Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Łysiak - Lustracjada

Trzecia Rzeczpospolita, której kres głosi duet bliźniaków, miała wiele karnawałów i karuzel politycznych (choćby liczne afery, skandale i cykliczne wybory parlamentarne oraz prezydenckie), lecz jedno stałe widowisko przebiło temperaturą i mnogością „momentów" wszelkie konkurencyjne imprezy - lustracja. Wszystkie kinowe thrillery razem wysiadają.
Tylko pozornie jednak te igrzyska są dla ludu i dla kraju czymś zupełnie nowym, bezprecedensowym historycznie. W istocie bowiem jest to klasyczna „powtórka z rozrywki" - 175 lat temu Polska miała już swój IPN, swoją lustrację deagenturyzacyjną, tudzież swoje kłopoty z tą lustracją (kłamstwa, awantury, przecieki, wpadki, rywalizacje fotelowe, prowokacje etc.) identyczne jak dzisiaj. Nim więc przejdę do dzisiejszej lustracji, zacznijmy od historycznych wspominków.

Papiery listopadowe

Propetersburski aparat represji Królestwa Kongresowego był równie bandycki jak promoskiewski aparat represji PRL-u. „Policje jawne, tajne i dwupłciowe" solidnie trzymały społeczeństwo za twarz. Kiedy więc Bunt Listopadowy (1830) przegnał Moskali z Warszawy i stolica odzyskała wolność - społeczeństwo wyraziło chęć rozliczenia kapusiów, których zwano wówczas „szpiegami" (dzisiaj zwie się ich „tajnymi współpracownikami"). W tym celu zwieziono do Ratusza (potem do gmachu Banku Polskiego) wszystkie archiwa wszystkich policyjnych służb, a Rząd Tymczasowy powołał Komitet Rozpoznawczy (ówczesny IPN) dla przebadania tych papierów. Na czele Komitetu stanął nieposzlakowany patriota, głośny pisarz, historyk i polityk, Julian Ursyn Niemcewicz.

Wertowanie policyjnych sekretów i społecznych brudów przez Komitet przyniosło różne szokujące sensacje. „Umoczony" został sam Maurycy Mochnacki, lider Towarzystwa Patriotycznego, antycarski radykał, człowiek z pozoru „bez skazy ni zmazy": jego wrogowie opublikowali „memoriał więzienny", który Mochnacki pichcił sześć lat przed powstaniem, siedząc w „pierdlu". Wyparł się tam całkowicie idei niepodległościowej, i nawet radził caratowi jakimi metodami oduczać młodych Polaków działania czy choćby marzenia prowolnościowego. Za tę wazelinę Rosjanie zwrócili rewolucjoniście wolność (jego wyrok został anulowany). Takim sensacjom towarzyszyły rozliczne komitetowe skandale (m.in. zdumiewający wyciek części dokumentów). Gwoździem do trumny Komitetu okazała się wpadka jego szefa - przyłapano nieposzlakowanego Niemcewicza, który co smakowitsze tajne „kwity" cichaczem wynosił, by zabawiać nimi damy podczas towarzyskich „herbatek" i „wieczorków". Wskutek tego skandalu Komitet rozwiązano, a dyktator Chłopicki powołał nowe ciało: Komisję do Roztrząsania Akt Policji Tajnej.

IPN roku 1831 funkcjonował bardzo burzliwie, zmieniał nazwy (Komisja ponownie przekształciła się w Komitet) i szefów (Michał hrabia Potocki, Jan Turski, Michał Hube), złościł opinię publiczną i rozbawiał (wydawano nawet efemeryczne pisemko „Szpieg Patriota", tylu mniemanych patriotów okazywało się szpiclami), wreszcie publikował listy „szpiegów" i rozdawał świadectwa moralności, po które stała kolejka chętnych. Głównych „szpiegów" miano karać sądownie, ale kiedy stolicę obległy carskie wojska, zniecierpliwiony lud wdarł się do więzień i zakłuł oraz powiesił 34 gagatków. Dzisiaj imprezie lustracyjnej takie fajerwerki nie grożą (lud się zmienił). Mimo to środowisko „Adasia", spasatiela „ludzi honoru", już kilkanaście lat jazgocze o krwawych „polowaniach na czarownice", o czarnosecinnych prawicowych oprawcach, i tym podobne salonowe głupoty, tradycyjne (by nie rzec: rytualne) dla różowo-czerwonego Salonu. Nie grozi nam nic podobnego również i z tej przyczyny, że współczesna polska lustracja to bardziej metafizyka - sfera irracjonalności, cudowności - niż realna pralnia-sprawdzalnia narodowych brudów. Co będę udowadniał niżej.

Papierowa metafizyczność

Jest jakaś metafizyka (czy też inne ontologiczne czarnoksięstwo) już w samym zadziwiającym fakcie, że nad fotelem szefa IPN lewituje lśniąca poświata (aureola czy przekleństwo?) o kształcie dużej litery K. Pierwszym bossem firmy lustracyjnej był pan Kieres, drugim jest pan Kurtyka, którego silnymi konkurentami byli panowie Krupski i Kunert, zaś pan Kulesza był i jest tam wiceszefem. Tedy nazwa Komitet Kontrolowania i Karcenia Konfidentów byłaby może bardziej adekwatna niż Instytut Pamięci Narodowej. Od samiutkiego początku III RP lustracja wprost tryskała metafizyką, przez co rozumiem natłok zdarzeń iście cudownych (by nie rzec: cudacznych). Cudactwem pierwszym stał się fakt, że wstępną fazę lustracji (1989-1992) przeprowadzili brawurowo generałowie (Kiszczak e tutti quanti), którzy jako „ludzie honoru" (atest wybitnego eksperta, docenta honorologii mniemanologicznej, Adama M.) mieli moralne prawo. Dokonali mianowicie lustracji metodą selekcji, używając płynów łatwopalnych plus zapałek, jak również sprzętu mechanicznego („niszczarki" itp.). Ich tytaniczna praca nie przyniosła efektu stuprocentowego, lecz rezultat osiemdziesięcioprocentowy jest wart uznania również. Szczególna cudowność tego heroicznego przedsięwzięcia nie polega na samej procedurze selekcji (ta jest bowiem działaniem ze sfery czysto materialnej i racjonalnej), lecz na zezwoleniu, które dali rzekomi antykomuniści: „nasz premier" Mazowiecki i „nasz minister" Kozłowski. Według świadectwa Ryszarda Bendera, ówczesny szef MSW, Krzysztof Kozłowski - gdy profesor Jan Ziółek spytał go czemu zezwala likwidować esbeckie akta, tak ważne dla historii - miał warknąć: „Ja, proszę pana, pieprzę historię!".

Wskutek pieprzenia narodowej historii przez pana ministra K. inny pan minister K. (dzisiaj już prezydent), Lech Kaczyński, zastał w IPN-ie Swoją „teczkę" kompletnie pustą, co go jednak nie wyróżnia, bo taki pustostan dotknął wielu byłych bojowców i dysydentów. Zaś „nasz" cudotwórca, Krakus Krzysztof Kozłowski, dokonał też innego cudu, wpuszczając do archiwów MSW (1990) swego kumpla, „Adasia" Michnika, by ten przeprowadził tam lustrację własną, to jest lustrację wedle widzimisię własnego i wedle potrzeb Salonu nim nastąpi generalski cud dematerializacji akt. Szczególna cudowność tego wpuszczenia polegała na tym, że było ono całkowicie bezprawne, a mistyfikacja, dzięki której czteroosobowa tzw. „Komisja Michnika" (Michnik, Ajnenkiel, Holzer i Kroll) przez dwa i pół miesiąca buszowała sobie bez żadnej kontroli wśród „teczek" - to właściwie gotowy scenariusz filmu kryminalnego. Późniejszy tyczący tej „Komisji" wniosek UOP-u brzmiał: „Brak jakiejkolwiek podstawy prawnej. Korzystanie z dokumentów opatrzonych klauzulą «tajne» odbywało się poza wszelkimi procedurami obowiązującymi w MSW".

Wrogowie samozwańczej „Komisji" szepczą po kątach, że wszyscy czterej jej członkowie plus jej promotor to ekskonfidenci bezpieki peerelowskiej (jak dotąd udowodniono to niezbicie tylko jedne mu - Holzerowi). Ale główna uwaga w tym względzie skupia się na salonowym guru.

Papiery Michnika

Mistyfikację pieprzyciela dziejów opisał swego czasu na łamach „Tygodnika Solidarność" jeden z prawdziwie nieposzlakowanych herosów „pierwszej «Solidarności»" (tej nieskażonej okrągłostołową dogoworką), Krzysztof Wyszkowski, cytuję: „Wiosną 1990 roku po Warszawie zaczęły rozchodzić się sensacyjne plotki, że Adam Michnik opowiada znajomym o donosach Dariusza Fikusa (...) Dwa miesiące wcześniej Krzysztof Kozłowski wychodząc z posiedzenia Rady Ministrów podszedł do ministra Samsonowicza i przedstawił mu osobistą prośbę. Chodziło o to, żeby Samsonowicz wystawił cztery zaproszenia dla wskazanych przez Kozłowskiego osób na naradę w siedzibie MSW. Prośba byłaby dziwaczna i niezrozumiała, gdyby nie fakt, że ustawa regulowała dostęp do archiwów w ten sposób, iż osoby z zewnątrz mogą go uzyskać tylko na skutek decyzji ministra edukacji. Ministrowi Kozłowskiemu chodziło o stworzenie pozoru, że tymi zaproszeniami minister Samsonowicz z urzędu powołuje komisję uprawnioną do dostępu do ściśle zastrzeżonego archiwum (...) Samsonowicz zgodził się na rolę wyznaczaną mu w kombinacji mającej na celu obejście prawa i wystawił enigmatyczne zaproszenia na spotkanie w MSW. Kozłowski wykorzystał je do mistyfikacji uznania Michnika «et consortes» za Komisję powołaną przez ministra edukacji narodowej. Dzięki tej mistyfikacji Michnik dostał w 1990 roku nieograniczony i niekontrolowany dostęp do prawdy o agenturze (...). Mistyfikacja zorganizowana przez Kozłowskiego przy pomocy Samsonowicza była przestępstwem, które winno być ścigane karnie."

Bezpośrednio po tej mistyfikacji redaktor A. Michnik, generalissimus lewackiego Salonu III RP, wszczął wojnę totalną z lustracją, deagenturyzacją i dekomunizacją Rzeczypospolitej, wykreowując sobie status Wielkiego Abolicjonisty. Równocześnie jego przeciwnicy budowali mu status Wielkiego Oszusta. Waldemar Łysiak, w powieści „Najlepszy" (1992), sugerował, że Michnik to agent bezpieki peerelowskiej, za co tygodnik „Wprost" uznał Łysiaka nowym, barbarzyńskim wcieleniem Torquemady (zapytany przez Monikę Olejnik czy wytoczy Łysiakowi proces, Michnik odparł, że nie, bo nie chce procesem robić reklamy mało znanemu grafomanowi). Ekswiceprzewodniczący NSZZ „Solidarność", Andrzej Gwiazda, oświadczył publicznie (2002): „Jak wiemy z analiz dokonanych przez byłego ministra Spraw Wewnętrznych, Antoniego Macierewicza, Michnik był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa od 1968 roku". Krążyły po kraju kserokopie z fragmentami rozmowy werbunkowej Michnika ( „Nie za ostro, dostaniesz czasem w mordę, ale wam się to opłaci", etc.). Latem 2005 roku Stefan Dętko pisał w „Najwyższym Czasie!": „Donosy Michnika na Kuronia z lat 60. i inne dokumenty wskazujące na współpracę Michnika z SB znajdowały się w archiwum pewnego zmarłego już adwokata. Znane jest też mi miejsce ich obecnego przechowywania".

Najnowszy hit ze sfery spekulacji o agenturalności Michnika to opublikowany przezeń w „Wyborczej" esej pod tytułem „Rana na czole Adama Mickiewicza", gdzie Michnik wspomina, że wileński Adam M. zobowiązał się w roku 1824 pracować jako konfident carskiej policji, co było konradowską „nieuleczalną na czole raną", którą wieszcz „sam sobie zadał", a „ta raną będzie się odnawiać na polskich czołach przez następne dwa stulecia". Antysalonowi publicyści wysnuli z tego wniosek, że Michnik metaforą o imienniku (ma z tamtym wspólne imię, wspólny monogram i wspólne trzy pierwsze litery nazwiska) przyznaje się do winy w dziwaczny, niebezpośredni sposób. Michnik przyznający się do winy? Byłby to największy lustracyjny cud od czasu uniewinnienia Mariana Jurczyka przez Najwyższy Sąd.

Papiery Jurczyka

Anno Domini 1980 „Solidarność" zawarła z reżimem trzy głośne porozumienia - Porozumienie Gdańskie, Porozumienie Szczecińskie i Porozumienie Jastrzębskie. Sygnatariuszami ze strony antyreżimowej byli Lech Wałęsa (w Gdańsku), Marian Jurczyk (w Szczecinie) i Jarosław Sienkiewicz (w Jastrzębiu). Później wszystkich trzech oskarżono, że byli konfidentami bezpieki. Co do Sienkiewicza nie istniały wątpliwości (ewidentny TW); Jurczyka uniewinnił Sąd Najwyższy mimo niezbitych dowodów winy (ewidentny TW); broni się jeszcze Wałęsa, również korzystając z „niezależnych sądów".

Casus Jurczyka jest tak piramidalny, iż nadawałby się dla kabaretu, gdyby członkowie głównego trybunału Rzeczypospolitej zechcieli przekazywać kabaretom swoje werdykty jako teksty do wykorzystania. Zachowały się bowiem odręcznie pisane przez Jurczyka dokumenty (wyrażenie chęci współpracy, vulgo: zobowiązanie; donosy, pokwitowanie pieniędzy), świadczące niezbicie, iż współpracował (i to bardzo gorliwie) nie wskutek szantażu lub innego nacisku, lecz z własnej woli tzw. nieprzymuszonej. Życzył sobie mieć kryptonim „Kolumb", co wyraził pisemnie, ale robiąc kompromitujący błąd ortograficzny ( „Kolómb"), więc rozzłoszczony oficer SB przekreślił to curiosum, i Jurczyk zamiast TW „Kolumbem" został TW „Świętym". Wszelkie esbeckie papiery Jurczyka opublikował właśnie historyk Piotr Gontarczyk (pt. „Tajny współpracownik «Święty»", 2005); wybór reprodukowała lub przytaczała część prawicowych mediów.

Afera Jurczyka ma bardzo ciekawą kontynuację sądową już nie lustracyjną. W fazie lustracyjnej przeszła przez kilka instancji sądowych. Trybunały nie miały żadnych wątpliwości, iż delikwent współpracował ochoczo - wspomniane papiery całkowicie wykluczają wątpliwości. Dopiero na samym czubku eksplodowała sensacja - Sąd Najwyższy, będący instancją definitywną, mimo owych jurczykowskich manuskryptów uznał „Świętego" za świętego, vulgo: niewinnego. Część komentatorów określiła to jako drugi cud nad Wisłą, część się wściekła, a Janusz Korwin-Mikke dostał furii i wypalił: „Takich sk...ysynów, jak ci, co głosowali nad tym orzeczeniem, jeszcze nie widziałem!". Słowa te błyskawicznie przedrukowała „Polityka", i wkrótce PAP podała, że obrażeni jurorzy SN kierują do prokuratury sprawę przeciwko Korwinowi. Wobec tego nazajutrz (5-VII-2005) pan Korwin-Mikke złożył w prokuraturze doniesienie na jurorów: „Niniejszym donoszę, że trzech lub dwóch sędziów Sądu Najwyższego (pp. Piotr Hofmański, Jacek Sobczyk i Józef Szewczyk - nie wiem, czy któryś nie zgłosił wotum separatum», ale to łatwo ustalić), najprawdopodobniej działając w zmowie, dokonało przestępstwa podając oczywistą nieprawdę w sentencji orzeczenia o tym, że p. Marian Jurczyk nie był agentem SB (...). Tak orzekając sędziowie ci ośmieszyli wymiar Sprawiedliwości, tym samym wyrządzając istotną szkodę interesom III Rzeczypospolitej. Interes publiczny wymaga bowiem, by wyroki sądowe nie były kpiną z Prawa". Swoje „powiadomienie o przestępstwie" autor zakończył nadzieją, iż „Prokuratura znajdzie dość sił moralnych, by zwalczać przestępczość również na najwyższych szczeblach, a nie tylko ścigać 90-letnich sędziów z okresu stalinowskiego, którzy też działali na zamówienie władzy". Kilka dni później dołożył jeszcze komentarz prasowy: „Tym wyrokiem Sąd Najwyższy napluł w twarze wszystkim, którzy nie podpisali deklaracji współpracy z SB (...). Sędziów wydających wyroki jawnie sprzeczne z Prawem i poczuciem Sprawiedliwości należy odsunąć. Bez tego zawsze będziemy mieli bagno".

Papiery Wałęsy

Bagno przeszłości eksbossa „Solidarności" budzi, z natury rzeczy, silniejsze emocje niźli bagno Jurczyka. I metafizyki lustracyjnej tu więcej, bo tam był tylko jeden duży cud - schizofreniczny werdykt Sądu Najwyższego - gdy „Wałęsa story" to istna „fantasy", pełna cudowności nieprzebranej. Sam główny bohater komentował stawiany mu zarzut esbeckiej agenturalności po swojemu, wedle reguły „Jestem za, a nawet przeciw". W pierwszej połowie lat 90., kiedy prasa (głównie polonijna) reprodukowała dokumenty kompromitujące Wałęsę jako TW „Bolka", solidarnościowy Elektryk był za - przyznał się publicznie, że jakieś papiery esbekom podpisywał. Dzisiaj jest przeciw krzyczy głośno, że nigdy niczego nie podpisał, absolutnie nic, nul. Jednak pierwsze zeznanie zostało utrwalone drukiem, mamy więc sprzeczność, cud. W tamtych latach 90. sporo się też mówiło (a także pisało) o tym, że prezydent Wałęsa kazał sobie dostarczyć z Gdańska do Belwederu swoją „teczkę", i że ta „teczka" wróciła z Belwederu do Gdańska bardzo, ale to bardzo odchudzona („Najwyższy Czas!": „...materiały, które ukradł z «teczki» będąc prezydentem"). Dzisiaj zaś tajemnicą poliszynela jest, że duża część znających „papiery Wałęsy" pracowników IPN-u kategorycznie kontestuje przyznanie Wałęsie statusu „pokrzywdzonego" przez szefostwo tej instytucji. Znacząco komentowany jest fakt, iż wspomniane „kwity" uniemożliwiły przyznanie Wałęsie rzeczonego statusu w trybie normalnym; trzeba było, dla „wyższych celów politycznych", zastosować sztuczkę z dyskusyjnym, dawnym, „prezydenckim" orzeczeniem Trybunału Lustracyjnego i z akceptacją Trybunatu Konstytucyjnego.

O tym, że Lech Wałęsa to ewidentny TW „Bolek" pisuje expressis verbis niejedna gazeta (wielokrotnie już „Najwyższy Czas!", piórami kilku swoich autorów; „Głos" przedrukował nawet sążniste donosy TW „Bolka"). Jednak Wałęsa nie wytoczył procesu ani Stanisławowi Michalkiewiczowi, ani Januszowi Korwin-Mikkemu, ani żadnemu innemu publicyście przezywającemu Elektryka „Bolkiem" - tylko swemu dawnemu koledze z „Solidarności", Krzysztofowi Wyszkowskiemu. Ten bowiem raz po raz oświadcza, iż Wałęsa był „tajnym współpracownikiem", i do tego oświadcza w miejscach szczególnie Wałęsę uwierających; w Radiu Maryja i w gdańskiej „kolebce «Solidarności»". Pierwsze z tych wystąpień zyskało wielki rozgłos publiczny dzięki atakowi furii Wałęsy sfilmowanemu przez kamery TV; drugie zostało z premedytacją zamilczane, mimo iż było dużo ważniejsze. Wyszkowski przemawiał wówczas do około 500 osób, a TVP pokazała pustawą salę, nie informując, że uczestnicy rocznicowego spotkania udali się właśnie na mszę świętą.

Była to 25 rocznica powstania „Solidarności". Konkretnie: powstania „pierwszej «Solidarności»", tej z roku 1980, którą wrogowie Wałęsy, Kuronia, Michnika, Kiszczaka i Geremka przeciwstawiają „drugiej «Solidarności»", tej okrągłostołowej, dogadującej się z czerwoną władzą. Odbyły się uroczystości państwowe (wałęsowskie), i obok konkurencyjne, alternatywne, które zgromadziły antywałęsowców (Anna Walentynowicz, Gwiazdowie, etc.). Te drugie w gdańskim Domu Technika. Kulminacyjnym punktem był tu referat Wyszkowskiego pt. „Agentura w «Solidarności»". Że taka agentura SB, i to bardzo silna, istniała, o tym wiadomo z wielu źródeł (niedawno pracownik wywiadu PRL, płk H. Bosak, stwierdził, że „w latach 80. tworzenie koncesjonowanej, zależnej od władz «Solidarności», było decyzją ówczesnych polityków"). Wyszkowski zaczął tak: „Oficjalnie potwierdzam publicznie: Lech Wałęsa był donosicielem SB, brał za te donosy pieniądze, dzisiaj nie ma odwagi, by się przyznać i przeprosić tych, na których donosił. Swoimi kłamstwami znieważa ludzi «Solidarności»". W oparciu o dokumenty Wyszkowski wskazał datę werbunku TW „Bolka" (29-XII-1970), jego numer rejestracyjny (GD 12535), oficera werbunkowego (kpt. E. Graczyk), oficera kontrolującego (inspektor SB, M. Aftyka), plus sporo innych szczegółów (Aftyka w notatce służbowej raportował, że „Bolek" to „osobnik zdyscyplinowany i chętny do współpracy", a „wynagrodzenie pobiera bardzo chętnie"). Informacje o zwerbowaniu Wałęsy i o szantażowaniu go później przez SB jego „papierami" znajdują się również w dokumentach KGB tworzących tzw. „Archiwum Mitrochina". Nie należy zazdrościć sędziom rozpatrującym sprawę Wałęsa versus Wyszkowski.

Papiery nie psują kariery

Jednym z wielu metafizycznych cudów lustracji stał się fakt, że dokumenty kompromitujące delikwenta, czy też publikacje ujawniające jego współpracę z bezpieką, wcale nie muszą psuć konfidentowi kariery. Na co jest mnóstwo dowodów, z których kilka ciekawszych wzmiankuję niżej.

Józef Szaniawski był w PRL-u człowiekiem „firmy" generała Kiszczaka, posiadaczem milicyjnej „R"-ki zwalniającej od kontroli drogowych, nauczycielem kadr MSW, aktywnym (bardzo aktywnym) członkiem Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, chwalił się głośno przyjaźnią osławionego „upiora MSW", generała Milewskiego, itp. Gdy wyjechał wakacyjnie na Zachód, próbował dorobić sobie w „Wolnej Europie", dlatego rozwścieczona tą nielojalnością „firma" wpakowała go do pudła. Po upadku komunizmu opublikowano (kilka gazet i książka) list Szaniawskiego do szefa WSW, generała Poradki, zawierający „curriculum vitae" autora. Szaniawski wypunktował tym pismem całą swoją (ochotniczą, co mocno podkreślał!) współpracę z WSW i SB, od czasów studenckich: „Tuż przed tzw. «wydarzeniami marcowymi» 1968r., sam, z własnej inicjatywy, zgłosiłem się do mojego znajomego, majora Płatka z KD MO W-wa Mokotów, aby mu zrelacjonować ówczesną sytuację w środowisku studenckim na UW Następnie powtórzyłem to samo dwóm pracownikom UB, których major zaprosił specjalnie na drugi dzień. Nie muszę dodawać, że bytem oczywiście przeciwnikiem tworzącej się już wtedy opozycji". Itd., itp. Zakończył deklaracją woli: „Chcę współpracować z organami WSW przeciwko wrogom Polski Ludowej, w tym zwłaszcza przeciwko wywiadowi amerykańskiemu i opozycji wewnętrznej (...) Dam z siebie wszystko". Dał z siebie wszystko i nie przeszkadza mu to dzisiaj być nauczycielem w szkole dziennikarskiej (edukuje kadry żurnalistów, tak jak kiedyś edukował kadry zamordystów). Ostatnio tworzy „muzeum antykomunizmu", gdzie wycieraczkami mają być flagi sowieckie, a zwiedzających będzie się zachęcać do ich deptania. Co jest oczywistą (i to chamską) prowokacją.

Inny casus: swego czasu prasa doniosła, że były peerelowski dygnitarz, Marek Król, to również były kapuś SB, „tajny współpracownik" - TW „Rycerz". Wcale mnie to nie zdziwiło, bo kiedy w 1992 ukazała się moja powieść „Najlepszy", gdzie już motto (cytat z mojej publikacji podziemnej czasów stanu wojennego) mówi, iż „konfidenci to dziwki bezpieki" - tygodnik „Wprost" rzucił się na mnie pełen furii kilkukolumnowej. Jego redaktorem naczelnym był wówczas ten sam cwaniak co dzisiaj - Marek Król. Publikacje o TW „Rycerzu" nic a nic mu nie zaszkodziły, nie zepsuły kariery ani trochę. Jest pupilem Salonu, ściskają mu dłoń wszyscy (od L. Millera do J. Kaczyńskiego), tylko trochę chwilowego smrodu przyniosło mu telewizyjne warknięcie znawcy „służbowych" sekretów, prezydenta A. Kwaśniewskiego, który nazwał „Wprost" wprost: „mutacją UB". Pół Polski ryczało ze śmiechu czytając ogłoszony przez „Wprost" na początku roku ubiegłego list popierający... lustrację dziennikarzy! Część ludzi mediów wtedy uznała, że towarzysz Król „rżnie głupa" grając rolę dziewicy. Z ostrym atakiem wystąpił nestor rodzimego dziennikarstwa, Anatol Arciuch: „Bezczelność w połączeniu z krętactwem (...) Metoda stara jak świat: odwrócić uwagę od siebie (...) Rozumiem motywy Króla. Są niskie i koniunkturalne. Tak jak niskie i koniunkturalne motywy, bo innych być nie mogło, kazały mu w swoim czasie gorliwie piąć się po szczeblach partyjnej kariery aż do fotela sekretarza KC. Ale to właśnie odbiera mu prawo zabierania głosu w sprawie takiej jak ujawnianie współpracowników SB, czyli szeregowych sługusów reżimu (...) Niestety, niedopuszczenie do dekomunizacji sprawiło, że dziś ludzie tacy jak Król są znowu na wierzchołkach (...) Istnieje coś takiego jak elementarna przyzwoitość. Dla Marka Króla to słowo, jest najwyraźniej pustym dźwiękiem, i to chyba od zawsze".

Co tu jest cudem, czyli metafizyką? Dla mnie fakt, że w „mutacji UB" publikują tacy ludzie jak Marcin Wolski czy Bronisław Wildstein, firmując (cerując) tym samym błonę dziewiczą towarzysza Marka Króla.

Dawna współpraca z SB nie przeszkodziła Zbigniewowi Najderowi (TW „Zapalniczka") robić kariery okołorządowej za czasów III RP (w „Rzeczypospolitej" ukazał się niedawno ogromny esej na ów temat). Tylko ujawniono (2005), że profesor KUL-u, Jerzy Kłoczowski, był donosicielem bezpieki, a już różowo-czerwony Salon obsypał delikwenta hołdami i laurami (m. in. nagroda Pen-Clubu, notabene zawsze masońskiego aż do wymiotów). Wieloletni i wielokryptonimowy agent bezpieki, Edwin Myszk, założył wydawnictwo Tower Press, które działa coraz efektywniej i ma na koncie sporo bestsellerów. Przykłady mógłbym mnożyć. Żadna praca nie wadzi - mogliby rzec liczni dawni współpracownicy organów.

Papierowa mitologia

Metafizyczność rodzimej lustracji polega również i na tym, że przypomina ona dno statku obrośnięte wodorostami i wszelaką planktonową zgnilizną, obrosła bowiem fałszywą mitologią, pełną cudackich kłamstw rozsiewanych przez antylustratorów. Takim szczególnie często powtarzanym, dyżurnym „kitem" mającym tumanić społeczeństwo, było (i jest) twierdzenie, że SB nagminnie fałszowała dokumenty. Pamiętam jak były salonowy ambasador, red. J. Gugała, zapluwał się w „Wydarzeniach" Polsatu: „Wszyscy wiemy, iż SB sfałszowała mnóstwo «teczek»!". Człowiek miał ochotę zapytać nygusa: „Daj choć jeden przykład, jedną sfałszowaną «teczkę»!". Z tym antylustratorzy mieli duży kłopot - brak choćby jednego dowodu. Aż wreszcie ten jeden znaleźli. Generał Gromosław Czempiński, stary specsłużbista, wyłuszczył w Radiu Zet (audycja poświęcona esbeckim fałszywkom) ów jedyny znaleziony przykład: „sfałszowaną «teczkę»" byłego marszałka Sejmu, Wiesława Chrzanowskiego. Wówczas Chrzanowski poinformował media pisemnie, że w jego „teczce" nie było żadnej fałszywki, a więc pan generał minął się rażąco z prawdą, vulgo: wyssał informację ze swego palca. „Gazeta Wyborcza" odmówiła druku tego sprostowania, tak było ono kompromitujące dla michnikowców.

Inną bzdurą, którą namolnie próbowano ludziom wmówić, było twierdzenie, że „lista Wildsteina" jest bezużyteczna, gdyż funkcjonariusze SB, konfidenci SB i kandydaci na konfidentów są tam przemieszani ze znaczną liczbą ofiar SB, czyli „pokrzywdzonych". Nie pomogły publiczne sprostowania ekspertów (jak prof. Paczkowski z IPN), że «pokrzywdzeni» znajdują się w innych bazach danych", a na wspomnianej liście ktoś „pokrzywdzony" mógłby się znaleźć wyłącznie przez pomyłkę archiwistów. Dalej klepano to samo kłamstwo, by uczynić z listy rejestr bezużyteczny.

Zdemaskowanie mnicha TW „Hejnała" (Hejmo) pozwoliło i kapłanom rodzimym rozsiewać lustracyjną mitologię - mitologię „oczyszczonego Watykanu". Tymczasem w dokumentach IPN są informacje o co najmniej czterech innych agentach wywiadu PRL działających w bezpośrednim otoczeniu Jana Pawła II. Dziwi mnie, że nadwiślańscy komentatorzy przeoczyli lub zlekceważyli rewelacyjne anonimowe wyznanie emerytowanego oficera SB dla „Newsweeka". Gdy prof. Kieres poinformował opinię publiczną, że zdemaskowano jako kapusia prominentną figurę z Watykanu, ale chwilowo nie podał jej nazwiska - grono oficerów SB zadrżało ze strachu: „Cholera, wiedzą!..." Gdy tydzień później przymuszony Kieres wykrztusił wreszcie nazwisko („Ojca Hejmo") - ci sami funkcjonariusze odetchnęli z ulgą: „Ach, to tylko Hejmo!". Bali się, że IPN wykrył tego o randze dużo, dużo wyższej, z samego szczytu.

Fałszywą mitologię lustracyjną rozpowszechnia także pewien mój znajomy, który twierdzi: „Świnie łatwo rozpoznać. Każdy, kto w jakikolwiek sposób krytykuje i zwalcza lustrację - ma nieczyste sumienie, musiał być umoczony, musiał w jakiś sposób współpracować z bezpieką". Dlaczego twierdzę, że ta tycząca antylustratorów diagnoza jest fałszywa, mimo że sprawdziła się już wiele razy? Dlatego, że prócz hipokryzji i nikczemnego sprytu - istnieje również głupota typu „bezmózgowie salonowe", i to ona może być przyczyną.
http://www.lysiak.wxv.pl/topics70/219.htm?sid=2e59557314ece81248fe7393d0a776fa
Ostatnia aktualizacja: wtorek, 02 grudnia 2008 11:28

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.