polityka” brała udział w operacjach propagandowych mających na celu dyskredytowanie uczestników pielgrzymek na Jasną Górę, w trakcie których Piotrowski dokonywał licznych prowokacji. Np. w omawiającym jedną z pielgrzymek artykule Barbary Pietkiewicz widać ścisły związek pomiędzy pracą zbrodniarzy z MSW i pracą propagandysty prasowego.

(22) Gdyby Jaruzelski i Kiszczak rzeczywiście byli niewinni, to nie kazaliby niszczyć akt SB. Przecież łatwiej mogliby udowodnić, że byli Wallenrodami, że walczyli o dobro Polski, że chronili Polaków i Kościół, przeciwstawiali się Sowietom. Zniszczyli archiwa, bo w nich były dowody ich zdrady i zbrodni. “Nieprawdą jest (...) co gen. Kiszczak opowiadał, że paląc dokumenty Departamentu IV, jego pracownicy przysłużyli się Kościołowi. Wypowiedzi generała to jednoznaczna i obrzydliwa insynuacja. Kościół nie otworzył swoich archiwów. To dość istotny problem, ale zgadzam się z dr. Dudkiem, że niezależnie od tego, czy można ten fakt wytłumaczyć czy nie – na korzyść Kościoła, decyzja ta niesie niepowetowane straty.” Jan Żaryn, O metodach walki z Kościołem prowadzonej przez peerelowskie służby bezpieczeństwa…j.w.

(23) Sprawa przysyłanych z Zachodu pieniędzy dla “Solidarności” jest jednym z najbardziej tajemniczych wątków okresu 1982-89. Z pewnością dużą ich część komunistyczne służby specjalne przejęły wprost, jako pomoc dla utworzonych przez siebie ugrupowań i inicjatyw (np. sprawa podziemnej telewizji). Innym nurtem przechwytywania tych pieniędzy była inicjatywa lokowania ich przez kierownictwo podziemia w prywatnej przedsiębiorczości, co było dla SB dogodną okolicznością ułatwiającą kontrolę ludzi “Solidarności” i ich werbunku. Duże sumy płynęły przez “Irmenę” pod kontrolą Pożogi. Kontrolę nad głównymi kanałami przez które z USA płynęły dolary, władze PRL zawdzięczały jednak tej części agentury SB, która została wskazana amerykanom przez Mossad jako jego własne kontakty. Służby izraelskie mogły ten sposób zaprezentować się jako życzliwi współpracownicy jednocześnie i wobec CIA i SB/KGB. Publicznym wyrazem tej akcji były zorganizowane przez władze PRL obchody 40 rocznicy Powstania w Getcie, którym nadano niespodziewanie uroczysty charakter. Stały się one okazją do wysłania do Izraela przedstawicieli Jaruzelskiego i Kiszczaka oraz przyjazdu do Polski wielu ważnych przedstawicieli lobby żydowskiego z Ameryki. Kontrola sprawowana przez SB nad pieniędzmi dla “Solidarności” umożliwiała przejmowanie ich wprost z kanałów dystrybucyjnych, ale także dokonywanie przez funkcjonariuszy łatwych kradzieży na własną rękę. Wystarczało przecież oświadczenie kasjera “Solidarności”, że otrzymał od kuriera mniejszą niż faktyczną ilość pieniędzy (najczęściej dolarów).

Sprawa milionowej (w dolarach) pomocy udzielanej “Solidarności” przez Zachód pozostaje absolutnie tajna (nawet człowiek odbierający nesesery z dolarami od ambasadora Davisa nie przedstawił ich rozliczenia). Należy sądzić, że większość tych pieniędzy zasiliła kasę kontrolowaną przez Jaruzelskiego i Kiszczaka oraz prywatne kieszenie esbeków.

(24) W. Jaruzelski, wypowiedź na posiedzeniu Rady Ministrów po pogrzebie ks. Popiełuszki (3.11.84), a przed obchodami święta niepodległości (11.11.84).

(25) Chodzi o porozumienia kończące strajki latem 1980 r. (30 sierpnia w Szczecinie, 31 sierpnia w Gdańsku i 3 września w Jastrzębiu).

(26) Jaruzelski, j. w.

(27) W. Jaruzelski, wypowiedź na posiedzeniu Rady Ministrów po pogrzebie ks. Popiełuszki (3.11.84), a przed obchodami święta niepodległości (11.11.84).

(28) “W grudniu 1984 r. na posiedzeniu Biura Politycznego dyskutowano sprawę przygotowań do procesu zabójców ks. Popiełuszki, który miał toczyć się w Toruniu. Problemem numer jeden stali się adwokaci. Kiszczak skarżył się, że ma problemy ze znalezieniem odpowiednich adwokatów w tamtym regionie. Takich obrońców, którzy dawaliby odpowiednie gwarancje władzom, że jako adwokaci Piotrowskiego i Pietruszki nie będą próbowali rozszerzać zakresu sprawy, a zwłaszcza o współodpowiedzialność ludzi stojących w bezpieczniackiej hierarchii wyżej niż Pietruszka. Druga roztrząsana kwestia to oprawa propagandowa procesu. (...) to nie w MSW, ale w Komitecie Centralnym PZPR znajdował się mózg planujący antykościelną politykę i tam się te wszystkie nitki zbiegały.” A. Dudek, O metodach walki z Kościołem prowadzonej przez peerelowskie służby bezpieczeństwa…j.w.

(29) “Mam też pretensję do Kościoła. Biskupi i wtedy, i później, mieli znacznie większe możliwości naciskania na wyświetlenie tych spraw i ich nie wykorzystali. Podejrzewam, że wielu wpływowych ludzi Kościoła oceniło, iż lepiej tych spraw nie ruszać, bo prawda, która może wyjść przy okazji, będzie bardzo bolesna. Komórki “D” fabrykowały wiele rzeczy, ale często działały na materiale prawdziwym, modyfikując go, wyolbrzymiając czy przeinaczając.” A. Dudek, O metodach walki z Kościołem prowadzonej przez peerelowskie służby bezpieczeństwa…j.w.

(30) W stosunku do papieża zorganizowano prowokację wykorzystującą autentyczne pamiętniki Henryki Dobosz-Kinaszewskiej, dawnej znajomej ówczesnego arcybiskupa Wojtyły. SB przechwyciła ten pamiętnik i zaczęła dopisywać do niego kompromitujące fragmenty. Zamierzano szantażować Kościół możliwością ich publikacji za granicą. O pilności z jaką konstruowano tę operację świadczy fakt, że nawet po latach: “Niejaki płk M., cytowany ostatnio przez niektóre gazety, mimo emerytalnego wieku odtworzył z pamięci rzekomy życiorys Kinaszewskiej, łącząc ją z osobą papieża.” (Witkowski, j.w.) Ważną okolicznością dla tej prowokacji było znalezienie się Dobosz w bliskim otoczeniu Wałęsy w Gdańsku (jej mąż był współautorem książki “Droga nadziei”).



[1] Arcybiskup Gocłowski, obok ks. Orszulika, z którym “resort” miał b. dobre stosunki, wziął czynny udział w organizacji “okrągłego stołu”. Gdy w r. 1999 Kwaśniewski zorganizował obchody 10 lecia “o.s.”, Orszulik odmówił udziału nazywając tamte obrady oszustwem i żałując swego w nim udziału, ale arcybiskup Gocłowski nie zdobył się na taką uczciwość.

[2] Sytuacja w archidiecezji gdańskiej, z jej licznymi związkami kleru z funkcjonariuszami SB, WSW i funkcjonariuszami PZPR, nie jest sytuacją modelową dla całej Polski, ale pozostaje smutnym przykładem trwania układu peerowskiego w miejscu narodzin “Solidarności”, miasta z którego Polacy usłyszeli wezwanie do zerwania z kłamstwem.

-----------------------------------

Druk: Tygodnik "Głos" - 4.11.2004

Trop gdański

poniedziałek, 19 października 2015 06:37

Pan Prokurator Maciej Schulz

Naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu

w Gdańsku

Zawiadomienie

o współudziale funkcjonariuszy Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Gdańsku oraz tajnych współpracowników SB z Wydziałów: III, III a i IV, w popełnieniu przestępstwa próby uprowadzenia księdza Jerzego Popiełuszki i innych osób w dniu 13 października 1984 r. oraz uprowadzenia księdza Jerzego Popiełuszki w dniu 19 października 1984 r.

Uzasadnienie

Podczas procesu porywaczy i morderców księdza Jerzego Popiełuszki (rozpoczętego 27 grudnia 1984 r. w Toruniu) ujawnione zostały liczne fakty wskazujące na prowokacyjny charakter tej zbrodni (takie informacje władze upubliczniały zresztą od pierwszych chwil po nadejściu wiadomości o porwaniu, np. znalezienie w miejscu porwania orzełka od czapki milicyjnej czy aresztowanie w Gdańsku funkcjonariuszy SB pod zarzutem współpracy z podziemiem solidarnościowym).

Najważniejszym z tych faktów była próba ataku na samochód wiozący księdza Popiełuszkę i porwania go podczas jego powrotu z Gdańska w dniu 13. X. 1984 r. Ujawniono, że ekipa porywaczy z Departamentu IV MSW pod dowództwem kapitana Grzegorza Piotrowskiego przebywała w tym dniu w siedzibie gdańskiego WUSW przez kilka godzin, co oznacza, że nie ukrywała ona swojego zadania (w części lub całości) przed swoimi współpracownikami z WUSW. Z WUSW porywacze pojechali pod kościół św. Brygidy, w którym ks. Popiełuszko spotkał się z Lechem Wałęsą (gdzie zostali wylegitymowani przez ekipę obserwacyjną gdańskiego SB), a następnie ruszyli w stronę Warszawy.

Dnia 19.X.1984 r. ta sama ekipa porywaczy pojechała za ks. Popiełuszką do Bydgoszczy, ale równolegle do Gdańska przybyła inna ekipa z Departamentu IV MSW pod dowództwem  Janusza Dróżdża (zastępcy Piotrowskiego). W moim przekonaniu obie grupy - Piotrowskiego w dniu 13.X.1984 r. i Drożdża w dniu 19.X.1984 r. – prowadziły, wraz z uczestniczącymi w operacji funkcjonariuszami WUSW w Gdańsku oraz ich agenturą, działania przygotowawcze do obciążenia porwaniem i wynikającymi z niego konsekwencjami działającego podziemnie środowiska gdańskiej „Solidarności”.

Szczegółowe argumenty dowodzące, że, wzorem lat powojennych, gdy władze komunistyczne dokonywały zbrodni, o które następnie oskarżały „reakcyjne podziemie”, i tym razem zamierzano o porwanie księdza Jerzego Popiełuszki  oskarżyć podziemie „Solidarności”, przedstawię podczas przesłuchania w IPN (Adam Michnik już w 1985 r. dowodził, że właśnie solidarnościowemu podziemiu Piotrowski: „przypisać pragnął uprowadzenie i mord” księdza Popiełuszki – „Takie czasy… rzecz o kompromisie”, Londyn 1985, str. 129). W tym miejscu pragnę jednak wskazać, że taki scenariusz prowokacji nie został zarzucony nawet po aresztowaniu Piotrowskiego i jego grupy, czego dowodzi choćby zatrzymanie w dniu 24 października majora Adama Hołysza, a następnie osadzenie go w jednej celi wraz z Grzegorzem Piotrowskim i Waldemarem Siedlińskim.

Wniosek dodatkowy

Wnikliwe śledztwo w sprawie planowanej przez władze PRL prowokacji opartej o porwanie księdza Jerzego Popiełuszki nie może pominąć sprawy agentury SB i WSW wśród duchowieństwa („duchowieństwo było najbardziej zagenturyzowaną, obok dziennikarzy,  grupą zawodową.” – Antoni Dudek w artykule p.t.: „ Zakazane tematy. O czym w Polsce nie można pisać”, z działu IDEE dziennika Fakt ze strony 12 z dn. 29.09.2004 r.).

Chodzi tu zarówno o ewentualna agenturę wśród kręgów kierowniczych Kościoła w Polsce, jak agenturę wśród tzw. "kleru dołowego" (określenie bezpieki) diecezji gdańskiej i chełmińskiej. Z tego co mi wiadomo, gdański oddział IPN nie dysponuje odpowiednim materiałem źródłowym na ten temat, gdyż po "okrągłym stole" i nieco później, kierownictwo MSW oraz kancelaria Prezydenta Wałęsy (minister Zakrzewski) przekazało dokumentację dotyczącą agentury w Kościele gdańskim arcybiskupowi Tadeuszowi Gocłowskiemu. Wymogi konkretnego śledztwa, którego wszczęcia się domagam, ale i brzmienie ustawy o IPN w zakresie niezwłocznego przekazania wszelkich dokumentów wytworzonych przez organa bezpieczeństwa PRL, powodują konieczność zwrócenia się o zwrot i poszukiwania całości tej dokumentacji.

Krzysztof Wyszkowski

Załączniki 2:

1. Artykuł Wiesławy Kwiatkowskiej p.t.: „Prowokacja antynarodowa” - „Tygodnik Solidarność” nr 43 (839) z dnia 22 października 2004 r.

2. Artykuł Krzysztofa Wyszkowskiego p.t.: „20 lat zmowy milczenia” – tygodnik „Głos”  nr 43/1057  z 23 października 2004 r.

Do wiadomości:

Edmund Krasowski

Dyrektor Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku               

Witomińska 19,

81-311 Gdynia

Prof. dr hab. Witold Kulesza

Zastępca Prezesa IPN, Dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu            

Pl. Krasińskich 2/4/6,

00-207 Warszawa

Prok. Ewa Koj

Naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach         

ul. Kilińskiego 9,

40-061 Katowice

„NAJCENNIEJSZA AGENTURA JEST NIEZNANA”

Z pułkownikiem Wywiadu Wojskowego PRL Mieczysławem Wojciechowskim rozmawiają /.../

BRONISŁAW KOMOROWSKI

Strona 3 z 49