Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Krzysztof Wyszkowski

Krzysztof Wyszkowski

Adres witryny: E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

40 lat minęło a kłamstwo wciąż trwa

poniedziałek, 05 kwietnia 2021 16:48

Pochwaleni niech będą ornamentatorzy

ozdabiacze i sztukatorzy

twórcy aniołków fruwających

sztukatorów co najlepszych wezwali

         całą noc sztukatorzy malowali

         nawet plecy tych co siedzą z tamtej strony

                                           na różowo

Ornamentatorzy - Zbigniew Herbert

          Jeszcze nawet po formalnym upadku komunizmu w 1989 roku przez długie lata trwałem w błędnym przekonaniu, że dla dobra mitu solidarnościowego nie powinienem ujawniać swojej wiedzy o ludziach i wydarzeniach z historii „Solidarności”, szczególnie jej okresu „bohaterskiego”, czyli okresu od Sierpnia’80 do 13 grudnia 1981. Już dawno przekonałem się, że nie miałem racji ukrywając kompromitujące fakty, ponieważ solidarnościowi oportuniści i tchórze a nawet zdrajcy, wspomagani przez tych historyków, których za Zbigniewem Herbertem należy nazywać ornamentatorami, zdominowali opis ruchu i duża część polskiej opinii publicznej pozostaje w fałszywej świadomości.

          Żałując swojej niewczesnej powściągliwości zdecydowałem się na zmianę stanowiska pod wpływem listu elektronicznego informującego, że grupa dziennikarzy Tygodnika Solidarność z roku 1981 zorganizowała obchody z okazji 40-lecia wydania pierwszego numeru. Na niespełna dwa tygodnie przed uroczystością dowiedziałem się, że organizatorzy, nie mogąc uzyskać ze mną kontaktu, zamknęli już przygotowania do imprezy uniemożliwiając mi nawet zabranie głosu w jej trakcie. To bardzo charakterystyczny manewr tych ornamentatorów ze stadka wychodowanego przez Tadeusza Mazowieckiego, którzy od lat fałszują nie tylko historię pisma z roku 1981, ale również z okresu jego reaktywacji w roku 1989.

W „Tysolu” byłem od lutego 1981 roku, a od czwartego Numeru aż do stanu wojennego pełniłem funkcję sekretarza redakcji. Przez cały ten czas miałem poczucie poważnej różnicy pomiędzy duchem Związku, a mentalnością większości redakcyjnej. Wówczas, wierząc w ich dobrą wolę, tłumaczyłem ją ich niedojrzałością polityczną, ale dzisiaj, po kilkudziesięciu latach obserwacji ich zachowań w trakcie wielokrotnych zmian politycznych w kraju, muszę orzec, że stale dowodzili swego postkomunistycznego koniukturalizmu w stylu opozycji „Totalnej” oraz masowej dezinformacji forsowanej przez „Gazetę Wyborczą”, TVN czy Onet.

          Wiedziałem to, a jednak robienie uroczystości i konferencji mającej sprawić wrażenie naukowej – uznaję za publiczny skandal. Skład personalny opisany w zapowiedzi obchodów z góry uniemożliwiał przygotowanie i przeprowadzenie konferencji z prawdziwego zdarzenia, która ujawniłaby wreszcie przynajmniej główne wymiary powstania i działalności „Tygodnika Solidarność” z 1981 roku. Oznacza to, że absolutna większość ówczesnego składu redakcji nie chce opisać, a przeciwnie, pragnie na zawsze ukryć prawdę o swojej działalności i ówczesnych wydarzeniach, które ukształtowały pismo. Przyznaję, że ja również zaniedbałem opisania swojej wiedzy o „TS” i jego ludziach. Po pierwsze, nie jestem historykiem i ciągle miałem nadzieję, że ktoś z odpowiednim warsztatem zajmie się tym ważnym fragmentem historii „Solidarności” tego okresu, a po drugie, miałem przemożną niechęć do babrania się w sprawach napawających mnie żalem, przykrością, a często nawet obrzydzeniem.

          Dlatego i tym razem nie odniósłbym się do kolejnej rocznicy, gdyby nie zdumiewająca bezczelność, z jaką organizatorzy obchodów obnosili się z opisem działalności Tygodnika, który – gdyby go pokazać uczciwie - bynajmniej nie jest podstawą do dumy, bo powinien napawać ich wstydem. Dzisiaj również nie mam ochoty, ani możliwości, żeby poświęcić więcej niż parę godzin tej sprawie. Paradoksem jest, że mam w tej chwili ważne, pilne zajęcia odnoszące się do spraw, którymi musiałem zupełnie samotnie i bez żadnego wsparcia ze strony Zespołu zajmować się w tamtym czasie, jako sekretarz redakcji, np. prowokacja kielecka z 4 lipca 1946 r.

          W niedzielę wielkanocną przejrzałem nagranie z rocznicowej „konferencji on line”, umieszczonej oczywiście na macierzystej stronie tych sztukatorów i ozdabiaczy tego co kalekie i brzydkie, czyli KOD.

         Zaczął Krzysztof Podemski, socjolog tejże orientacji kodziarskiej. Uznał, że TS kreował nowe elity i wskazał na przyszły rząd Tadeusza Mazowieckiego. Jak przez czarną mgłę przypominam sobie, że na instalowanie tych nowych-starych elit w swoim rządzie Mazowiecki otrzymał zlecenie od „pierwszego niekomunistycznego prezydenta” Jaruzelskiego i na najbliższego współpracownika wybrał sobie „pierwszego niekomunistycznego wicepremiera” Kiszczaka. Inni ludzie Mazowieckiego, m.inn. organizatorzy konferencji, wspierali lokatora „kamienicy resortowej” Bronisława Komorowskiego w dziele urawniłowki elit postkomunistycznych skutkującej zrobienie z Milleraq i Cimoszewicza przedstawicieli polskiej demokracji w Parlamencie Europejskim.

         Kodziarz długo porównywał, zestawiał i ględził, aż wreszcie powiedział to, po co go wynajęto: że obecny „Tysol” to „orientacja neototalitarystyczna”. Czy ktoś z uczestników zbiórki zaprotestował wobec tak bezczelnej propagandy „sowietystycznej” znieważającej nie tylko pismo, ale też jego wydawcę, czyli Związek Solidarność? Nie zauważyłem.

         Po nim mówił historyk Jan Olaszek. Można by go pominąć, ale wspomnę, bo o jego warsztacie świadczy fakt, że mówiąc o artykule Krystyny Kersten o „pogromie kieleckim” nie uwzględnił istnienia cenzury (GUKPPiW), z którą ja musiałem dzień w dzień się zmagać, a w dodatku jego umieszczenie w TS przypisał Andrzejowi Friszke, który nie miał z nim nic wspólnego. Dlatego trzeba w tym miejscu objaśnić sens tego ważnego aktu politycznego, który przeprowadziłem całkowicie samodzielnie.

           – Sprawa organizowanej jesienią 1981 roku przez KGB i antypolskie lobby na Zachodzie antysolidarnościowej kampanii medialno-politycznej.

          Zapalnikiem tej kampanii była antysemicka wypowiedź Mariana Jurczyka, wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, który na niedawno zakończonym Zjeździe Związku kandydował nawet w wyborach na przewodniczącego. W publicznym wystąpieniu w Trzebiatowie, Jurczyk zaatakował władze komunistyczne, czego mu nie miałem za złe, ale powiedział też, że „trzy czwarte rządu stanowią Żydzi, którzy są wrogami narodu polskiego”.

          Obecnie wiem, że Jurczyk wcześniej był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Święty” i pozostawał pod wpływem swego doradcy, również agenta SB, co jednak nawet dzisiaj, przy tej wiedzy go nie usprawiedliwia, ale wówczas uznałem, że konieczna jest natychmiastowa reakcja Związku. Byłem przekonany, że to samo wzburzenie podziela całe kierownictwo „Solidarności” i, że zajmie się tym skandalem w trybie natychmiastowym. Dlatego, 4 listopada 1981 roku, wsiadłem w pociąg i pojechałem do Gdańska przyjrzeć się z bliska posiedzeniu Komisji Krajowej. Podczas pierwszego dnia cierpliwie czekałem aż sprawa pojawi się w porządku obrad, niestety bezskutecznie. Mimo to, nadal pozostawałem w przekonaniu, że przyczyną opóźnienia są tylko powody formalne, wynikające z napiętej sytuacji politycznej – planowanego spotkania „wielkiej trójki”: Wałęsa – prymas Glemp – gen. Jaruzelski.

          Uznałem jednak, że na wszelki wypadek warto wskazać prowadzącemu obrady Krajowej Komisji Porozumiewawczej Wacławowi Sikorze, że sprawa jest pilna i nie można jej odłożyć na później. Napisałem do niego odręczny list, który doręczyłem mu na początku obrad, następnego dnia. Ku mojej satysfakcji okazało się, że KK podjęła sprawę przemówienia Jurczyka z własnej inicjatywy i Marian Jurczyk został poproszony o wyjaśnienia. Zrobił to w sposób typowy dla agentów, czyli tchórzliwie zasłonił się zaleceniem swojego adwokata, który miał „zabronić mu” wszelkich wypowiedzi na ten temat.

          I wtedy ku mojemu zaskoczeniu zdezorientowany Sikora, może uznając, że sprawa ma znaczenie zbyt poważne, by ją przemilczeć i obawiając się, że sprawa w ten sposób utknie, uznał, że zamiast własnego wskazania zebranym na wagę wydarzenia, na jej nie tylko krajowe, ale również międzynarodowe konsekwencje, wygodniej mu będzie zasłonić się odczytaniem mojego listu. Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność”, 4 listopada 1981 roku, z nagrania magnetofonowego dokonanego przeze mnie:

          (Sikora): „Wpłynęło tutaj na ręce, żeby tutaj zakończyć ten temat kolegi Jurczyka już całkiem, wpłynęło zażalenie – nie wiem jak to traktować – Krzysztofa Wyszkowskiego, sekretarza redakcji Tygodnika Solidarność. Ja to może odczytam i państwo zadecydują, czy będziemy do tej sprawy w ogóle się ustosunkowywać. A właściwie to się ustosunkuje najbardziej zainteresowany, uważam, kolega Jurczyk. (Odczytuje:) Telewizja i radio opublikowały fragmenty opinii Mariana Jurczyka o władzach PRL. Uprzejmie proszę Komisję Krajową o ustosunkowanie się do tego fragmentu wypowiedzi, w którym Marian Jurczyk stwierdził, że trzy czwarte  władz polskich stanowią Żydzi, którzy są nieprzyjacielami naszego państwa. Jak można domyślić się z kontekstu, są oni zdrajcami, których należy wieszać. Chciałbym zwrócić uwagę Komisji na fakt, że ta publiczna, skrajnie rasistowska i antysemicka wypowiedź wysokiego i popularnego funkcjonariusza obciąża cały Związek, a nawet cały naród polski, okrywając go hańbą. Jest to najpoważniejszy cios w dobre imię Związku w całej jego historii. W tej sytuacji uważam za pilną konieczność zajęcie przez Komisję Krajową oficjalnego stanowiska. Pozwalam sobie przedstawić Komisji swą prośbę. Podpisał Krzysztof Wyszkowski, sekretarz redakcji Tygodnika Solidarność.”

          (Następnie głos zabrał Marian Jurczyk:) „Chcę państwu powiedzieć tylko jedną, jedną rzecz, że nie padło z moich ust, że będę wieszał komunistów. To jest po prostu nieprawdą. Tego nie powiedziałem. Były mocne słowa i tego się nie wypieram, zresztą państwo mnie znacie: prawo musi być prawem, dla wszystkich ludzi jednakowe. I dla robotnika, i dla dyrektora, i dla po prostu ministra, i dla premiera; nawet dla tego, który ma w tej chwili trójwładzę. Wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy musimy odpowiadać za popełnione po prostu czyny; takie czyny są po prostu popełnione. Ja jeszcze raz podkreślam, nie mam już 25 lat a 47 i polskość, jaka we mnie jest pod żadnym naporem strachu czy propagandy, czy nawet jakichś po prostu obrażeń cielesnych: ja się tego nie przestraszę. Poświęciłem się sprawie i to, co mi sumienie wskazuje, i to, co pragną ludzie pracy, zawsze i wciąż z moich ust, po prostu, to wyjdzie. Taki mam charakter. Trudno. Czuję się Polakiem, nikim więcej innym. Dziękuję bardzo.”

          Zachowanie Jurczyka mnie nie zdziwiło, bo już od Siepnia`80 wiedziałem, że jest co najmniej tchórzem, ale gdy podjęto decyzje o przeprowadzeniu głosowania przez KKP nad wynikającym z mojego listu wnioskiem o zajęciu się wypowiedzią Jurczyka byłem przekonany, że wynik jest oczywisty i Komisja potępi człowieka, który sprowadził wielką szkodę na Solidarność. Jego przebiegiem zostałem już nie tylko bardzo nieprzyjemnie zaskoczony, ale zdruzgotany. Już nawet nie tym, że wniosek odrzucono, ale tym, że rozglądając się po sali zobaczyłem, że ludzie, na których poparcie liczyłem jako oczywistość – Bujak, Wujec, Frasyniuk – prawie schowali głowy pod stołem, żeby nie było widać, że nie głosują za wnioskiem. W tym momencie już nie sam Jurczyk, a wszyscy członkowie KK skompromitowali się jako tchórze.

          Po tej zawstydzającej scenie nastąpiła przerwa na obiad. Ponieważ podczas obrad siedziałem przy drzwiach, więc wszedłem do jadalni jako pierwszy i, wyczuwając niechętną mi atmosferę wśród członków KKP, usiadłem na środkowym krześle wielkiego środkowego stołu. Patrzyłem, jak inne stoły szybko się zapełniały, a mój pozostawał pusty... Czując się coraz bardziej nieswojo zobaczyłem, że w kącie sali zgromadziła się grupka działaczy, którzy nie znaleźli już miejsca przy innych stołach, ale najwidoczniej nie chcieli usiąść obok mnie! Przyznaję, że zalała mnie fala goryczy, bo to ja wymyśliłem ruch Solidarności i ryzykowałem życiem dla jego powstania, a teraz przez wybrańców dziesięciomilionowej rzeszy patriotów, jestem traktowany jak trędowaty lub komunistyczny prowokator.

          Okazało się, że to jeszcze nie był koniec pokazu głupoty tych ludzi. Po dłużącej się chwili zastosowania wobec mnie solidarnego numerus clausus do sali wpadła organizatorka i ostro pokrzykując zagoniła stojących do mojego stołu. Podchodzili ostrożnie, jakby obawiając się zarażenia lub pogryzienia. Pierwszy usiadł, wybierając odważnie miejsce naprzeciw mnie, Frasyniuk. Jedzenie zupy przebiegło w zupełnym milczeniu, ale przy podawaniu drugiego dania Frasyniuk zwrócił się do mnie z pytaniem: „Kim pan jest w waszej redakcji?” Zdziwiony, bo przecież przy odczytywaniu listu odczytano też podpis „sekretarz redakcji Tygodnika Solidarność” powtórzyłem tę informację, ale Frasyniuk nastawał: „A ja słyszałem, że sekretarzem redakcji jest ktoś inny.”

          Dopiero wtedy zrozumiałem o co mu chodzi – najwidoczniej słyszał o Arturze Hajniczu i nie wiedząc, że Mazowiecki już dawno go zdymisjonował, brał mnie za jakiegoś jego duplikanta z tej samej żydokomuny! Popatrzyłem mu długo prosto w oczy i odrzucając „dogadanie się” z młodą nadzieją ruchu solidarnościowego na gruncie „ja nie jestem Żydem” dobitnie powtórzyłem: „Myli się pan, to ja jestem sekretarzem redakcji tygodnika.” W milczeniu dokończyliśmy obiadu i poszedłem na dworzec.

          Byłem rozczarowany zbiorowym brakiem rozumu ogółu komisarzy oraz zastraszającym brakiem honoru tych działaczy, którzy wywodzili się ruchu przedsierpniowego i na codzień stale współpracowali z działaczami pochodzenia żydowskiego, bo oni mieli obowiązek rozumienia, że Jurczyk zachował się jak esbecki prowokator umożliwiający propagandzie komunistycznej przeprowadzenie skutecznej akcji dyfamacyjnej przeciw Solidarności nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Ale w Warszawie czekały mnie następne niespodzianki.

         W redakcji moje samodzielne wystąpienie spotkało się z całkowitym milczeniem mimo, że wydrukował je AS, czyli prowadzona przez Helenę Łuczywo Agencja Solidarności, a Trybuna Ludu ogłosiła mnie antysemitą, bo niby to dlaczego stwierdzenie, że w rządzie są Żydzi uważam za hańbiące? Nikt w Tygodniku mnie wtedy nie poparł, nie mówiąc już o podziękowaniu. Za to odebrałem telefon z Londynu od Eugeniusza Smolara, kierownika sekcji polskiej radia BBC, z ostrzeżeniem, że na Zachodzie rozpoczęła się szeroka antysolidarnościowa kampania medialno-polityczna. Okazało się, że zaprogramowane przez SB wystąpienie Jurczyka stało się zapalnikiem operacji skierowanej nie tylko przeciw „Solidarności”, ale wykorzystującej też stare oskarżenia o rzekomy „narodowy antysemityzm Polaków”.

         Sprawa wymagała natychmiastowej inicjatywy z polskiej strony, a ponieważ w redakcji nie było nikogo z redaktorów naczelnych, a wiedziałem już, że nikt z pozostałych pracowników nie potrafi   mi w tej sprawie w żaden sposób pomóc, zdecydowałem się zwrócić do Adama Kerstena, zawodowego historyka, a wówczas wydawcy „NOWa 2”, z którym już wcześniej współpracowałem.

        Kersten w lot zrozumiał problem i doprosił do naszej rozmowy swoją żonę, Krystynę, znaną historyk, specjalizującą się w najnowszej historii Polski (ta córka katyńczyka Edmunda Goławskiego odegrała tak ważną rolę w historiografii tego okresu, że jej biografia dopomina się opracowania, ale dobrze jest, że nie zabrał się za to jej podopieczny, Andrzej Friszke, który ją po swojemu „posztukatorzył”). Adam polecił Krystynie, żeby natychmiast napisała do najbliższego numeru „TS” artykuł odrzucający utrwaloną od dziesięcioleci, w kraju i za granicą, komunistyczną propagandę o „Polakach, najemnikach Andersa” jako sprawcach mordu Żydów w Kielcach, 4 lipca 1946 roku. Krystyna broniła się, że nie jest przygotowana, nie ma materiałów, nie zdąży ich poszukać, ale Adam powiedział krótko: „Wiesz, jak było, pisz”.

        Po dwóch dniach, pojechałem do Kerstenów po maszynopis, który po pozbawieniu go przez cenzurę jednoznacznego wydźwięku o sowiecko-ubeckim sprawstwie, ukazał się w Tygodniku. W ten sposób przełamany został narzucony przez komunistów 35-letni zakaz poruszania tej sprawy w inny sposób niż ustalony przez Grzegorza Korczyńskiego, osobiście zaprawionego w mordowanie Żydów, którego kompetencje jako śledczego precyzyjnie opisała Zofia Gomułkowa (żona Władysława, sama pochodzenia żydowskiego): „zarzucają mu antysemityzm – jaki on antysemita? Że wybił tych paru Żydów, no a co, Polaków to nie bił?” (Po latach Andrzej Friszke pisał w „Gazecie Wyborczej” o Krystynie Kersten: „To wtedy w "Tygodniku Solidarność" pisała o prawdziwej historii PRL, o pogromie kieleckim, o działalności UB. Odsłaniała obszar dziejów do tej pory przemilczany albo zakłamany.” W charakterystyczny dla siebie sposób przeinaczając sens artykułu Kerstenowej, która w warunkach cenzury (chcąc zmieścić artykuł w gotowym już prawie numerze Tygodnika nie mogłem w negocjacjach z cenzorem Karską zbyt wiele zdziałać w obronie głównej tezy artykułu, czyli jednoznacznego obciążenia sprawstwem mordu połączonych sił UB i NKWD). W ten sposób, dzięki cenzurze i stanowi wojennemu, który uniemożliwił Kerstenom przedstawienia w pełni prawdy (Adam zmarł w 1983 roku), Friszke do dzisiaj używa hasła „pogrom kielecki”.)

        Po Olaszku, co nie wie, że w komunizmie wszystko, co ukazywało się legalnie było zniekształcone cenzurą chroniącą kłamstwa peerelowskiego sowietyzmu, głos zabrał Bartosz Dziewanowski-Stefańczyk. Tu doszło do zakłócenia kadzidlanej atmosfery tej czarnej kodziarskiej mszy.

            Sprawa szokującego opóźnienia w wydawaniu głównego pisma związkowego, nominacji redaktora naczelnego i personalnego składu redakcji

        Omawiając spory Dziewanowskiego z Mazowieckim wnuk zacytował z dziennika swojego dziadka najważniejszą opinię: nieznośną cechą Mazowieckiego było „otaczanie się potakiewiczami”. I takich miażdżących wpisów było tak wiele, że w pełni uzasadniały odrzucenie współpracy z redaktorem-dyktatorem i jego potakiewiczami już w kwietniu 1981 r.

        Od razu mogę zaręczyć, że odmowa podjęcia pracy w Tygodniku przez Dziewanowskiego, twardego antykomunistę, nie wynikała z objęcia funkcji sekretarza przez Artura Hajnicza, dawnego członka młodzieżówki Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (Ozjasz Szechter, Adam Schaff, Julia Brystygierowa), później członka Związku Patriotów Polskich w Moskwie, politruku u Berlinga, a w końcu lat 70-tych współpracownika Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”. Razem z Dziewanowskim współpracowaliśmy z Arturem w latach 80-tych i miałem do niego większe zaufanie niż do wielu moich rówieśnych kolegów z tzw. opozycji. Myślę, że w czasie obchodów z ust Waldemara Kuczyńskiego, ucznia Włodzimierza Brusa, nie padnie wyjaśnienie, dlaczego Hajnicz musiał przestać być sekretarzem redakcji, a były funkcjonariusz UB Wiktor Herer był konsekwentnie drukowany w Tygodniku, mimo wielu protestów. Na przykład takiego jak Wiesława Chrzanowskiego, który gdy poszedłem do niego, namawiać go do podjęcia współpracy z Tygodnikiem, postawił tylko jeden warunek, żeby z grona stałych współpracowników pisma wyeliminować zbrodniarzy stalinowskich. Tego warunku Mazowiecki nie przyjął.

         Jeżeli mówi się o ogólnospołecznych, a nawet narodowych korzyściach z ukazywania się niekomunistycznego pisma w nakładzie 500 tysięcy egzemplarzy, to wyjaśnienia domaga się powód, dla którego Tygodnik ukazał się dopiero po ponad pół roku działalności Związku, zamiast przez cały okres, co przecież samo przez się wskazuje na antyspołeczny, a nawet antynarodowy charakter tego opóźnienia.

         Nie będę tej kwestii rozwijał, wspomnę tylko, że przecież już jesienią 1980 r. Lech Wałęsa ustanowił redaktora naczelnego, który miał jak najszybciej rozpocząć działalność Tygodnika. Był nim Andrzej Micewski. Ten współpracownik Mazowieckiego z „Więzi” był wieloletnim agentem SB pseud. „Michalski” i „Historyk”. Mazowiecki przeforsował go do składu miesięcznika (pomimo sprzeciwu większości członków redakcji podejrzewających Micewskiego o bycie konfidentem), dzięki wsparciu Andrzeja Wielowieyskiego, który w archiwum IPN odnotowany jest jako regularny rozmówca oficera SB. Organizatorzy obchodów 40-lecia „TS” ani przez chwilę nie zastanawiali się, jakim to własnym uwikłaniom Mazowiecki zawdzięcza swoje naczelnictwo i czy wystarczyły dawne zasługi w walce z Kościołem pod nadzorem Franciszka Mazura (enkawudysty z Biura Politycznego PZPR), uwieńczone powołaniem na stanowisko redaktora naczelnego miesięcznika „Więź” przez Jakuba Bermana (już jako skromnego redaktora wydawnictwa „Książka i Wiedza”). Na dzisiaj pozostańmy przy konstatacji, że w dokumentacji SB dotyczącej Tadeusza Mazowieckiego, oznaczanego jako „Boss”, znajduje się takie samo enigmatyczne zdanie, jak w teczce personalnej t.w. „Bolek”: „Dobrze zna metody pracy Służby Bezpieczeństwa”.

         W pełni podzielam opinię Dziewanowskiego, że większość redakcji stanowili „potakiwacze”. Takim oportunistą był na pewno Jan Dworak, który zastępował mnie przez tydzień w roli sekretarza redakcji i chciał nim być dalej, więc musiałem ostrym słowem kazać mu podnieść się z krzesła i opuścić pokój, ku radości moich współpracowniczek: Zyty Oryszyn i Niny Gładziuk. Za tę właściwość w 1989 Mazowiecki zrobił go prezesem TVP. Drugim czołowym nikim był Jarosław Szczepański. W 1981 roku nie mogłem dojść, dlaczego Mazowiecki ściągnął chłopczynę ze śląskiego „Sztandaru Młodych” i pozostawałem w tym nierozumieniu aż do czasu, gdy Jarek zaczął do mnie wydzwaniać jako przewodniczący polskiej loży Żydowskiego Stowarzyszenia B'nai B'rith. Mimo wszystko pozostaje dla mnie zagadką, dzięki jakim to niejawnym zaletom był także doradcą medialnym Bronisława Komorowskiego, a w latach 2007–2008 dyrektorem Biura Prasowego Kancelarii Sejmu RP.

          W odniesieniu do cytowanych tam notatek Dziewanowskiego mam zastrzeżenie tylko do jednej: „Mazowiecki razem z Wyrzykowskim pozbyli się ludzi…”. Myślę, że jest to ślad jakiejś manipulacji Mazowieckiego, który użył mojego nazwiska  (przekręcanie „Wyszkowski” na „Wyrzykowski” towarzyszy mi od  dziecka) by uzasadnić Dziewanowskiemu odmowę przyjęcia do redakcji Blumsztajna z całym kuroniadowo-michnikoidowym oprzyrządowaniem.

                         Przemilczane – wygumkowane

         Na czterdziestolecie niezasłużonej sławy postkomunistyczni ornamentatorzy ozdobili historię owczarni Mazowieckiego dwojgiem ważnych współtwórców Tygodnika, zarejestrowanych jako tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa, reportażystki Małgorzaty Niezabitowskiej i kierownika technicznego Jana Bohuszewicza, ale zrobili to metodą sztukatorów, czyli nie wspominając o ich afiliacji. A szkoda, bo z późniejszych osiągnięć obojga powinni być dumni.

         Pierwsza została rzeczniczką rządu zmontowanego przez Jaruzelskiego, Mazowieckiego i Kiszczaka i wsławiła się atakami na Wałęsę. Oczywiście nie za to, że był płatnym donosicielem SB, o czym wszyscy ci właściciele III RP wiedzieli, ale za nazwanie go „przyspieszaczem z siekierą” oraz za tango, które odtańczyła z Mazowieckim w restauracji w Smoleńsku – symboliczne, bo zaraz po powrocie z Katynia.

         Drugi, pracownik Wojskowych Zakładów Graficznych wskazany Mazowieckiemu przez Stefana Bratkowskiego, wsławił się jako twórca najbardziej znanego plakatu stanu wojennego, z Reaganem celującym z pistoletu i Adenauerem w płaszczu krzyżackim oraz napisami „Z mroków średniowiecza (gotykiem) Krucjata przeciwko Polsce”. Zoologicznego antysemitę udało mi się wyrzucić dopiero po długim sporze z Bohdanem Cywińskim (ten wzór iście papieskiej łagodności na pewno nie wiedział, że Bohuszewicz zorganizował wśród pracowników technicznych i administracyjnych „komórkę” rozpowszechniającą ulotki oskarżające kierownictwo redakcji o zdominowaniu jej składu przez Żydów i wskazujących niektórych dziennikarzy jako „syjonistów” [w esbeckim rozpracowaniu „Walet” też zwracano uwagę na aktywność „syjonistów”]).

                     Odtworzenie Tygodnika w 1989 roku w jego postkomunistycznym kształcie

          W początku obrad Okrągłego Stołu, gdy zacząłem głośno mówić o dokonującej się tam zdradzie naszych przedstawicieli „Solidarności”, mającej na celu ustanowienie Jaruzelskiego prezydentem Polski, Tadeusz Mazowiecki zaprosił mnie do siebie i zaproponował, żebym zajął się redakcją „Tygodnika Solidarność”. („23 lutego, czwartek, K. W. doniósł mi z rana, że został na dzisiaj wieczór zaproszony do mieszkania Mazowera. Zapewne montuje się zespół „TS”. Życzyłem mu powodzenia (zaśmiał się zjadliwie).” – w „Pierwsze podejście” Krzysztofa Czabańskiego). Zapytałem, czy chodzi mu o to, żebym przestał obserwować przebieg tego teatrum, obliczonego na wprowadzenie w błąd społeczeństwa, co do rzeczywistego przebiegu spotkań, które nie były negocjacjami, a uzgodnieniami. Mazowiecki wykręcał się argumentacją, że pilna potrzeba wznowienia Tygodnika wymaga wyłącznego skupienia wszystkich sił. Odpowiedziałem, że odmawiam wzięcia udziału w przedsięwzięciu, którego celem, pod jego kierownictwem, musi być dalsze oszukiwanie społeczeństwa.

          Z notatek Czabańskiego: „15 marca, środa. Według K. W., Komitet Obywatelski dzieli się już wyraźnie na partię wewnętrzną i partię zewnętrzną. Ci z partii wewnętrznej są bardzo nerwowi i przez całe niedzielne zebranie manipulowali wręcz gorączkowo. Pojawił się – kontynuuje K. – z powrotem Modzelewski, który zaraz na początku dyskusji zaproponował głosowanie nad dokumentem popierającym negocjatorów i ich osiągnięcia. Michnik opowiedział anegdotę o Żydzie, który narzeka w bożnicy, że znowu nie wygrał na loterii. Daj mi szansę, mówi Bóg, i kup los. Że to niby ten naród nigdy nie dał szansy Bogu? Odpowiedział mu Woźniakowski anegdotą krakowską: spotyka Józko Kazika i mówi: pożycz mi tysiąc złotych. Nie mam, mówi Kazik, mam tylko pięćset. Dobrze, mówi Józko, daj pięćset i pięćset będziesz mi winien. Po czym Woźniakowski wyszedł. Partia wewnętrzna parła do bezdyskusyjnego przyjęcia linii negocjatorów. Część KO krzyczała, że przecież oni mieli być ekspertami, doradcami, nie jakimś ciałem politycznym (teraz się obudzili! A jak przyjdą miejsca w Senacie, to też chyba nie będą mieli nic przeciw temu?!), część ostrzegała. Np. Bortnowska, żeby uważać, bo możemy zostać powieszeni na gałęziach razem z komunistami, albo Wajda – że serial pt. „Goście Mazowieckiego” w reżyserii Andrzeja Wajdy to nie jest to o co chodzi i nie zainteresuje on telewidzów (podobno na tym ma polegać te pół godziny w telewizji dla „S”). Jednak Michnik, Kuroń i Wałęsa parli do zaakceptowania, no i Mazowiecki, Geremek, oczywiście, także. W trakcie dyskusji okazało się, że samorząd – dupa, stowarzyszenia – dupa, prawo – coś czego nie warto nawet brać, górnictwo – dupa. I co, to ma być zaakceptowane?! W efekcie, napisali papier o niebezpieczeństwie i ryzyku. No, ale wchodzą. Zwłaszcza, że Geremek straszy, że beton jest strasznie silny i wszystko odbierze, jeżeli się nie podpisze tego, co jest teraz. Miał być zwołany w Gdańsku sejmik „S”, ale po uchwałach dwóch regionów, że cena wyborów i prezydenta za „S” jest zbyt wysoka, wycofają się chyba z sejmiku i zwołają w niedzielę tylko tzw. aktyw.” W podziemnym pisemku Kurier Okrągłego Stołu pisałem, że Polacy mogą dać sobie prawo do trwania w zniewoleniu, ale nie mają prawa oszukać innych pragnących wolności narodów podbitych przez imperium sowieckie, dla których polski Okrągły Stół będzie fałszywym wzorem.  

          Mimo tej odmowy mój przyjaciel Józef Duriasz zaciągnął mnie na spotkanie inaugurujące prace nowej redakcji. Poszczególni dziennikarze przedstawiali po kolei swoje propozycje artykułów do pierwszego numeru. Zniesmaczony, bez słowa słuchałem katalogu tematów, które byłyby oportunistyczne nawet w 1981 roku, a teraz mogły być swobodnie drukowane w organie KC PZPR, tygodniku „Polityka”. Po wyczerpaniu wszystkich propozycji, Mazowiecki zwrócił się do mnie z pytaniem: „Krzysztofie, a o czym ty byś napisał?”. „O potrzebie antykomunizmu” – odpowiedziałem. Mazowiecki zaśmiał się: „To może do ostatniego numeru”. W ten sposób słuszność mojej decyzji o odrzuceniu współpracy z tym zespołem znalazła dobitne potwierdzenie.

          Dzisiaj, gdy tysiące michnikoidowo-tuskoidowej i frasyniukopodobnej chuliganerii tapla się w błocie własnej podłości i wulgarności przypominam sobie to odrzucenie i powtarzam z dumą i radością: Tak, jestem dla was „Żydem”, czyli takim Polakiem, który nie zgadza się na zasadę „cel uświęca środki”; który nie zgadzał się ogłoszenie Wałęsy agentem SB przez Kuronia i Borusewicza tylko po to, żeby przechwycić władzę nad rodzącą się antykomunistyczną kontrrewolucją; który wtedy, gdy wy robiliście kariery jako współwłaściciele III RP, głośno sprzeciwiał się ogłoszeniu zdrady okrągłostołowej za obaleniem komunizmu; który nie nazywa niekomunistycznym premierem człowieka desygnowanego przez Jaruzelskiego i wspieranego przez Kiszczaka w niszczeniu archiwów zbrodni komunistycznych i w walce z obozem niepodległościowym. I mam nadzieję, że dożyję swoich dni nigdy ani nie porzucając takiego „żydostwa”, ani nie wypierając się obelgi bycia „chorobliwym inteligentem”, którą w książce „Takie czasy. Rzecz o kompromisie” obdarzył mnie Adam Michnik.

Krzysztof Wyszkowski

(Za braki redakcyjne przepraszam, jak zdaje się wyżej napisałem mam wazniejsze zajęcia od reakcji na smutny spadek po "Bossie".)

5 kwietnia 2021 r.

z

wtorek, 03 marca 2020 14:41

Czterdzieści lat temu uczestniczyliśmy z państwem Gwiazdami w Wielkim Strajku Stoczni Gdańskiej. Andrzej upominał się tam o praworządność i dzięki uczciwym Polakom wywalczyliśmy powstanie Solidarności. Gdyby wtedy ktoś powiedział, że w wolnej Polsce będzie obowiązywała zasada obrony skorumpowanych sędziów, to zostałby uznana nawet nie za agenta, a po prostu za wariata.

W czterdzieści lat później postkomunistyczne media ogłaszają Kwaśniewskiego najlepszym prezydentem, Michnika autorytetem moralnym, a Strzembosza i Matczaka autorytetami prawniczymi. Za to my, ludzie idei wierni Solidarności, jako narodowej woli wolności i demokracji, obwoływani jesteśmy faszystami i wrogami europejskości. Publicznie mówi się o rzekomym obowiązku rezygnacji już nie tylko z suwerenności Polski, ale nawet z polskości, która ma być nienormalnością. Dziś wariatami mają być ci, którzy nie godzą się iść drogą targowicy pod dyktando agenta Bolka i agenta Donka

List otwarty do opinii publicznej

niedziela, 18 sierpnia 2019 13:22

Prezydenci Gdańska i Sopotu, a za nimi gromada Totalnych poputczyków,  wszczęli przeciw mnie kampanię nienawiści oskarżając o atak na dziecko.

To kłamstwo ma zasłonić prawdziwą treść mojej krytyki wobec jawnie antyrządowych i antypaństwowych działań Aleksandry Dulkiewicz.

Za zbyt złośliwe i brutalne wpisy na Twitter przeprosiłem i skasowałem je, ale powtarzam: w oczywisty sposób odnosiłem się do publicznych i skandalicznych występów tej pani.

Skoro jednak kampania ta, zorganizowana przynajmniej po części na użytek kampanii wyborczej, używa pretekstu rzekomo pokrzywdzonego moimi wpisami panieńskiego dziecka, odpowiadam:

Mam dwóch synów urodzonych bez ślubu z ich matkami. Obaj noszą moje nazwisko, obu kocham i zawsze najwyższą radość sprawiało mi opiekowanie się nimi. Dlatego mam odruchową niechęć do tych ludzi, którzy jako matki lub ojcowie, wypierają się swoich dzieci lub krzywdzą je pozbawiając je opieki obojga rodziców. Wszyscy rodzice, bez względu na swój stan cywilny, swoją sytuację społeczną czy polityczną, powinni kierować się po pierwsze dobrem swojego dziecka i wypełniać swoje wobec niego prawem nakazane obowiązki.

W tej sprawie mam do przekazania pani Dulkiewicz tylko zapewnienie, że najszczerzej i z całego serca życzę jej córce wszelkiego dobra i powodzenia.

A poputczyczkom idiotycznie udającym występowanie w obronie macierzyństwa („My, kobiety i matki, nie zgadzamy się na takie traktowanie kobiet. Wyrażamy stanowczy protest wobec takich wystąpień skierowanych przeciwko komukolwiek, a w szczególności przeciwko działaczkom samorządowym, oddanym sprawom swoich miast”.”) przypominam sprawę Borisa Johnsona, obecnego premiera Wlk. Brytanii, który jeszcze jako działacz samorządowy został sądownie zmuszony do uznania ojcostwa swojego dziecka pozamałżeńskiego:

„Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, że Boris Johnson został ojcem … sąd  odrzucił próbę ukrycia przez Helen Macintyre ojcostwa swojej córki urodzonej po krótkim romansie z burmistrzem Londynu. (…) Helen Macintyre, profesjonalna konsultantka artystyczna, przegrała prawną walkę o tajemnicę ojcostwa córki, które w dokumentach sądowych jest wymienione tylko jako „AAA”. (…) Macintyre twierdziła, że ​​sprawa ojcostwa jej córki jest „wyjątkowo wrażliwa i delikatna” i że dla trzyletniego dziecka (obecnie jedenastoletniego) dowiedzenie się, kto jest jego ojcem jest „absolutnie druzgocące” (…) we wczesnych stadiach ciąży Johnson wyznaczył Macintyre na niepłatne stanowisko publiczne jako fundraisera. (…) (sąd stwierdził, że) dziwne jest oczekiwanie, że opinia publiczna zapomni o tym, że mężczyzna, który jest ważną postacią publiczną, jest ojcem dziecka po krótkim cudzołożnym romansie.” (https://www.theguardian.com/politics/2013/may/21/boris-johnson-fathered-child-affair?fbclid=IwAR2GuzPe6v_mKxhvXV7B2kWf3YZxXI872Ba2CkMukJ_llm1PemNgEJJiSSg)

Apeluję do rozsądku państwa prezydentów oraz wszystkich Totalnych poputczyków, by zaprzestali używania moich wypowiedzi do obrony swojej własnej, niegodnej i szkodliwej dla Pomorza i całej Polski, działalności politycznej.

Krzysztof Wyszkowski

Do samego rana śledziłem internet, w zachwycie dowiadując się o coraz to lepszych wynikach wyborów. Gdy wreszcie przyłożyłem głowę do poduszki, odezwał się telefon. Z irytacją pomyślałem, że chodzi o komentarz dla gazety czy portalu, ale, ze względu na państwową wagę wydarzeń, odebrałem.

"Pan Krzysztof? Pan prezes prosi o informację, jak można pomóc pani XY (wdowy po zmarłym działaczu WZZ) ..."

To był telefon z biura Jarosława Kaczyńskiego!

Bywalo, że spierałem się z Bliźniakami i mam przekonanie, że czasem miałem rację, ale dzisiaj, gdy wszyscy sympaty PiS zajmują się świętowaniem sukcesu, a jego lider i twórca (wraz ze swoim śp. bratem, działaczem WZZ) robi to, co jest tego sukcesu fundamentem - pielęgnuje prawo moralne i historyczną sprawiedliwość - jestem dumny z mojego do niego zaufania.

Troska prezesa o skromną wdowę (o której nie pomyślała prezydent Gdańska) to najlepsza gwarancja dalszych zwycięstw Dobrej Zmiany.

Krzysztof Wyszkowski

Słowa na wolności - kazuistyka w natarciu

środa, 30 stycznia 2019 15:02

Po zwycięstwie wyborczym PiS w roku 2015 karierę zrobiły dwa slogany kojarzone z przeciwnikami legalnie wybranych władz. Jednym stało się określenie „opozycja totalna”, którym posłużył się kiedyś Grzegorz Schetyna. Nie jest do końca pewne pochodzenie drugiej zbitki słownej, „ulica i zagranica”, ale wiadomo, że w roku 1968 użył jej członek Biura Politycznego KC PZPR i wicemarszałek Sejmu PRL Zenon Kliszko odpowiadając na interpelacje członków koła poselskiego „Znak” po pamiętnym pobiciu studentów przez milicję i ORMO.

To, że pierwsze z haseł było faktycznie strzałem opozycji we własne kolano zauważono natychmiast (również w środowiskach liberalnych), bo w końcu „negować totalnie” znaczy ex definitione odrzucać wszystko, włącznie z tym, co dobre. Wyborcy emocjonalnie niezaangażowani łatwo przecież mogli wywnioskować, że za takim sloganem nie stoi żaden pozytywny program, a tylko i wyłącznie chęć powrotu do władzy za wszelką cenę.

O historii użycia drugiego hasła najwyraźniej nie pamiętano, ale faktem jest, że oddawało ono istotę przyjętej przez opozycję strategii, toteż środowiska zwolenników obozu rządowego chętnie z tego skorzystały. Trudno było nie zauważyć, iż przeciwnikom chodzi głównie o doprowadzenie do zamieszek ulicznych i wciągnięcie do gry sympatyzujących z lewicą władz Unii Europejskiej. A jeśli komuś zależy na wyprowadzeniu ludzi na ulice, mocne słowo staje się niezwykle użytecznym narzędziem perswazji.

W samym fakcie demonstrowania na ulicy własnych poglądów nie ma oczywiście nic nagannego. Gorzej, gdy podczas demonstracji lub na sali obrad padają słowa obrażające przeciwników, z reguły bowiem wyzwala to podobne reakcje po drugiej stronie barykady. Słysząc polityków mówiących o dorzynaniu watahy i o PiS-owskiej szarańczy albo używających określenia „zdradzieckie mordy” stawiałem sobie czasami pytanie, jak głęboko sięgną jeszcze podziały społeczne.

Za rzecz normalną uznać można to, że w ogniu walki politycznej przypisuje się negatywne tradycje przeciwnikom. Tak czynią w końcu zwolennicy PiS-u wskazując paralele między skargami opozycji kierowanymi do organów Unii Europejskiej a działalnością Konfederacji Targowickiej, która przyczyniła się do upadku Rzeczypospolitej. Ale żeby w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niezawisłości nazwać 250 tys. uczestników Marszu Niepodległości neofaszystami (bo taki przekaz skierowała do swoich medialnych sojuszników na Zachodzie rodzima, liberalna lewica), trzeba być po prostu idiotą albo prowokatorem, który dąży do podwyższenia temperatury dyskursu.

Temu drugiemu służy też najwyraźniej prowokacyjne stosowanie podwójnej miary, gdy dochodzi do oceny decyzji własnych i przeciwników. Coś jak w rozumowaniu jednego z bohaterów W pustyni w puszczy. Jeśli ktoś lustrował kiedyś współpracownika S.B., ks. Czajkowskiego, grzebanie w teczkach było przeciwko sumieniu, ale lustrowanie Macierewicza na użytek paszkwilanckich książek jest w porządku. Gdy skoku na Trybunał Konstytucyjny dokonywali w 2015 posłowie rządzącej koalicji PO–PSL, nikt z liberałów nie protestował. Po zwycięstwie PiS i przegłosowaniu w Sejmie ustaw reformujących sądownictwo natychmiast podniósł się krzyk, że doszło do zamachu na niezależne sądy i na konstytucję.

Nie wszystkie przykłady „moralności Kalego” dają się wszakże skwitować uśmiechem. Gdy zaczynałem pisać o wkładzie podwójnych standardów w budzenie złych emocji, trwały histeryczne protesty środowisk liberalnych przeciwko planowanemu odstrzałowi 180 tys. dzików w związku z rozprzestrzenianiem się afrykańskiego wirusa ASF (choć w czasach rządów koalicji PO–PSL liczba odstrzelanych corocznie dzików była niemal dwukrotnie wyższa i nikt z przedstawicieli liberalnej lewicy nie wydobył z siebie słowa sprzeciwu). W międzyczasie wydarzyła się jednak rzecz naprawdę tragiczna.

Żniwo niefrasobliwości

Sprawa nie jest do końca wyjaśniona. Wiadomo, że w niedzielę wieczorem, 13 stycznia 2019 r., podczas koncertu uświetniającego finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Gdańsku wtargnął na scenę młody mężczyzna i nożem przypominającym broń wojsk desantowych ugodził w okolice serca, w ramię i w przeponę prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, po czym przedstawił się publiczności jako Stefan Miłosz i oświadczył, iż zabił, gdyż siedział niewinnie w więzieniu, do którego wpakowała go Platforma Obywatelska. Rzecz znamienna, iż napastnik nie próbował uciec. Bez sprzeciwu oddał się w ręce służb porządkowych. Mimo przeprowadzonej operacji prezydent Gdańska zmarł następnego dnia.

Jak mogło do czegoś takiego dojść podczas imprezy, nad której przebiegiem czuwała firma ochroniarska? Pierwsza odpowiedź, jaka się natychmiast narzuca w świetle tego, o czym pisze prasa, jest prosta: zignorowane zostały wymogi bezpieczeństwa. Finału WOŚP nie zgłoszono jako imprezy masowej (bo kosztowałoby to więcej) i najwidoczniej nie pomyślano o osobistej ochronie ważnych osób. Średnia wieku 41 mężczyzn zatrudnionych przez firmę ochroniarską na okoliczność imprezy wskazywała na brak doświadczenia co najmniej połowy z nich. Niektórzy nie ukończyli nawet osiemnastu lat. Scenę zabójstwa obejrzałem w dwóch różnych ujęciach, w telewizyjnym serwisie BBC Word News i w Internecie. W pierwszym ujęciu wyraźnie widać jak mężczyzna (który według naocznych świadków po prostu przeskoczył barierki i dostał się na scenę) podbiega do prezydenta Gdańska i przez nikogo nie zatrzymany zadaje mu cios nożem; w zarejestrowanym prawdopodobnie na czyimś smartfonie ujęciu drugim przedstawia się publiczności, podczas gdy zabawa w najlepsze trwa.

Już z pierwszych ustaleń prowadzonego przez prokuraturę dochodzenia wynikało, że 27-letni zabójca miał mimo młodego wieku bogaty staż kryminalny (spędził pięć i pół roku w więzieniu za napady na banki) i że stan jego zdrowia psychicznego wyraźnie odstawał od akceptowalnych norm współżycia z otoczeniem. W 2016 roku przez kilka tygodni (ściślej — od 23 lutego do 13 kwietnia) przebywał w oddziale psychiatrycznym i do końca pobytu w więzieniu (t.j. do 8 grudnia 2018) był pod nadzorem medycznym. W dzień po opuszczeniu zakładu karnego udał się samolotem do Warszawy i pojechał pod Pałac Prezydencki (z zamiarem przedostania się nocą na jego teren?). Podobno chciał zrobić coś dużego, o czym wszyscy będą mówić. Według obrońcy Stefana W., na pytanie dlaczego zaatakował prezydenta Gdańska, miał odpowiedzieć: tak jakoś wyszło. Diagnozujący go w więzieniu psychiatrzy orzekli, iż cierpiał na schizofrenię paranoidalną (słyszał głosy, które komentowały jego zachowanie, wydawały mu polecenia, miał wrażenie, że funkcjonariusze cofają czas, wyznaczają mu zadania do wykonania…)

Zarządzanie emocjami

Nie czekając choćby na wstępne wyniki śledztwa, dziennikarze „Gazety Wyborczej” natychmiast ogłosili, że jest to mord polityczny, za który moralną odpowiedzialność ponoszą Jarosław Kaczyński i media, które w okresie przed wyborami do samorządów lokalnych atakowały prezydenta Gdańska. A ponieważ ani on, ani szef WOŚP, nie byli ostatnio pozytywnymi bohaterami telewizji publicznej, właśnie na nią skierowano główny ogień ataków. Według „Gazety Wyborczej” TVP była jedynym źródłem informacji wizualnej w zakładach karnych.

Głosy te i im podobne miały w jakimś sensie swój odpowiednik w komentarzach zwolenników PiS-u po zabójstwie pracownika biura PiS Marka Rosiaka przez byłego członka PO, Ryszarda Cybę, 18 października 2010 roku. Jest wszakże istotna różnica między wypowiedziami dotyczącymi okoliczności zabójstwa Pawła Adamowicza a komentarzami sprzed lat. O ile dobrze pamiętam, media sympatyzujące dziewięć lat wcześniej z PiS-em oceniały wydarzenia skupiając się na niepodważalnych faktach. Fakty stanowiące kontekst tragicznego wydarzenia w Gdańsku zostały natomiast przeinaczone i nagięte do z góry przyjętej tezy. W odpowiedzi na artykuł Wojciecha Czuchnowskiego w „Wyborczej” służba więzienna z Malborka przedstawiła listę kilkunastu kanałów telewizyjnych, które mogą oglądać skazani. Jeden ze współwięźniów Stefana W. stwierdził ponadto, że w zakładach karnych rzadko ogląda się wiadomości, a jeśli już to na Polsacie i TVN.

Nie oglądam żadnego z polskich kanałów telewizyjnych, toteż nie będę podnosił kwestii ich ewentualnej odpowiedzialności za zaostrzenie dyskursu politycznego. Mam jednak dostęp do prasy i interesuje mnie przekaz płynący z Polski do krajów Unii i do Stanów Zjednoczonych, a ten był w przeważającej mierze antyrządowy i manipulatorski. Trudno się zresztą dziwić, skoro pochodził głównie ze źródeł liberalno-lewicowych związanych z PO.

Sięgam przykładowo po oryginał artykułu korespondentki „The Washington Post” Anne Applebaum z 15 stycznia 2019 roku In the wake of a political murder, the hate campaign continues, który w polskim przekładzie pojawił się w dzień później na stronie Wyborcza.pl (z pełnym dostępem wyłącznie dla prenumeratorów strony).  Poza porównaniem ataku na Pawła Adamowicza z zabójstwem brytyjskiej posłanki Jo Cox artykuł nie wniósł do trwającej debaty o „mowie nienawiści” nic zasługującego na szczególną uwagę. Autorka powieliła po prostu większość komunałów krążących w antypisowskich środowiskach. Jedyną nowością było dla mnie to, iż w raportach TVP dotyczących ataku na prezydenta Gdańska pominięto podobno słowa zabójcy na temat PO i nie wspomniano o groźbach skrajnej prawicy pod adresem Adamowicza.

Przemilczenia można uznać za rzecz naganną, ale Anne Applebaum zarzuciła również Telewizji Polskiej brak skruchy za wcześniejsze „szkalujące” ataki na WOŚP i na zamordowanego prezydenta, a relacje TVP nazwała wyrachowaną (dosł. coldblooded — przemyślaną z zimną krwią) próbą zmanipulowania historii, która miała miejsce. Problem w tym, iż p. Applebaum albo nie posiada dostatecznej wiedzy o kontekście opisywanych wydarzeń (co wydaje mi się wątpliwe, skoro zna język polski i jest małżonką Radosława Sikorskiego), albo sama przemilcza istotne aspekty sprawy i w sposób wyrachowany próbuje żonglować faktami.

Krajowi obserwatorzy polskiej sceny politycznej doskonale wiedzą, iż Paweł Adamowicz był politykiem atakowanym nie tylko przez TVP i media sympatyzujące z PiS-em. Od roku 2013, a więc jeszcze w czasach, gdy władzę w Polsce sprawowała koalicja PO–PSL, w prasie różnych opcji (z „Newsweekiem” włącznie) wracał temat braku „transparentności” źródeł jego rodzinnych finansów. W 2015 roku prokuratura zarzuciła mu podanie nieprawdziwych danych w oświadczeniach majątkowych za lata 2010–2012 (w związku z czym zawiesił swoje członkostwo w PO). W wyborach poprzedzających cztery poprzednie kadencje ubiegał się o fotel prezydenta miasta z ramienia Platformy Obywatelskiej, ale ostatnie wybory wygrał występując w pierwszej turze przeciwko kandydatowi komitetu utworzonego przez PO i Nowoczesną, Jarosławowi Wałęsie. Był dla tego ugrupowania mechanizmem niszczącym. W okresie przedwyborczym przewodnicząca Nowoczesnej, Katarzyna Lubnauer kilkakrotnie wypowiadała się o niejasnościach dotyczących jego majątku, […] związku z Amber Gold i o tym, że jej partia nie może go poprzeć. Poparcie Koalicji Obywatelskiej uzyskał prezydent Adamowicz dopiero w drugiej turze, gdy przyszło mu się zmierzyć z kandydatem Zjednoczonej Prawicy. Czy nie warto w tym kontekście zapytać o polityczne przyczyny jego pośmiertnej nobilitacji przez te same środowiska, które się go wcześniej wyrzekły?

Dubito ergo sum

Jeśli ktoś uważa, że to tragiczne wydarzenie było zbrodnią polityczną, powinien postawić pytanie, komu zabójstwo prezydenta Gdańska mogło przynieść korzyści. Nie należy zapominać, iż mordu dokonał człowiek chory w okresie przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i Sejmu RP, gdy stało się rzeczą ewidentną, iż prezes PiS dąży do wyciszenia konfrontacyjnych nastrojów i stawia na pozyskanie większej liczby wyborców z kręgów miękkiego elektoratu. Warto też pamiętać, że sprawując przez ponad dwadzieścia lat władzę w Gdańsku Paweł Adamowicz miał wiele okazji by dobrze poznać miejscowe układy mafijne i zgromadzić wiedzę o ludziach uwikłanych w mniejsze lub większe afery. Czy prowadząc śledztwo prokuratura weźmie pod uwagę możliwość udziału osób trzecich w tym, co doprowadziło do zbrodni? Tego nie sposób przewidzieć.

Dobrze się stało, że Prezydent Andrzej Duda ogłosił dzień pogrzebu Pawła Adamowicza dniem żałoby narodowej i wziął udział w uroczystościach pogrzebowych. Podobnie uczynił premier Morawiecki. Za przejaw małostkowości albo zwykłej głupoty można natomiast uznać fakt, iż organizatorzy uroczystości w bazylice Mariackiej przydzielili im miejsca w piątym rzędzie VIP-ów (najwyraźniej nie przewidując skutków). Nawet w kręgach opozycji zauważono, iż czyniąc tak nie zaszkodzili osobom reprezentującym władze i majestat Rzeczypospolitej, lecz co najwyżej sobie samym. Warte przemyślenia jest szczególnie to, iż do autorstwa scenariusza uroczystości przyznała się wdowa po prezydencie Gdańska, która już rozważa możliwość startu w wyborach do Parlamentu Europejskiego. W wywiadzie dla „Newsweeka” Magdalena Adamowicz oświadczyła, iż nie chciała mieć przedstawicieli rządu w zasięgu swojego wzroku. Prezydentowi Dudzie i premierowi Morawieckiemu przysporzyło to w sumie zwolenników.

Rodzi się w tej sytuacji pytanie o skuteczność apeli o odrzucenie „mowy nienawiści” kierowanych przez przedstawicieli duchowieństwa do wszystkich opcji politycznych. Z całą pewnością strona rządowa nie będzie miała z tym problemów, jako że zależy jej na łagodzeniu nastrojów. Wyrazem otwarcia na dialog jest choćby zwołanie przez premiera Morawieckiego spotkania z przedstawicielami klubów parlamentarnych i wstępne uzgodnienie kroków legislacyjnych, które należałoby podjąć, by móc w przyszłości skutecznie przeciwdziałać tego rodzaju tragicznym wydarzeniom. Przed trudniejszym wyzwaniem staje główna partia opozycyjna, ponieważ jej program polityczny sprowadza się w zasadzie do demonizowania PiS-u. Można w związku z tym spodziewać się, że jej przywódcy będą z większym natężeniem złorzeczyć przeciwko sprawującym władzę i przekonywać zwolenników mniejszych partii, że są jedyną siłą zdolną powstrzymać „totalitarne zapędy” rządzących. Gdy po mszy żałobnej odprawionej na okoliczność pogrzebu zamordowanego Pawła Adamowicza jeden z duchownych zaapelował, by skończyć z nienawiścią i nienawistnym językiem, poproszony o komentarz Grzegorz Schetyna odpowiedział: To wezwanie do tych, którzy spowodowali tę sytuację. Oni powinni to usłyszeć.

Ów brak symetrii w rozumieniu winy własnej i cudzej trafnie skomentował Rafał Ziemkiewicz przypominając szydercze ataki na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a po jego tragicznej śmierci — na polityków i przeciętnych Polaków, którzy próbowali ją w różnych formach upamiętnić. Tak rzeczywiście „nie można mówić o żadnej symetrii” — napisał w sarkastycznym felietonie na łamach  „Do Rzeczy”—

[…] Wiceprzewodniczący PiS nie zaprosi na „zimny budyń krojony nożem”, jak Palikot zapraszał na „kaczkę po smoleńsku i krwawą Mary”. Żaden pisowiec nie będzie w telewizji obruszał się, że Tusk (czy ktokolwiek inny) przyszedł na pogrzeb „w czarnym garniturze jak jakiś Breżniew”, żaden pisowiec nie będzie gdańszczanom gasił zniczy moczem ani w czasie, gdy je zapalają, puszczał przez gigantofon „kaczuszek”, żaden nie będzie organizował na fejsie wydarzenia „wyp…my serce ze zniczy z Gdańska” — a kiedy wdowa i sieroty zechcą pójść na grób zmarłego, pisowcy na pewno nie będą im blokować dostępu wyjąc i bluzgając.

Wygląda więc na to, iż wiązanie zabójstwa Pawła Adamowicza z „mową nienawiści” tudzież próby „przyklejenia” jego zabójcy do PiS-u nie zmienią w sposób istotny układu sił i Platforma Obywatelska stanie się w końcu ofiarą własnej kazuistyki. Szukając czegoś na Twitterze zauważyłem, iż rzecznik prasowy PO, Jan Grabiec, „wrzuca” jakieś uwagi o kampanii nienawiści i potrzebie solidarności z wszystkimi atakowanymi. Nawet jeśli jej nie chcemy, to nasza „wojna” — pisze w odpowiedzi na czyjś tweet. Problem w tym, iż przy użyciu tego rodzaju retoryki można co najwyżej wygrywać drobne potyczki. By wygrać wojnę, nie wystarczy rzucanie obelg i straszenie przeciwnikiem. Trzeba zapracować na wiarygodność i mieć szerokie zaplecze w postaci wyborców, którzy w ewentualnym zwycięstwie dostrzegą własne korzyści. Które z ugrupowań takie zaplecze posiada, pokazały wybory sprzed czterech lat.

Czy znaczy to, że historia powinna się powtórzyć w bieżącym, 2019 roku? Wiele na to wskazuje. Gdyby jednak ludzi sprawujących dziś władzę w Polsce zmiotło coś ze sceny politycznej, nie będzie to nic, co ma związek ze śmiercią prezydenta Gdańska. O tragicznym wymiarze wydarzenia, do którego doszło 13 stycznia, już się nie mówi, gdyż środowiska totalnej opozycji skutecznie przekształciły je w spektakl pozostawiający wrażenie niesmaku.

Autor jest emerytowanym lektorem języka polskiego w University of Michigan (Ann Arbor) i b. wykładowcą w Saint Mary’s College w Orchard Lake. Represjonowany w czasach PRL i internowany w okresie stanu wojennego wyjechał z rodziną na emigrację w roku 1983. Po uzyskaniu w 2005 r. statusu pokrzywdzonego prowadził badania w archiwach IPN. W latach 2007–2008 był pracownikiem SKW i członkiem Komisji Weryfikacyjnej d.s. WSI. W 2016 r. na stronie internetowej MON-u redagował dwujęzyczną zakładkę poświęconą warszawskiemu Szczytowi NATO.

  1. Jestem człowiekiem uznającym w pełni porządek prawny ustanowiony w Polsce po 1989 r.
  2. Moja odmowa wykonania wyroku Sądu Apelacyjnego w Gdańsku (sygn. akt I ACa 1520/10) nakazującego mi ogłoszenie w telewizji: „W dniu 16 listopada 2005 r. w programach informacyjnych „Panorama” II programu TVP i „Fakty” telewizji TVN wyemitowano moje oświadczenie, iż powód Lech Wałęsa współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa i pobierał za to pieniądze. To oświadczenie stanowiło nieprawdę i naruszało godność osobistą i dobre imię Lecha Wałęsy, wobec czego ja Krzysztof Wyszkowski odwołuję je całości i przepraszam Lecha Wałęsę za naruszenie jego dóbr osobistych” była absolutnym wyjątkiem, jako obywatelski protest przeciw jawnemu bezprawiu (treść skargi kasacyjnej nieprzyjętej do rozpoznania przez Sąd Najwyższy: http://wyszkowski.com.pl/administrator/index.php?option=com_k2&view=item&cid=1889).
  3. Uznałem się za zobowiązanego do protestu w sprawie wyroku Sądu Apelacyjnego w Gdańsku,  Wydział I Cywilny w składzie: przewodniczący: SSA Bogusława Sieruga, sędziowie: SA Arina Perkowska, SA Roman Kowalkowski (spr.) z dnia 24 marca 2011 r., sygn. Akt I ACa 1520/10 I ACz 2003/10 wydanego w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, dlatego, że wyrok ten stanowił publiczną obrazę prawa Rzeczypospolitej, niezawisłości sądownictwa oraz rzeczywistości i zdrowego rozsądku. Występowałem więc nie tylko w obronie godności własnej, pogwałconej zobowiązaniem do ogłoszenia oczywistego kłamstwa, ale również jako wyrazu sprzeciwu wobec dokonywanemu przez sędziów SA obrazie godności sądownictwa polskiego, które w tej mierze okazało się być godną pożałowania kontynuacją sowiecko-oportunistycznych praktyk sądownictwa PRL.  
  4. Wydający ten wyrok sędziowie, po sześciu (a w całości po jedenastu)  latach procesu, zmienili trafny wyrok Sądu Okręgowego w Gdańsku, który w dniu 31 sierpnia 2010 r. oddalił pozew Wałęsy uznając, że zachowałem należytą staranność w wykazaniu, iż Lech Wałęsa mógł być agentem SB (sąd Okręgowy pod przewodnictwem sędzi Urszuli Malak uchylił się od rozstrzygnięcia czy Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB, ale zajął  wyraźne stanowisko w sprawie prawa historyków i dziennikarzy do wolności badań; sędzia uznała, że choć (ówcześnie) badacze nie posiadali dowodu współpracy w postaci pisemnego zobowiązania Wałęsy do bycia agentem SB, to jednak nie oznaczało, że należy całkowicie wykluczyć możliwość badania istnienia takiego faktu historycznego i prowadzenia dyskusji w sprawie jego istnienia),
  5. Sąd wywodził, że w procesie cywilnym między Wałęsą i Wyszkowskim doszło do kolizji dwóch przepisów prawa. „Prawa wolności i swobody wypowiedzi, w tym także ocen innych osób, zwłaszcza publicznych; z drugim - prawem do ochrony czci i dobrego imienia. Żadne z tych praw nie jest prawem absolutnym, nie jest uprzywilejowane względem drugiego. Oba są równorzędne i korzystają z takiej samej ochrony konstytucyjnej. Dozwolona publiczna krytyka nie może naruszać godności i dobrego imienia osób, chyba, że oparta jest na prawdziwych zarzutach i podjęta w celu ochrony uzasadnionego interesu społecznego.” Jako, że wcześniej SA powtórzył za wyrokiem SO, że dochowałem należytej staranności w badaniu sprawy, więc konkluzja powinna być  jednoznaczna. Niestety sędziowie ci, dla ochronienia interesów Wałęsy, ale również interesów własnych, jako reprezentantów postkomunistycznej kasty sędziowskiej, i również całego dominującego w Polsce w tym okresie Układu Postkomunistycznego (którego stronniczość Kasty jest warunkiem), wbrew przedstawionym sądowi bezsprzecznie wiarygodnym dokumentom i zeznaniom świadków, zupełnie jawnie, a nawet, jak trzeba powiedzieć, bezczelnie stronniczo, stwierdzili: „Jego (Krzysztofa Wyszkowskiego) usprawiedliwiające twierdzenie, że społeczeństwo ma prawo do informacji jest przewrotne, bo inkryminowana wypowiedź nie była w rzeczy samej przejawem i sposobem informowania społeczeństwa o faktach historycznych, tylko subiektywną opinią pozwanego i jego własną oceną osoby powoda. Pozwany tymczasem w telewizyjnej wypowiedzi stwierdził jednoznacznie „…dzisiaj status pokrzywdzonego nie oznacza, że się nie było agentem. Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem o pseudonimie BOLEK, donosił na swoich kolegów, brał za to pieniądze...”. Taka kategoryczna wypowiedź i dotkliwy zarzut powinny były opierać się na sprawdzonych i pewnych dowodach, których nie było i nie ma”.
  6. Dowodem mojej pokory wobec relacji sąd-obywatel niech będzie sprawa wyroku wydanego na mnie za stwierdzenie, że w październiku 1981 r. byłem świadkiem oskarżenia Lecha Wałęsy przez działaczy NSZZ „Solidarność”, że ukradł pieniądze „Solidarności”: „pozwany (Krzysztof Wyszkowski) podał, że scysja miała miejsce w prawie pustym autobusie na lotnisku Orły. Pozwany w chwili, gdy sam zajmował się lokowaniem w bagażu otrzymanych w darze książek, miał usłyszeć podniesione głosy, po czym zauważył, że jeden z uczestników delegacji Eligiusz Naszkowski głośnym tonem krzyknął w stronę powoda słowa „Lechu, oddaj nasze pieniądze”. Z wymiany zdań pozwany, jak twierdzi, zorientował się, że chodzi o gotówkę podarowaną przez związkowców francuskich w poprzednich dniach, o „upominanie się co do swojej części”. Według dalszej relacji pozwanego podniesionym głosem i „ze złością” zwracały się do powoda także obie kobiety (…) Powód, według relacji pozwanego, miał odpowiadać chaotycznie w ten sposób, że uspokajał delegatów słowami „spokojnie, dostaniecie te pieniądze”. Jak twierdził pozwany, (delegat) nie poprzestał na tym wyjaśnieniu powoda (Lecha Wałęsy), tylko głośno krzyknął: „Lechu, ukradłeś nasze pieniądze, oddawaj”, przy czym żądał zwrotu pieniędzy natychmiast, a nie później. Wówczas obie wspomniane kobiety zaczęły uciszać E. Naszkowskiego tak co do treści jego okrzyków („że Wałęsa coś ukradł”), jak i co do formy zarzutów („że trzeba się dogadać a nie wykrzykiwać”) - według określenia pozwanego, „kazały mu się zamknąć”. Zdaniem pozwanego sprzeciw delegatki z Łodzi wobec zarzutów E. Naszkowskiego odnosił się jedynie do formy, a nie do treści. Dalej, według opisu pozwanego, dialog w autobusie toczył się już ściszonymi głosami, a powód miał powiedzieć do delegatów, że zapewnia, „że przekaże im ich pieniądze i dodał, że zarobicie jeszcze na tym, ja je korzystnie wymieniłem”. (…) Wedle relacji pozwanego z autobusu wyprowadził go wówczas Bronisław Geremek, który miał przy tym powiedzieć „Chodźmy Krzysztofie, nie słuchajmy tego”, co pozwany odebrał jako wyraz dezaprobaty świadka dla całego zajścia i jego czynnych uczestników. Słowa B. Geremka uświadomiły pozwanemu „całą okropność sceny, której był świadkiem”. Pozwany mówił o doznanym wtedy poczuciu upokorzenia. Twierdził, że jeszcze po wyjściu z autobusu, z dalszej perspektywy, nie słyszał wprawdzie dalej trwającej rozmowy z powodem, ale widział szczególnie rozgniewaną, gestykulującą delegatkę z Łodzi. Jak wyznał pozwany, był wstrząśnięty i przygnębiony widokiem ludzi, którym ufał i których podziwiał, a którzy „kłócili się o pieniądze w taki sposób”. Uznał to za kompromitujące, a zachowanie powoda za przyznające fakt istnienia nieformalnych rozliczeń z członkami delegacji.” 
  7. Mimo szokujących zachowań sędziów podczas procesu w dwóch instancjach: Sąd Okręgowy w Gdańsku - Bronisław Geremek zeznał, że nie pamięta takiego wydarzenia. Dla uzyskania pozoru korzystnego dowodu na rzecz Wałęsy sędzia uznaje to zeznanie za decydujące dla rozstrzygnięcia,  czy rzecz miała, czy nie miała miejsca i dokonuje aż komicznej manipulacji na zdrowym rozsądku przeprowadzając iście „sokratejski” wywód: Pytanie: Kim jest Bronisław Geremek? Odpowiedź: Europosłem. I dalej: Co jest cechą europosła? Odpowiedź: Dobra pamięć. I w tym momencie wywód zamienia się w dowód: skoro europoseł nie pamięta tak potwornego wydarzenia, jak fakt, że oskarżano przewodniczącego Solidarności o kradzież pieniędzy, to nieomylnie oznacza, że takiego wydarzenia w ogóle nie było, bo nie mogło być. Ergo – Wyszkowski kłamał! Sędzia zostaje nagrodzona awansem do sadu apelacyjnego. - Sąd Apelacyjny w Gdańsku 24 października 2007 r., I Wydział Cywilny w składzie: przewodniczący: SSA Monika Koba, sędziowie: SA Barbara Lewandowska (spr.), SA Mirosław Ożóg: sąd potwierdza uznanie zeznania Geremka za wystarczające do uznania, że faktu nie było, ale, zaskoczony wygłoszonym w międzyczasie oświadczeniem Wałęsy, że kłótnia o ukradzione pieniądze jednak się odbyła, musi ponadto dać sobie radę z nowym wyzwaniem. I co robi? Przystępuje do heroicznej walki z nie całkiem rozumiejącym sens wydarzeń Wałęsą w celu ratowania interesu b. T. W. „Bolek”. Bolek się opiera, ale sąd nieustępliwie napiera, wymusza, wykręca kota ogonem, aby tylko obronić dobre imię swojego ulubieńca. W końcu Wałęsa zmuszony do zaprzeczenia własnym słowom ustępuje i powtarza za sędzią Lewandowską: „W odczytanej mi wypowiedzi ja nie przyznałem, że takie zdarzenie miało miejsce. Ja w tym stwierdzeniu które Sąd zacytował, a które wypowiedziałem do dziennikarzy, nie powiedziałem, że to zdarzenie miało miejsce, ale rozważałem, że mogła być taka prowokacja. (…) Miałem w mojej wypowiedzi na myśli to, że pozwany jak mówił takie rzeczy, to powinien był wziąć pod uwagę, że to mogła być przygotowana prowokacja. Całkowicie zaprzeczam, żeby dawano jakiekolwiek pieniądze w kopertach. Ja w życiu miałem wiele prowokacji. Ja kompletnie wykluczam, że sytuacja w autobusie na lotnisku, o której mówił pozwany w telewizji, miała miejsce. (…) Ja podczas tej wypowiedzi na korytarzu rozważałem głośno jeszcze raz, czy taka sytuacja mogła mieć miejsce, jeszcze jedna prowokacja, a ten człowiek mnie nagrał. To się nie mogło zdarzyć. Uważam, że bezpieka aż taka głupia nie była i żeby mi zarzucać wzięcie pieniędzy, musiałbym te pieniądze wcześniej dostawać.” Uf, sąd „doszedł prawdy”, czyli Wyszkowski skazany.
  8. Wykonałem wyrok nakazujący mi przeproszenie Wałęsy i opublikowałem w programie Jana Pospieszalskiego upokarzające oświadczenie: „W dniu 22 i 23 maja 2005 r. w TVP pr. 2 i TVP „Polonia” w programie „Warto rozmawiać” oświadczyłem o powodzie Lechu Wałęsie, iż „byłem z nim w Paryżu wtedy, kiedy właśnie delegacja „Solidarności” oskarżyła go o kradzież pieniędzy, które otrzymał od związkowców francuskich. To były rzeczy upokarzające niezmiernie... Świadkiem był Bronisław Geremek to są rzeczy okropne, oczywiście policja wiedziała o tym wszystkim. Jaruzelski zna to wszystko, ponieważ wśród delegacji były Służby Bezpieczeństwa, to są rzeczy za które oni trzymają Wałęsę do dzisiaj” - które to oświadczenie stanowiło oczywistą nieprawdę czym naruszyłem dobre imię i godność Lecha Wałęsy, wobec czego odwołuję je w całości i przepraszam Lecha Wałęsę za naruszenie jego dóbr osobistych”.
    Zapłaciłem 10.000 zł „tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę” i 1.400 zł tytułem zwrotu kosztów procesu. Niech ten akt pokory będzie dowodem, że nie jestem anarchistą i podporządkowuję się wyrokom nawet wówczas, gdy nie z nimi zgadzam.
  9. Wykonuję wyrok z 5 grudnia 2018 r. (Sąd Apelacyjny w Gdańsku w składzie: przewodniczący: SSA Jakub Rysiński, sędziowie: SA Dorota Gierczak (spr.) oraz SO Dorota Majerska-Janowska (deleg.)) ponieważ Sąd odrzucił żądanie Wałęsy, żebym w ogłoszeniu zawarł zdania: „W dniu 16 listopada 2005 r. w programach informacyjnych „Panorama” II programu TVP i „Fakty” telewizji TVN wyemitowano moje oświadczenie, iż powód Lech Wałęsa współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa i pobierał za to pieniądze. To oświadczenie stanowiło nieprawdę i naruszało godność osobistą i dobre imię Lecha Wałęsy, wobec czego ja Krzysztof Wyszkowski odwołuję je całości i przepraszam Lecha Wałęsę za naruszenie jego dóbr osobistych”, a także zwolnił mnie od opłat sądowych i zwrotu Wałęsie poniesionych przez niego kosztów sądowych. Skoro usunięto uprawomocnione przez inny skład SA kłamstwo i kosztami procesu obciążono Skarb Państwa, to mam podstawy do uznania, że choć wyrok jest oportunistyczny i dla mnie osobiście przykry, to właśnie jako ilustracja nie całkiem w wydarzeniach publicznych godnej nagany zasady: „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek” powinien go przyjąć (ja otrzymałem jasną świeczkę uznania za prawdziwe posiadane przez Instytut Pamięci Narodowej akta Wałęsy, jako szpicla SB o pseudonimie „Bolek”, a Wałęsa musiał się zadowolić [do chwili obecnej nie zapowiedział apelacji] ogarkiem przeprosin za słowa w sporze czysto werbalnym: tak słabym, że aż niezrozumiałym. Dlatego też ostatni fragment ogłoszenia: „przegrał proces sądowy w sprawie 1 AC 1520/10 Sądu Apelacyjnego w Gdańsku /…/ wszczęty w związku z /…/ twierdzeniami o współpracy Lecha Wałęsy ze Służbą Bezpieczeństwa i pobieraniem za to pieniędzy.” chcę czytać, jako przeprosiny ze strony obecnego składu SA za błędny wyrok wydany przez poprzedni skład orzekający.
  10. Uważam, że powinienem  w ten sposób wesprzeć ważną, choć nadal niewystarczającą, zmianę w orzekaniu przez sądy gdańskie w sprawie płatnej szpiclowskiej służby Lecha Wałęsy dla peerelowskiej komunistycznej policji politycznej, która była lokalnym oddziałem KGB ZSRS Różnica wobec wyroku sprzed dwóch lat jest zasadnicza: wtedy SA w sprawie agenturalności Wałęsy orzekł, że  dowodów agenturalności Lecha Wałęsy „nie było i nie ma”, a w obecnym orzeczeniu stwierdzono, że materiały znalezione w mieszkaniu Czesława Kiszczaka są niewątpliwie prawdziwe (powtarzam ze słuchu za uzasadnieniem ustnym, ponieważ nie ma uzasadnienia pisemnego i akta są nadal niedostępne).
  11. Stosując się do wyroku oświadczam jednocześnie, że zmianę tę uważam za niewystarczającą, ponieważ sąd, dla ratowania autorytetu sądownictwa w ogóle, a sądownictwa gdańskiego w szczególności, ma obowiązek jasnego i niepozostawiającego żadnych wątpliwości stwierdzenia, że Lech Wałęsa przez wiele lat wykonywał haniebne zajęcie płatnego donosiciela krzywdząc swoich kolegów ze Stoczni Gdańskiej, nawet tych, wobec których miał obowiązek wdzięczności za opiekę i pomoc jaką go otaczali i jakiej mu udzielali. Takie oświadczenie jest konieczne również dlatego, że poprzednie świadomie fałszywe wyroki sądów gdańskich, zarówno Sądu Okręgowego w różnych składach, jak Sądu Apelacyjnego również w różnych składach, spowodowały dramatyczny spadek zaufania do wymiaru sprawiedliwości, co jest szkodą wyrządzoną przez te sądy interesowi społecznemu i państwowemu.
  12. Naprawa tej sytuacji nie będzie procesem ani łatwym, ani szybkim, i właśnie dlatego, jako mój osobisty wkład na rzecz tej naprawy, jako dobra wspólnego, uznałem za potrzebne zastosowanie się do ostatniego wyroku. Rozumiejąc sytuację poszczególnych sędziów, uwikłanych przez długie okresy w niegodne swojego posłannictwa uzależnienia, wymuszające czasem orzekanie niezgodne z prawem i sumieniem, chciałbym w ten sposób zachęcić ich do podjęcia się naprawy tego smutnego stanu rzeczy. Zachęcić ich do wykazania odwagi w stawianiu na pierwszym miejscu wierności prawu, moralności i dobrym obyczajom, a zdecydowanego sprzeciwu wobec niszczącej sądownictwo fali antyspołecznej i antypaństwowej chuliganerii.  
  13. W nadziei na możliwość zmiany w mentalności sędziów umacnia mnie fakt, że w trakcie skandalicznej i poniżającym godność sądownictwa epopei sądowej, którą sądy gdańskie przeciw mnie zorganizowały, w procesie prowadzonym przez sędzię Urszulę Malak Sąd Okręgowy dnia 31 sierpnia 2010 r. wydał wyrok poprawny, czyli oddalił pozew Lecha Wałęsy. Odwołanie się do rocznicy zwycięstwa Narodowego Powstania Antykomunistycznego rozumiem, jako wyraz świadomości, że problemy, w sprawie których jestem stawiany przed sądem, mają charakter narodowy i państwowy, a nie wąsko i partykularnie jurydyczny.
  14. Tak, jak należy wyróżnić postawę sędzi Malak, tak trzeba otwarcie potępić nadużycia prawa dokonane przez sędzię Sądu Okręgowego Magdalenę El Hagin, która uzasadniając wyrok drwiła z rzeczywistości uciekając od rozstrzygnięcia prawdziwości mojej wypowiedzi, że Wałęsa był tajnym, płatnym współpracownikiem SB ponieważ… okoliczność ta była już rozpatrywana przez sąd apelacyjny, który „dotychczas niewzruszonym wyrokiem” z 2011 r. skazał mnie na przeproszenie Wałęsy. Zdania: „Niewątpliwie w obecnych warunkach społecznych współpraca z SB cechuje się negatywną oceną (…) Dlatego (…) doniesienia o agenturze powoda, niestwierdzone dotychczas przez powołane do tego instytucje, są wyjątkowo dotkliwe dla osoby nagrodzonej Pokojową Nagrodą Nobla oraz byłego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, podważając jego wiarygodność w opinii publicznej.” śmieszyłyby w kabarecie, ale w ustach sędzi są ponurym objawem prawnego i obyczajowego zaprzaństwa. Czy opinia publiczna ma w ten sposób przyjąć do wiadomości, ze skoro „w obecnych warunki społecznych” ohyda zdrady kolegów i społeczeństwa na rzecz komunistycznej policji politycznej „cechuje się negatywną oceną”, to taki skład sądu, który pozostaje  niezawisły od tych niesłusznych „warunków społecznych” oraz od prawa, uczciwości i rozumu, pomoże szpiclowi w niszczeniu prawdy i ukaraniu jej rzecznika?
  15. Radykalne zmiany na moją korzyść, wprowadzone przez Sąd Apelacyjny do wyroku wydanego przez tę kompromitującą siebie i Sąd Okręgowy w Gdańsku sędzię, mówią same za siebie, ale z własnego doświadczenia wiem, że takich postaci, jak sędzia El Hagin, jest w sądownictwie gdańskim więcej. Jest ich tam aż nazbyt wiele, do tego stopnia, że  do wytworzonego przez nie w tej Sodomie nastroju bezczelnego gwałcenia prawa dostosowywali się młodzi sędziowie. Pamiętam przypadek sędzi, która, po spreparowaniu wyroku została awansowana do nadrzędnego organizacyjnie sądu, a następnie jej nazwisko znalazło się  składzie mającym rozstrzygać apelację w tej samej sprawie. Do tak spektakularnego skandalu w końcu nie doszło, ale czy mniejszym jest dalsze orzekanie sędzi odmawiającej mi prawa do obrońcy z iście sowieckim uzasadnieniem tego bezprawia: „bo pozwany sam dobrze się broni”?!
  16. Przez kilkanaście lat byłem prześladowany przez sądy będące „rozgrzanym” aparatem represji w dyspozycji Donalda Tuska, Lecha Wałęsy i ogólnego Układu Trójmiejskiego, trafnie określanym przez dziennikarzy mianem „małej Sycylii”. Przeżyłem tak wiele świadomie mi sprawianych upokorzeń, poprzez pokrzykiwania, ostentacyjne i nieuzasadnione odbieranie głosu, uniemożliwianie wypowiedzenia się podczas rozprawy, w końcu skazywanie mnie bez przeprowadzenia postępowania dowodowego, że obecnie cieszę się choćby z takiego wyroku skazującego, który nie powtarza iście bezrozumnego orzeczenia swojego koleżeństwa o braku dowodów na agenturalną przeszłość człowieka, któremu brakuje tego minimum odwagi, by się do własnego życia przyznać i który nadal żąda by sądy upoważniły go do przybrania sobie innego, nieprawdziwego życiorysu.
  17. Moje pretensje do sądownictwa gdańskiego nie polegają na tym, że nie miały ochoty analizować zbrodni Lecha Wałęsy przeciw społeczeństwu polskiemu i państwu polskiemu. Stawianie im takiego zadania byłoby wymogiem nadmiernym; ta sprawa należy raczej do Trybunału Stanu. Mój protest budzi fakt, że to sądownictwo przez kilkanaście lat, z konsekwentnie wykazywaną zła wolą, nie zważając na przedstawiane im dowody, z odrażającym cynizmem odrzucającym wiedzę pospólną, pogardliwie odwracając się tyłem do rzeczywistości, notorycznie gnębiły mnie tylko dlatego, żeby zasłużyć się ówczesnej władzy i ówcześnie dominującemu odrażającemu układowi, o którym pisałem powyżej. Tylko po to, by nadal robić karierę w niegodnym prawnika środowisku, sędzia El Hagin skazała mnie na ogłaszanie jawnego kłamstwa i utratę nie tylko godności osobistej, ale również utratę dorobku życiowego (przez konieczność zapłacenia ogromnych sum pieniędzy środkom masowego przekazu, do publikacji w których oświadczenia miałem być zobowiązany) i dozgonne życie w nędzy. Taki wyrok nie może być traktowany tylko jako przejaw niefrasobliwości działaczki SSP Iustitia, bo to jest przerażający objaw osobistej nienawiści i pogardy wobec podsądnego, skutkujący gwałtem na prawie w interesie antyspołecznego i antypaństwowego, a być może również kryminalnego Układu.
  18. Podsumowując: uważam, że, mimo nadal doskwierającego braku sanacji polskiego sądownictwa, ostatni wyrok wydany w mojej sprawie i ws. agenturalności Wałęsy jest symbolicznym przełamaniem linii orzeczniczej sądów gdańskich, który daje nadzieję na samo-oczyszczenie się polskiego sądownictwa. Być może wprowadzenie instytucji takich, jak skarga nadzwyczajna, czy izba dyscyplinarna SN, było impulsem tej zmiany. Tak, czy siak, uważam, że wobec sędziów okazujących tym wyrokiem, jak mniemam, dobrą wolę, chciałbym również okazać moją dobrą wolę. Co więcej, chciałbym pokazać, że z szacunku dla polskiego porządku prawnego staram się stosować nawet do wyroków niesprawiedliwych.

Krzysztof Wyszkowski

Krystyna Misiak

poniedziałek, 14 listopada 2016 08:54
11 Listopada 2016 zostałam udekorowana przez Ambasadora RP w Australii p. Pawła MILEWSKIEGO Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski przyznanym mi Postanowieniem Prezydenta RP Andrzeja DUDY z dn.19 maja 2016 r. 

Skandal z udziałem sędziów, prokuratorów i IPN!

niedziela, 09 października 2016 16:07

Janusz Kaczmarek, Kazimierz Kaczmarek i inni - Sąd Apelacyjny i Sąd Okręgowy w Gdańsku - sabotowanie postępowania dowodowego w sprawie odpowiedzialności karnej za pobicie internowanych w dniu 14.08.1982 r. w ZK (obozie internowania) w Kwidzynie

List Mateusza Tyrmanda

wtorek, 04 października 2016 05:33

It has been awhile since I sent a Polish activity update. This past week offered up some activity and controversy that I think will interest many of you and has catalyzed this update.

Strona 1 z 49