Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Krzysztof Wyszkowski - artykuły
Krzysztof Wyszkowski

Krzysztof Wyszkowski

Adres witryny: E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Słowa na wolności - kazuistyka w natarciu

środa, 30 stycznia 2019 15:02

Po zwycięstwie wyborczym PiS w roku 2015 karierę zrobiły dwa slogany kojarzone z przeciwnikami legalnie wybranych władz. Jednym stało się określenie „opozycja totalna”, którym posłużył się kiedyś Grzegorz Schetyna. Nie jest do końca pewne pochodzenie drugiej zbitki słownej, „ulica i zagranica”, ale wiadomo, że w roku 1968 użył jej członek Biura Politycznego KC PZPR i wicemarszałek Sejmu PRL Zenon Kliszko odpowiadając na interpelacje członków koła poselskiego „Znak” po pamiętnym pobiciu studentów przez milicję i ORMO.

To, że pierwsze z haseł było faktycznie strzałem opozycji we własne kolano zauważono natychmiast (również w środowiskach liberalnych), bo w końcu „negować totalnie” znaczy ex definitione odrzucać wszystko, włącznie z tym, co dobre. Wyborcy emocjonalnie niezaangażowani łatwo przecież mogli wywnioskować, że za takim sloganem nie stoi żaden pozytywny program, a tylko i wyłącznie chęć powrotu do władzy za wszelką cenę.

O historii użycia drugiego hasła najwyraźniej nie pamiętano, ale faktem jest, że oddawało ono istotę przyjętej przez opozycję strategii, toteż środowiska zwolenników obozu rządowego chętnie z tego skorzystały. Trudno było nie zauważyć, iż przeciwnikom chodzi głównie o doprowadzenie do zamieszek ulicznych i wciągnięcie do gry sympatyzujących z lewicą władz Unii Europejskiej. A jeśli komuś zależy na wyprowadzeniu ludzi na ulice, mocne słowo staje się niezwykle użytecznym narzędziem perswazji.

W samym fakcie demonstrowania na ulicy własnych poglądów nie ma oczywiście nic nagannego. Gorzej, gdy podczas demonstracji lub na sali obrad padają słowa obrażające przeciwników, z reguły bowiem wyzwala to podobne reakcje po drugiej stronie barykady. Słysząc polityków mówiących o dorzynaniu watahy i o PiS-owskiej szarańczy albo używających określenia „zdradzieckie mordy” stawiałem sobie czasami pytanie, jak głęboko sięgną jeszcze podziały społeczne.

Za rzecz normalną uznać można to, że w ogniu walki politycznej przypisuje się negatywne tradycje przeciwnikom. Tak czynią w końcu zwolennicy PiS-u wskazując paralele między skargami opozycji kierowanymi do organów Unii Europejskiej a działalnością Konfederacji Targowickiej, która przyczyniła się do upadku Rzeczypospolitej. Ale żeby w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niezawisłości nazwać 250 tys. uczestników Marszu Niepodległości neofaszystami (bo taki przekaz skierowała do swoich medialnych sojuszników na Zachodzie rodzima, liberalna lewica), trzeba być po prostu idiotą albo prowokatorem, który dąży do podwyższenia temperatury dyskursu.

Temu drugiemu służy też najwyraźniej prowokacyjne stosowanie podwójnej miary, gdy dochodzi do oceny decyzji własnych i przeciwników. Coś jak w rozumowaniu jednego z bohaterów W pustyni w puszczy. Jeśli ktoś lustrował kiedyś współpracownika S.B., ks. Czajkowskiego, grzebanie w teczkach było przeciwko sumieniu, ale lustrowanie Macierewicza na użytek paszkwilanckich książek jest w porządku. Gdy skoku na Trybunał Konstytucyjny dokonywali w 2015 posłowie rządzącej koalicji PO–PSL, nikt z liberałów nie protestował. Po zwycięstwie PiS i przegłosowaniu w Sejmie ustaw reformujących sądownictwo natychmiast podniósł się krzyk, że doszło do zamachu na niezależne sądy i na konstytucję.

Nie wszystkie przykłady „moralności Kalego” dają się wszakże skwitować uśmiechem. Gdy zaczynałem pisać o wkładzie podwójnych standardów w budzenie złych emocji, trwały histeryczne protesty środowisk liberalnych przeciwko planowanemu odstrzałowi 180 tys. dzików w związku z rozprzestrzenianiem się afrykańskiego wirusa ASF (choć w czasach rządów koalicji PO–PSL liczba odstrzelanych corocznie dzików była niemal dwukrotnie wyższa i nikt z przedstawicieli liberalnej lewicy nie wydobył z siebie słowa sprzeciwu). W międzyczasie wydarzyła się jednak rzecz naprawdę tragiczna.

Żniwo niefrasobliwości

Sprawa nie jest do końca wyjaśniona. Wiadomo, że w niedzielę wieczorem, 13 stycznia 2019 r., podczas koncertu uświetniającego finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Gdańsku wtargnął na scenę młody mężczyzna i nożem przypominającym broń wojsk desantowych ugodził w okolice serca, w ramię i w przeponę prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, po czym przedstawił się publiczności jako Stefan Miłosz i oświadczył, iż zabił, gdyż siedział niewinnie w więzieniu, do którego wpakowała go Platforma Obywatelska. Rzecz znamienna, iż napastnik nie próbował uciec. Bez sprzeciwu oddał się w ręce służb porządkowych. Mimo przeprowadzonej operacji prezydent Gdańska zmarł następnego dnia.

Jak mogło do czegoś takiego dojść podczas imprezy, nad której przebiegiem czuwała firma ochroniarska? Pierwsza odpowiedź, jaka się natychmiast narzuca w świetle tego, o czym pisze prasa, jest prosta: zignorowane zostały wymogi bezpieczeństwa. Finału WOŚP nie zgłoszono jako imprezy masowej (bo kosztowałoby to więcej) i najwidoczniej nie pomyślano o osobistej ochronie ważnych osób. Średnia wieku 41 mężczyzn zatrudnionych przez firmę ochroniarską na okoliczność imprezy wskazywała na brak doświadczenia co najmniej połowy z nich. Niektórzy nie ukończyli nawet osiemnastu lat. Scenę zabójstwa obejrzałem w dwóch różnych ujęciach, w telewizyjnym serwisie BBC Word News i w Internecie. W pierwszym ujęciu wyraźnie widać jak mężczyzna (który według naocznych świadków po prostu przeskoczył barierki i dostał się na scenę) podbiega do prezydenta Gdańska i przez nikogo nie zatrzymany zadaje mu cios nożem; w zarejestrowanym prawdopodobnie na czyimś smartfonie ujęciu drugim przedstawia się publiczności, podczas gdy zabawa w najlepsze trwa.

Już z pierwszych ustaleń prowadzonego przez prokuraturę dochodzenia wynikało, że 27-letni zabójca miał mimo młodego wieku bogaty staż kryminalny (spędził pięć i pół roku w więzieniu za napady na banki) i że stan jego zdrowia psychicznego wyraźnie odstawał od akceptowalnych norm współżycia z otoczeniem. W 2016 roku przez kilka tygodni (ściślej — od 23 lutego do 13 kwietnia) przebywał w oddziale psychiatrycznym i do końca pobytu w więzieniu (t.j. do 8 grudnia 2018) był pod nadzorem medycznym. W dzień po opuszczeniu zakładu karnego udał się samolotem do Warszawy i pojechał pod Pałac Prezydencki (z zamiarem przedostania się nocą na jego teren?). Podobno chciał zrobić coś dużego, o czym wszyscy będą mówić. Według obrońcy Stefana W., na pytanie dlaczego zaatakował prezydenta Gdańska, miał odpowiedzieć: tak jakoś wyszło. Diagnozujący go w więzieniu psychiatrzy orzekli, iż cierpiał na schizofrenię paranoidalną (słyszał głosy, które komentowały jego zachowanie, wydawały mu polecenia, miał wrażenie, że funkcjonariusze cofają czas, wyznaczają mu zadania do wykonania…)

Zarządzanie emocjami

Nie czekając choćby na wstępne wyniki śledztwa, dziennikarze „Gazety Wyborczej” natychmiast ogłosili, że jest to mord polityczny, za który moralną odpowiedzialność ponoszą Jarosław Kaczyński i media, które w okresie przed wyborami do samorządów lokalnych atakowały prezydenta Gdańska. A ponieważ ani on, ani szef WOŚP, nie byli ostatnio pozytywnymi bohaterami telewizji publicznej, właśnie na nią skierowano główny ogień ataków. Według „Gazety Wyborczej” TVP była jedynym źródłem informacji wizualnej w zakładach karnych.

Głosy te i im podobne miały w jakimś sensie swój odpowiednik w komentarzach zwolenników PiS-u po zabójstwie pracownika biura PiS Marka Rosiaka przez byłego członka PO, Ryszarda Cybę, 18 października 2010 roku. Jest wszakże istotna różnica między wypowiedziami dotyczącymi okoliczności zabójstwa Pawła Adamowicza a komentarzami sprzed lat. O ile dobrze pamiętam, media sympatyzujące dziewięć lat wcześniej z PiS-em oceniały wydarzenia skupiając się na niepodważalnych faktach. Fakty stanowiące kontekst tragicznego wydarzenia w Gdańsku zostały natomiast przeinaczone i nagięte do z góry przyjętej tezy. W odpowiedzi na artykuł Wojciecha Czuchnowskiego w „Wyborczej” służba więzienna z Malborka przedstawiła listę kilkunastu kanałów telewizyjnych, które mogą oglądać skazani. Jeden ze współwięźniów Stefana W. stwierdził ponadto, że w zakładach karnych rzadko ogląda się wiadomości, a jeśli już to na Polsacie i TVN.

Nie oglądam żadnego z polskich kanałów telewizyjnych, toteż nie będę podnosił kwestii ich ewentualnej odpowiedzialności za zaostrzenie dyskursu politycznego. Mam jednak dostęp do prasy i interesuje mnie przekaz płynący z Polski do krajów Unii i do Stanów Zjednoczonych, a ten był w przeważającej mierze antyrządowy i manipulatorski. Trudno się zresztą dziwić, skoro pochodził głównie ze źródeł liberalno-lewicowych związanych z PO.

Sięgam przykładowo po oryginał artykułu korespondentki „The Washington Post” Anne Applebaum z 15 stycznia 2019 roku In the wake of a political murder, the hate campaign continues, który w polskim przekładzie pojawił się w dzień później na stronie Wyborcza.pl (z pełnym dostępem wyłącznie dla prenumeratorów strony).  Poza porównaniem ataku na Pawła Adamowicza z zabójstwem brytyjskiej posłanki Jo Cox artykuł nie wniósł do trwającej debaty o „mowie nienawiści” nic zasługującego na szczególną uwagę. Autorka powieliła po prostu większość komunałów krążących w antypisowskich środowiskach. Jedyną nowością było dla mnie to, iż w raportach TVP dotyczących ataku na prezydenta Gdańska pominięto podobno słowa zabójcy na temat PO i nie wspomniano o groźbach skrajnej prawicy pod adresem Adamowicza.

Przemilczenia można uznać za rzecz naganną, ale Anne Applebaum zarzuciła również Telewizji Polskiej brak skruchy za wcześniejsze „szkalujące” ataki na WOŚP i na zamordowanego prezydenta, a relacje TVP nazwała wyrachowaną (dosł. coldblooded — przemyślaną z zimną krwią) próbą zmanipulowania historii, która miała miejsce. Problem w tym, iż p. Applebaum albo nie posiada dostatecznej wiedzy o kontekście opisywanych wydarzeń (co wydaje mi się wątpliwe, skoro zna język polski i jest małżonką Radosława Sikorskiego), albo sama przemilcza istotne aspekty sprawy i w sposób wyrachowany próbuje żonglować faktami.

Krajowi obserwatorzy polskiej sceny politycznej doskonale wiedzą, iż Paweł Adamowicz był politykiem atakowanym nie tylko przez TVP i media sympatyzujące z PiS-em. Od roku 2013, a więc jeszcze w czasach, gdy władzę w Polsce sprawowała koalicja PO–PSL, w prasie różnych opcji (z „Newsweekiem” włącznie) wracał temat braku „transparentności” źródeł jego rodzinnych finansów. W 2015 roku prokuratura zarzuciła mu podanie nieprawdziwych danych w oświadczeniach majątkowych za lata 2010–2012 (w związku z czym zawiesił swoje członkostwo w PO). W wyborach poprzedzających cztery poprzednie kadencje ubiegał się o fotel prezydenta miasta z ramienia Platformy Obywatelskiej, ale ostatnie wybory wygrał występując w pierwszej turze przeciwko kandydatowi komitetu utworzonego przez PO i Nowoczesną, Jarosławowi Wałęsie. Był dla tego ugrupowania mechanizmem niszczącym. W okresie przedwyborczym przewodnicząca Nowoczesnej, Katarzyna Lubnauer kilkakrotnie wypowiadała się o niejasnościach dotyczących jego majątku, […] związku z Amber Gold i o tym, że jej partia nie może go poprzeć. Poparcie Koalicji Obywatelskiej uzyskał prezydent Adamowicz dopiero w drugiej turze, gdy przyszło mu się zmierzyć z kandydatem Zjednoczonej Prawicy. Czy nie warto w tym kontekście zapytać o polityczne przyczyny jego pośmiertnej nobilitacji przez te same środowiska, które się go wcześniej wyrzekły?

Dubito ergo sum

Jeśli ktoś uważa, że to tragiczne wydarzenie było zbrodnią polityczną, powinien postawić pytanie, komu zabójstwo prezydenta Gdańska mogło przynieść korzyści. Nie należy zapominać, iż mordu dokonał człowiek chory w okresie przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i Sejmu RP, gdy stało się rzeczą ewidentną, iż prezes PiS dąży do wyciszenia konfrontacyjnych nastrojów i stawia na pozyskanie większej liczby wyborców z kręgów miękkiego elektoratu. Warto też pamiętać, że sprawując przez ponad dwadzieścia lat władzę w Gdańsku Paweł Adamowicz miał wiele okazji by dobrze poznać miejscowe układy mafijne i zgromadzić wiedzę o ludziach uwikłanych w mniejsze lub większe afery. Czy prowadząc śledztwo prokuratura weźmie pod uwagę możliwość udziału osób trzecich w tym, co doprowadziło do zbrodni? Tego nie sposób przewidzieć.

Dobrze się stało, że Prezydent Andrzej Duda ogłosił dzień pogrzebu Pawła Adamowicza dniem żałoby narodowej i wziął udział w uroczystościach pogrzebowych. Podobnie uczynił premier Morawiecki. Za przejaw małostkowości albo zwykłej głupoty można natomiast uznać fakt, iż organizatorzy uroczystości w bazylice Mariackiej przydzielili im miejsca w piątym rzędzie VIP-ów (najwyraźniej nie przewidując skutków). Nawet w kręgach opozycji zauważono, iż czyniąc tak nie zaszkodzili osobom reprezentującym władze i majestat Rzeczypospolitej, lecz co najwyżej sobie samym. Warte przemyślenia jest szczególnie to, iż do autorstwa scenariusza uroczystości przyznała się wdowa po prezydencie Gdańska, która już rozważa możliwość startu w wyborach do Parlamentu Europejskiego. W wywiadzie dla „Newsweeka” Magdalena Adamowicz oświadczyła, iż nie chciała mieć przedstawicieli rządu w zasięgu swojego wzroku. Prezydentowi Dudzie i premierowi Morawieckiemu przysporzyło to w sumie zwolenników.

Rodzi się w tej sytuacji pytanie o skuteczność apeli o odrzucenie „mowy nienawiści” kierowanych przez przedstawicieli duchowieństwa do wszystkich opcji politycznych. Z całą pewnością strona rządowa nie będzie miała z tym problemów, jako że zależy jej na łagodzeniu nastrojów. Wyrazem otwarcia na dialog jest choćby zwołanie przez premiera Morawieckiego spotkania z przedstawicielami klubów parlamentarnych i wstępne uzgodnienie kroków legislacyjnych, które należałoby podjąć, by móc w przyszłości skutecznie przeciwdziałać tego rodzaju tragicznym wydarzeniom. Przed trudniejszym wyzwaniem staje główna partia opozycyjna, ponieważ jej program polityczny sprowadza się w zasadzie do demonizowania PiS-u. Można w związku z tym spodziewać się, że jej przywódcy będą z większym natężeniem złorzeczyć przeciwko sprawującym władzę i przekonywać zwolenników mniejszych partii, że są jedyną siłą zdolną powstrzymać „totalitarne zapędy” rządzących. Gdy po mszy żałobnej odprawionej na okoliczność pogrzebu zamordowanego Pawła Adamowicza jeden z duchownych zaapelował, by skończyć z nienawiścią i nienawistnym językiem, poproszony o komentarz Grzegorz Schetyna odpowiedział: To wezwanie do tych, którzy spowodowali tę sytuację. Oni powinni to usłyszeć.

Ów brak symetrii w rozumieniu winy własnej i cudzej trafnie skomentował Rafał Ziemkiewicz przypominając szydercze ataki na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a po jego tragicznej śmierci — na polityków i przeciętnych Polaków, którzy próbowali ją w różnych formach upamiętnić. Tak rzeczywiście „nie można mówić o żadnej symetrii” — napisał w sarkastycznym felietonie na łamach  „Do Rzeczy”—

[…] Wiceprzewodniczący PiS nie zaprosi na „zimny budyń krojony nożem”, jak Palikot zapraszał na „kaczkę po smoleńsku i krwawą Mary”. Żaden pisowiec nie będzie w telewizji obruszał się, że Tusk (czy ktokolwiek inny) przyszedł na pogrzeb „w czarnym garniturze jak jakiś Breżniew”, żaden pisowiec nie będzie gdańszczanom gasił zniczy moczem ani w czasie, gdy je zapalają, puszczał przez gigantofon „kaczuszek”, żaden nie będzie organizował na fejsie wydarzenia „wyp…my serce ze zniczy z Gdańska” — a kiedy wdowa i sieroty zechcą pójść na grób zmarłego, pisowcy na pewno nie będą im blokować dostępu wyjąc i bluzgając.

Wygląda więc na to, iż wiązanie zabójstwa Pawła Adamowicza z „mową nienawiści” tudzież próby „przyklejenia” jego zabójcy do PiS-u nie zmienią w sposób istotny układu sił i Platforma Obywatelska stanie się w końcu ofiarą własnej kazuistyki. Szukając czegoś na Twitterze zauważyłem, iż rzecznik prasowy PO, Jan Grabiec, „wrzuca” jakieś uwagi o kampanii nienawiści i potrzebie solidarności z wszystkimi atakowanymi. Nawet jeśli jej nie chcemy, to nasza „wojna” — pisze w odpowiedzi na czyjś tweet. Problem w tym, iż przy użyciu tego rodzaju retoryki można co najwyżej wygrywać drobne potyczki. By wygrać wojnę, nie wystarczy rzucanie obelg i straszenie przeciwnikiem. Trzeba zapracować na wiarygodność i mieć szerokie zaplecze w postaci wyborców, którzy w ewentualnym zwycięstwie dostrzegą własne korzyści. Które z ugrupowań takie zaplecze posiada, pokazały wybory sprzed czterech lat.

Czy znaczy to, że historia powinna się powtórzyć w bieżącym, 2019 roku? Wiele na to wskazuje. Gdyby jednak ludzi sprawujących dziś władzę w Polsce zmiotło coś ze sceny politycznej, nie będzie to nic, co ma związek ze śmiercią prezydenta Gdańska. O tragicznym wymiarze wydarzenia, do którego doszło 13 stycznia, już się nie mówi, gdyż środowiska totalnej opozycji skutecznie przekształciły je w spektakl pozostawiający wrażenie niesmaku.

Autor jest emerytowanym lektorem języka polskiego w University of Michigan (Ann Arbor) i b. wykładowcą w Saint Mary’s College w Orchard Lake. Represjonowany w czasach PRL i internowany w okresie stanu wojennego wyjechał z rodziną na emigrację w roku 1983. Po uzyskaniu w 2005 r. statusu pokrzywdzonego prowadził badania w archiwach IPN. W latach 2007–2008 był pracownikiem SKW i członkiem Komisji Weryfikacyjnej d.s. WSI. W 2016 r. na stronie internetowej MON-u redagował dwujęzyczną zakładkę poświęconą warszawskiemu Szczytowi NATO.

  1. Jestem człowiekiem uznającym w pełni porządek prawny ustanowiony w Polsce po 1989 r.
  2. Moja odmowa wykonania wyroku Sądu Apelacyjnego w Gdańsku (sygn. akt I ACa 1520/10) nakazującego mi ogłoszenie w telewizji: „W dniu 16 listopada 2005 r. w programach informacyjnych „Panorama” II programu TVP i „Fakty” telewizji TVN wyemitowano moje oświadczenie, iż powód Lech Wałęsa współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa i pobierał za to pieniądze. To oświadczenie stanowiło nieprawdę i naruszało godność osobistą i dobre imię Lecha Wałęsy, wobec czego ja Krzysztof Wyszkowski odwołuję je całości i przepraszam Lecha Wałęsę za naruszenie jego dóbr osobistych” była absolutnym wyjątkiem, jako obywatelski protest przeciw jawnemu bezprawiu (treść skargi kasacyjnej nieprzyjętej do rozpoznania przez Sąd Najwyższy: http://wyszkowski.com.pl/administrator/index.php?option=com_k2&view=item&cid=1889).
  3. Uznałem się za zobowiązanego do protestu w sprawie wyroku Sądu Apelacyjnego w Gdańsku,  Wydział I Cywilny w składzie: przewodniczący: SSA Bogusława Sieruga, sędziowie: SA Arina Perkowska, SA Roman Kowalkowski (spr.) z dnia 24 marca 2011 r., sygn. Akt I ACa 1520/10 I ACz 2003/10 wydanego w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, dlatego, że wyrok ten stanowił publiczną obrazę prawa Rzeczypospolitej, niezawisłości sądownictwa oraz rzeczywistości i zdrowego rozsądku. Występowałem więc nie tylko w obronie godności własnej, pogwałconej zobowiązaniem do ogłoszenia oczywistego kłamstwa, ale również jako wyrazu sprzeciwu wobec dokonywanemu przez sędziów SA obrazie godności sądownictwa polskiego, które w tej mierze okazało się być godną pożałowania kontynuacją sowiecko-oportunistycznych praktyk sądownictwa PRL.  
  4. Wydający ten wyrok sędziowie, po sześciu (a w całości po jedenastu)  latach procesu, zmienili trafny wyrok Sądu Okręgowego w Gdańsku, który w dniu 31 sierpnia 2010 r. oddalił pozew Wałęsy uznając, że zachowałem należytą staranność w wykazaniu, iż Lech Wałęsa mógł być agentem SB (sąd Okręgowy pod przewodnictwem sędzi Urszuli Malak uchylił się od rozstrzygnięcia czy Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB, ale zajął  wyraźne stanowisko w sprawie prawa historyków i dziennikarzy do wolności badań; sędzia uznała, że choć (ówcześnie) badacze nie posiadali dowodu współpracy w postaci pisemnego zobowiązania Wałęsy do bycia agentem SB, to jednak nie oznaczało, że należy całkowicie wykluczyć możliwość badania istnienia takiego faktu historycznego i prowadzenia dyskusji w sprawie jego istnienia),
  5. Sąd wywodził, że w procesie cywilnym między Wałęsą i Wyszkowskim doszło do kolizji dwóch przepisów prawa. „Prawa wolności i swobody wypowiedzi, w tym także ocen innych osób, zwłaszcza publicznych; z drugim - prawem do ochrony czci i dobrego imienia. Żadne z tych praw nie jest prawem absolutnym, nie jest uprzywilejowane względem drugiego. Oba są równorzędne i korzystają z takiej samej ochrony konstytucyjnej. Dozwolona publiczna krytyka nie może naruszać godności i dobrego imienia osób, chyba, że oparta jest na prawdziwych zarzutach i podjęta w celu ochrony uzasadnionego interesu społecznego.” Jako, że wcześniej SA powtórzył za wyrokiem SO, że dochowałem należytej staranności w badaniu sprawy, więc konkluzja powinna być  jednoznaczna. Niestety sędziowie ci, dla ochronienia interesów Wałęsy, ale również interesów własnych, jako reprezentantów postkomunistycznej kasty sędziowskiej, i również całego dominującego w Polsce w tym okresie Układu Postkomunistycznego (którego stronniczość Kasty jest warunkiem), wbrew przedstawionym sądowi bezsprzecznie wiarygodnym dokumentom i zeznaniom świadków, zupełnie jawnie, a nawet, jak trzeba powiedzieć, bezczelnie stronniczo, stwierdzili: „Jego (Krzysztofa Wyszkowskiego) usprawiedliwiające twierdzenie, że społeczeństwo ma prawo do informacji jest przewrotne, bo inkryminowana wypowiedź nie była w rzeczy samej przejawem i sposobem informowania społeczeństwa o faktach historycznych, tylko subiektywną opinią pozwanego i jego własną oceną osoby powoda. Pozwany tymczasem w telewizyjnej wypowiedzi stwierdził jednoznacznie „…dzisiaj status pokrzywdzonego nie oznacza, że się nie było agentem. Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem o pseudonimie BOLEK, donosił na swoich kolegów, brał za to pieniądze...”. Taka kategoryczna wypowiedź i dotkliwy zarzut powinny były opierać się na sprawdzonych i pewnych dowodach, których nie było i nie ma”.
  6. Dowodem mojej pokory wobec relacji sąd-obywatel niech będzie sprawa wyroku wydanego na mnie za stwierdzenie, że w październiku 1981 r. byłem świadkiem oskarżenia Lecha Wałęsy przez działaczy NSZZ „Solidarność”, że ukradł pieniądze „Solidarności”: „pozwany (Krzysztof Wyszkowski) podał, że scysja miała miejsce w prawie pustym autobusie na lotnisku Orły. Pozwany w chwili, gdy sam zajmował się lokowaniem w bagażu otrzymanych w darze książek, miał usłyszeć podniesione głosy, po czym zauważył, że jeden z uczestników delegacji Eligiusz Naszkowski głośnym tonem krzyknął w stronę powoda słowa „Lechu, oddaj nasze pieniądze”. Z wymiany zdań pozwany, jak twierdzi, zorientował się, że chodzi o gotówkę podarowaną przez związkowców francuskich w poprzednich dniach, o „upominanie się co do swojej części”. Według dalszej relacji pozwanego podniesionym głosem i „ze złością” zwracały się do powoda także obie kobiety (…) Powód, według relacji pozwanego, miał odpowiadać chaotycznie w ten sposób, że uspokajał delegatów słowami „spokojnie, dostaniecie te pieniądze”. Jak twierdził pozwany, (delegat) nie poprzestał na tym wyjaśnieniu powoda (Lecha Wałęsy), tylko głośno krzyknął: „Lechu, ukradłeś nasze pieniądze, oddawaj”, przy czym żądał zwrotu pieniędzy natychmiast, a nie później. Wówczas obie wspomniane kobiety zaczęły uciszać E. Naszkowskiego tak co do treści jego okrzyków („że Wałęsa coś ukradł”), jak i co do formy zarzutów („że trzeba się dogadać a nie wykrzykiwać”) - według określenia pozwanego, „kazały mu się zamknąć”. Zdaniem pozwanego sprzeciw delegatki z Łodzi wobec zarzutów E. Naszkowskiego odnosił się jedynie do formy, a nie do treści. Dalej, według opisu pozwanego, dialog w autobusie toczył się już ściszonymi głosami, a powód miał powiedzieć do delegatów, że zapewnia, „że przekaże im ich pieniądze i dodał, że zarobicie jeszcze na tym, ja je korzystnie wymieniłem”. (…) Wedle relacji pozwanego z autobusu wyprowadził go wówczas Bronisław Geremek, który miał przy tym powiedzieć „Chodźmy Krzysztofie, nie słuchajmy tego”, co pozwany odebrał jako wyraz dezaprobaty świadka dla całego zajścia i jego czynnych uczestników. Słowa B. Geremka uświadomiły pozwanemu „całą okropność sceny, której był świadkiem”. Pozwany mówił o doznanym wtedy poczuciu upokorzenia. Twierdził, że jeszcze po wyjściu z autobusu, z dalszej perspektywy, nie słyszał wprawdzie dalej trwającej rozmowy z powodem, ale widział szczególnie rozgniewaną, gestykulującą delegatkę z Łodzi. Jak wyznał pozwany, był wstrząśnięty i przygnębiony widokiem ludzi, którym ufał i których podziwiał, a którzy „kłócili się o pieniądze w taki sposób”. Uznał to za kompromitujące, a zachowanie powoda za przyznające fakt istnienia nieformalnych rozliczeń z członkami delegacji.” 
  7. Mimo szokujących zachowań sędziów podczas procesu w dwóch instancjach: Sąd Okręgowy w Gdańsku - Bronisław Geremek zeznał, że nie pamięta takiego wydarzenia. Dla uzyskania pozoru korzystnego dowodu na rzecz Wałęsy sędzia uznaje to zeznanie za decydujące dla rozstrzygnięcia,  czy rzecz miała, czy nie miała miejsca i dokonuje aż komicznej manipulacji na zdrowym rozsądku przeprowadzając iście „sokratejski” wywód: Pytanie: Kim jest Bronisław Geremek? Odpowiedź: Europosłem. I dalej: Co jest cechą europosła? Odpowiedź: Dobra pamięć. I w tym momencie wywód zamienia się w dowód: skoro europoseł nie pamięta tak potwornego wydarzenia, jak fakt, że oskarżano przewodniczącego Solidarności o kradzież pieniędzy, to nieomylnie oznacza, że takiego wydarzenia w ogóle nie było, bo nie mogło być. Ergo – Wyszkowski kłamał! Sędzia zostaje nagrodzona awansem do sadu apelacyjnego. - Sąd Apelacyjny w Gdańsku 24 października 2007 r., I Wydział Cywilny w składzie: przewodniczący: SSA Monika Koba, sędziowie: SA Barbara Lewandowska (spr.), SA Mirosław Ożóg: sąd potwierdza uznanie zeznania Geremka za wystarczające do uznania, że faktu nie było, ale, zaskoczony wygłoszonym w międzyczasie oświadczeniem Wałęsy, że kłótnia o ukradzione pieniądze jednak się odbyła, musi ponadto dać sobie radę z nowym wyzwaniem. I co robi? Przystępuje do heroicznej walki z nie całkiem rozumiejącym sens wydarzeń Wałęsą w celu ratowania interesu b. T. W. „Bolek”. Bolek się opiera, ale sąd nieustępliwie napiera, wymusza, wykręca kota ogonem, aby tylko obronić dobre imię swojego ulubieńca. W końcu Wałęsa zmuszony do zaprzeczenia własnym słowom ustępuje i powtarza za sędzią Lewandowską: „W odczytanej mi wypowiedzi ja nie przyznałem, że takie zdarzenie miało miejsce. Ja w tym stwierdzeniu które Sąd zacytował, a które wypowiedziałem do dziennikarzy, nie powiedziałem, że to zdarzenie miało miejsce, ale rozważałem, że mogła być taka prowokacja. (…) Miałem w mojej wypowiedzi na myśli to, że pozwany jak mówił takie rzeczy, to powinien był wziąć pod uwagę, że to mogła być przygotowana prowokacja. Całkowicie zaprzeczam, żeby dawano jakiekolwiek pieniądze w kopertach. Ja w życiu miałem wiele prowokacji. Ja kompletnie wykluczam, że sytuacja w autobusie na lotnisku, o której mówił pozwany w telewizji, miała miejsce. (…) Ja podczas tej wypowiedzi na korytarzu rozważałem głośno jeszcze raz, czy taka sytuacja mogła mieć miejsce, jeszcze jedna prowokacja, a ten człowiek mnie nagrał. To się nie mogło zdarzyć. Uważam, że bezpieka aż taka głupia nie była i żeby mi zarzucać wzięcie pieniędzy, musiałbym te pieniądze wcześniej dostawać.” Uf, sąd „doszedł prawdy”, czyli Wyszkowski skazany.
  8. Wykonałem wyrok nakazujący mi przeproszenie Wałęsy i opublikowałem w programie Jana Pospieszalskiego upokarzające oświadczenie: „W dniu 22 i 23 maja 2005 r. w TVP pr. 2 i TVP „Polonia” w programie „Warto rozmawiać” oświadczyłem o powodzie Lechu Wałęsie, iż „byłem z nim w Paryżu wtedy, kiedy właśnie delegacja „Solidarności” oskarżyła go o kradzież pieniędzy, które otrzymał od związkowców francuskich. To były rzeczy upokarzające niezmiernie... Świadkiem był Bronisław Geremek to są rzeczy okropne, oczywiście policja wiedziała o tym wszystkim. Jaruzelski zna to wszystko, ponieważ wśród delegacji były Służby Bezpieczeństwa, to są rzeczy za które oni trzymają Wałęsę do dzisiaj” - które to oświadczenie stanowiło oczywistą nieprawdę czym naruszyłem dobre imię i godność Lecha Wałęsy, wobec czego odwołuję je w całości i przepraszam Lecha Wałęsę za naruszenie jego dóbr osobistych”.
    Zapłaciłem 10.000 zł „tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę” i 1.400 zł tytułem zwrotu kosztów procesu. Niech ten akt pokory będzie dowodem, że nie jestem anarchistą i podporządkowuję się wyrokom nawet wówczas, gdy nie z nimi zgadzam.
  9. Wykonuję wyrok z 5 grudnia 2018 r. (Sąd Apelacyjny w Gdańsku w składzie: przewodniczący: SSA Jakub Rysiński, sędziowie: SA Dorota Gierczak (spr.) oraz SO Dorota Majerska-Janowska (deleg.)) ponieważ Sąd odrzucił żądanie Wałęsy, żebym w ogłoszeniu zawarł zdania: „W dniu 16 listopada 2005 r. w programach informacyjnych „Panorama” II programu TVP i „Fakty” telewizji TVN wyemitowano moje oświadczenie, iż powód Lech Wałęsa współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa i pobierał za to pieniądze. To oświadczenie stanowiło nieprawdę i naruszało godność osobistą i dobre imię Lecha Wałęsy, wobec czego ja Krzysztof Wyszkowski odwołuję je całości i przepraszam Lecha Wałęsę za naruszenie jego dóbr osobistych”, a także zwolnił mnie od opłat sądowych i zwrotu Wałęsie poniesionych przez niego kosztów sądowych. Skoro usunięto uprawomocnione przez inny skład SA kłamstwo i kosztami procesu obciążono Skarb Państwa, to mam podstawy do uznania, że choć wyrok jest oportunistyczny i dla mnie osobiście przykry, to właśnie jako ilustracja nie całkiem w wydarzeniach publicznych godnej nagany zasady: „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek” powinien go przyjąć (ja otrzymałem jasną świeczkę uznania za prawdziwe posiadane przez Instytut Pamięci Narodowej akta Wałęsy, jako szpicla SB o pseudonimie „Bolek”, a Wałęsa musiał się zadowolić [do chwili obecnej nie zapowiedział apelacji] ogarkiem przeprosin za słowa w sporze czysto werbalnym: tak słabym, że aż niezrozumiałym. Dlatego też ostatni fragment ogłoszenia: „przegrał proces sądowy w sprawie 1 AC 1520/10 Sądu Apelacyjnego w Gdańsku /…/ wszczęty w związku z /…/ twierdzeniami o współpracy Lecha Wałęsy ze Służbą Bezpieczeństwa i pobieraniem za to pieniędzy.” chcę czytać, jako przeprosiny ze strony obecnego składu SA za błędny wyrok wydany przez poprzedni skład orzekający.
  10. Uważam, że powinienem  w ten sposób wesprzeć ważną, choć nadal niewystarczającą, zmianę w orzekaniu przez sądy gdańskie w sprawie płatnej szpiclowskiej służby Lecha Wałęsy dla peerelowskiej komunistycznej policji politycznej, która była lokalnym oddziałem KGB ZSRS Różnica wobec wyroku sprzed dwóch lat jest zasadnicza: wtedy SA w sprawie agenturalności Wałęsy orzekł, że  dowodów agenturalności Lecha Wałęsy „nie było i nie ma”, a w obecnym orzeczeniu stwierdzono, że materiały znalezione w mieszkaniu Czesława Kiszczaka są niewątpliwie prawdziwe (powtarzam ze słuchu za uzasadnieniem ustnym, ponieważ nie ma uzasadnienia pisemnego i akta są nadal niedostępne).
  11. Stosując się do wyroku oświadczam jednocześnie, że zmianę tę uważam za niewystarczającą, ponieważ sąd, dla ratowania autorytetu sądownictwa w ogóle, a sądownictwa gdańskiego w szczególności, ma obowiązek jasnego i niepozostawiającego żadnych wątpliwości stwierdzenia, że Lech Wałęsa przez wiele lat wykonywał haniebne zajęcie płatnego donosiciela krzywdząc swoich kolegów ze Stoczni Gdańskiej, nawet tych, wobec których miał obowiązek wdzięczności za opiekę i pomoc jaką go otaczali i jakiej mu udzielali. Takie oświadczenie jest konieczne również dlatego, że poprzednie świadomie fałszywe wyroki sądów gdańskich, zarówno Sądu Okręgowego w różnych składach, jak Sądu Apelacyjnego również w różnych składach, spowodowały dramatyczny spadek zaufania do wymiaru sprawiedliwości, co jest szkodą wyrządzoną przez te sądy interesowi społecznemu i państwowemu.
  12. Naprawa tej sytuacji nie będzie procesem ani łatwym, ani szybkim, i właśnie dlatego, jako mój osobisty wkład na rzecz tej naprawy, jako dobra wspólnego, uznałem za potrzebne zastosowanie się do ostatniego wyroku. Rozumiejąc sytuację poszczególnych sędziów, uwikłanych przez długie okresy w niegodne swojego posłannictwa uzależnienia, wymuszające czasem orzekanie niezgodne z prawem i sumieniem, chciałbym w ten sposób zachęcić ich do podjęcia się naprawy tego smutnego stanu rzeczy. Zachęcić ich do wykazania odwagi w stawianiu na pierwszym miejscu wierności prawu, moralności i dobrym obyczajom, a zdecydowanego sprzeciwu wobec niszczącej sądownictwo fali antyspołecznej i antypaństwowej chuliganerii.  
  13. W nadziei na możliwość zmiany w mentalności sędziów umacnia mnie fakt, że w trakcie skandalicznej i poniżającym godność sądownictwa epopei sądowej, którą sądy gdańskie przeciw mnie zorganizowały, w procesie prowadzonym przez sędzię Urszulę Malak Sąd Okręgowy dnia 31 sierpnia 2010 r. wydał wyrok poprawny, czyli oddalił pozew Lecha Wałęsy. Odwołanie się do rocznicy zwycięstwa Narodowego Powstania Antykomunistycznego rozumiem, jako wyraz świadomości, że problemy, w sprawie których jestem stawiany przed sądem, mają charakter narodowy i państwowy, a nie wąsko i partykularnie jurydyczny.
  14. Tak, jak należy wyróżnić postawę sędzi Malak, tak trzeba otwarcie potępić nadużycia prawa dokonane przez sędzię Sądu Okręgowego Magdalenę El Hagin, która uzasadniając wyrok drwiła z rzeczywistości uciekając od rozstrzygnięcia prawdziwości mojej wypowiedzi, że Wałęsa był tajnym, płatnym współpracownikiem SB ponieważ… okoliczność ta była już rozpatrywana przez sąd apelacyjny, który „dotychczas niewzruszonym wyrokiem” z 2011 r. skazał mnie na przeproszenie Wałęsy. Zdania: „Niewątpliwie w obecnych warunkach społecznych współpraca z SB cechuje się negatywną oceną (…) Dlatego (…) doniesienia o agenturze powoda, niestwierdzone dotychczas przez powołane do tego instytucje, są wyjątkowo dotkliwe dla osoby nagrodzonej Pokojową Nagrodą Nobla oraz byłego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, podważając jego wiarygodność w opinii publicznej.” śmieszyłyby w kabarecie, ale w ustach sędzi są ponurym objawem prawnego i obyczajowego zaprzaństwa. Czy opinia publiczna ma w ten sposób przyjąć do wiadomości, ze skoro „w obecnych warunki społecznych” ohyda zdrady kolegów i społeczeństwa na rzecz komunistycznej policji politycznej „cechuje się negatywną oceną”, to taki skład sądu, który pozostaje  niezawisły od tych niesłusznych „warunków społecznych” oraz od prawa, uczciwości i rozumu, pomoże szpiclowi w niszczeniu prawdy i ukaraniu jej rzecznika?
  15. Radykalne zmiany na moją korzyść, wprowadzone przez Sąd Apelacyjny do wyroku wydanego przez tę kompromitującą siebie i Sąd Okręgowy w Gdańsku sędzię, mówią same za siebie, ale z własnego doświadczenia wiem, że takich postaci, jak sędzia El Hagin, jest w sądownictwie gdańskim więcej. Jest ich tam aż nazbyt wiele, do tego stopnia, że  do wytworzonego przez nie w tej Sodomie nastroju bezczelnego gwałcenia prawa dostosowywali się młodzi sędziowie. Pamiętam przypadek sędzi, która, po spreparowaniu wyroku została awansowana do nadrzędnego organizacyjnie sądu, a następnie jej nazwisko znalazło się  składzie mającym rozstrzygać apelację w tej samej sprawie. Do tak spektakularnego skandalu w końcu nie doszło, ale czy mniejszym jest dalsze orzekanie sędzi odmawiającej mi prawa do obrońcy z iście sowieckim uzasadnieniem tego bezprawia: „bo pozwany sam dobrze się broni”?!
  16. Przez kilkanaście lat byłem prześladowany przez sądy będące „rozgrzanym” aparatem represji w dyspozycji Donalda Tuska, Lecha Wałęsy i ogólnego Układu Trójmiejskiego, trafnie określanym przez dziennikarzy mianem „małej Sycylii”. Przeżyłem tak wiele świadomie mi sprawianych upokorzeń, poprzez pokrzykiwania, ostentacyjne i nieuzasadnione odbieranie głosu, uniemożliwianie wypowiedzenia się podczas rozprawy, w końcu skazywanie mnie bez przeprowadzenia postępowania dowodowego, że obecnie cieszę się choćby z takiego wyroku skazującego, który nie powtarza iście bezrozumnego orzeczenia swojego koleżeństwa o braku dowodów na agenturalną przeszłość człowieka, któremu brakuje tego minimum odwagi, by się do własnego życia przyznać i który nadal żąda by sądy upoważniły go do przybrania sobie innego, nieprawdziwego życiorysu.
  17. Moje pretensje do sądownictwa gdańskiego nie polegają na tym, że nie miały ochoty analizować zbrodni Lecha Wałęsy przeciw społeczeństwu polskiemu i państwu polskiemu. Stawianie im takiego zadania byłoby wymogiem nadmiernym; ta sprawa należy raczej do Trybunału Stanu. Mój protest budzi fakt, że to sądownictwo przez kilkanaście lat, z konsekwentnie wykazywaną zła wolą, nie zważając na przedstawiane im dowody, z odrażającym cynizmem odrzucającym wiedzę pospólną, pogardliwie odwracając się tyłem do rzeczywistości, notorycznie gnębiły mnie tylko dlatego, żeby zasłużyć się ówczesnej władzy i ówcześnie dominującemu odrażającemu układowi, o którym pisałem powyżej. Tylko po to, by nadal robić karierę w niegodnym prawnika środowisku, sędzia El Hagin skazała mnie na ogłaszanie jawnego kłamstwa i utratę nie tylko godności osobistej, ale również utratę dorobku życiowego (przez konieczność zapłacenia ogromnych sum pieniędzy środkom masowego przekazu, do publikacji w których oświadczenia miałem być zobowiązany) i dozgonne życie w nędzy. Taki wyrok nie może być traktowany tylko jako przejaw niefrasobliwości działaczki SSP Iustitia, bo to jest przerażający objaw osobistej nienawiści i pogardy wobec podsądnego, skutkujący gwałtem na prawie w interesie antyspołecznego i antypaństwowego, a być może również kryminalnego Układu.
  18. Podsumowując: uważam, że, mimo nadal doskwierającego braku sanacji polskiego sądownictwa, ostatni wyrok wydany w mojej sprawie i ws. agenturalności Wałęsy jest symbolicznym przełamaniem linii orzeczniczej sądów gdańskich, który daje nadzieję na samo-oczyszczenie się polskiego sądownictwa. Być może wprowadzenie instytucji takich, jak skarga nadzwyczajna, czy izba dyscyplinarna SN, było impulsem tej zmiany. Tak, czy siak, uważam, że wobec sędziów okazujących tym wyrokiem, jak mniemam, dobrą wolę, chciałbym również okazać moją dobrą wolę. Co więcej, chciałbym pokazać, że z szacunku dla polskiego porządku prawnego staram się stosować nawet do wyroków niesprawiedliwych.

Krzysztof Wyszkowski

Krystyna Misiak

poniedziałek, 14 listopada 2016 08:54
11 Listopada 2016 zostałam udekorowana przez Ambasadora RP w Australii p. Pawła MILEWSKIEGO Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski przyznanym mi Postanowieniem Prezydenta RP Andrzeja DUDY z dn.19 maja 2016 r. 

Skandal z udziałem sędziów, prokuratorów i IPN!

niedziela, 09 października 2016 16:07

Janusz Kaczmarek, Kazimierz Kaczmarek i inni - Sąd Apelacyjny i Sąd Okręgowy w Gdańsku - sabotowanie postępowania dowodowego w sprawie odpowiedzialności karnej za pobicie internowanych w dniu 14.08.1982 r. w ZK (obozie internowania) w Kwidzynie

List Mateusza Tyrmanda

wtorek, 04 października 2016 05:33

It has been awhile since I sent a Polish activity update. This past week offered up some activity and controversy that I think will interest many of you and has catalyzed this update.

Pozew Lecha Wałęsy

wtorek, 27 września 2016 16:58

Wałęsa żąda ogłoszenia, że nie był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa! Pozew otrzymałem 16 września - sąd dał mi 21 dni na odpowiedź.

Będzie lepszy IPN!

piątek, 24 czerwca 2016 05:44

Oto kierownictwo partii rządzącej uznaje za potrzebne, by przypomnieć wszystkim, naprawdę całemu światu, że choć Zagłada była dziełem totalitaryzmu niemieckiego, który 22 czerwca 1941 r. zaatakował Związek Sowiecki, to swe korzenie ma właśnie w zbrodniczej współpracy obu ludobójczych totalitaryzmów we wspólnej agresji na Polskę 1-17 września 1939 r.

Agnieszka Kołakowska Tekst z wydanej w 2006 r. przez Ośrodek Myśli Politycznej i Księgarnię Akademicką książce Totalitaryzm a zachodnia tradycja, pod redakcją Miłowita Kunińskiego.
Strona 1 z 49