Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Poufne (12)

Życie pod Platformą

Pamięć ludzka jest zawodna, potrafi jednak zarejestrować obrazy, które towarzyszą człowiekowi do końca życia. Zgodzi się z tym każdy, kto choć raz stał się ofiarą brutalnej napaści, bądź poznał smak historii w latach rozkwitu dwudziestowiecznych totalitaryzmów, takich choćby, jak wprowadzony przez komunistów przed ćwierćwieczem stan wojenny. Czasami chciałoby się zapomnieć, ale pewne sceny wracają jak niedobry sen.

Policyjne déjà vu

Próbowałem wymazać z pamięci noc z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Nie udało się! Mam ciągle w uszach dźwięk dzwonka, łomotanie do drzwi, płacz córki. Widzę rozbiegane oczy wkraczających funkcjonariuszy milicji i SB, czuję ich cuchnące alkoholem oddechy i uderzenia pięścią w klatkę piersiową. Na nic zdały się protesty. Zatkali mi usta, wynieśli z mieszkania, wrzucili do suki, zawieźli do ponurego więzienia i pozostawili w zamknięciu przez blisko dwanaście miesięcy bez procesu i sądu. To właśnie wtedy, w zakładzie karnym w Iławie, zetknąłem się z Antonim Macierewiczem. Nic dziwnego, że sceny te dopadły mnie wraz z wieścią o tym, co spotkało moich kolegów z Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI, Leszka Pietrzaka i Piotra Bączka.

13 maja o godz. 6:00 do ich mieszkań wkroczyli umundurowani i uzbrojeni funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Na podstawie nakazów wydanych przez Prokuraturę Krajową dokonali przeszukań zajmowanych przez nich pomieszczeń. Pietrzakowi uniemożliwiono skorzystanie z prawa przywołania świadka, zakazano opuszczenia wynajmowanego w Warszawie mieszkania i pozbawiono go telefonu komórkowego. Przeszukano również rzeczy jego dwunastoletniej córki. Zatrzymano laptop, którego używał Pietrzak, nośniki elektroniczne a także wiele dokumentów bankowych oraz odręcznych zapisków. Podczas przeszukania lubelskiego mieszkania Pietrzaka zarekwirowano kopie odtajnionych dokumentów z archiwów IPN wykorzystywane do pracy naukowo-badawczej (w tym materiały dotyczące zbrodni stalinowskich i kwestionariusze osobowe członków AK oraz WiN). Piotrowi Bączkowi pozwolono przywołać świadka, uniemożliwiono natomiast przygotowanie reportażu ekipie Telewizji Polskiej, która przybyła niespodziewanie do jego domu w Konarach. Ponieważ wezwani funkcjonariusze policji nie chcieli interweniować, przywołano posiłki ABW. Z relacji dziennikarza TVP Filipa Rdesińskiego wynika, że potraktowano go niezwykle brutalnie. Zabrano mu kamerę i przeprowadzono osobistą rewizję. Nie obyło się bez obmacywania intymnych części ciała.

Żadnemu z przeszukiwanych członków komisji nie przedstawiono konkretnych zarzutów. Obaj występują w charakterze świadków. Wszystko odbyło się pod pretekstem śledztwa wobec byłego funkcjonariusza peerelowskiej WSW Aleksandra Lichockiego oraz dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego, którzy rzekomo mieli pośredniczyć w załatwianiu pozytywnej weryfikacji pracowników WSI za korzyści majątkowe, tudzież oferować dziennikarzom Agory sprzedaż „Aneksu do Raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI”.

Trudno tu nie pomyśleć o analogii z metodami sprzed ćwierćwiecza. Wprowadzając bezprawnie stan wojenny władze komunistyczne kierowały się zasadą brutalnej prewencji. Służba Bezpieczeństwa przeszukiwała mieszkania rozpoznanych przeciwników systemu i aresztowała ich nie dlatego, że uczynili coś niezgodnego z ówczesnym prawem, ale że mogli coś takiego uczynić. Zdaje się, że do przywódców Platformy Obywatelskiej nie dotarło jeszcze to, iż pod ich rządami funkcjonariusze ABW wkraczają do mieszkań członków Komisji Weryfikacyjnej w oparciu o tę samą zasadę. Rzecz nie do pomyślenia w praworządnym państwie.

Kłopoty z paragrafem

Coś jednak zmieniło się od czasów, gdy przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości mawiali „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. W uzasadnieniu decyzji o przeszukaniu mieszkania Pietrzaka prokuratorzy Jolanta Mamej i Andrzej Michalski żądają „wydania rzeczy mogących stanowić dowód” w sprawie przeciwko innym osobom. Swej wiedzy nie czerpią jednak z wiarygodnych źródeł i opierają się głównie na medialnych, prowokatorskich plotkach. W kręgu Komisji Weryfikacyjnej liczono się z podobnym rozwojem wydarzeń. O tym, że stanowiły one element strategii przyjętej przez obrońców układu związanego z komunistycznymi służbami, mogły świadczyć wcześniejsze rewelacje prasowe. Niektórzy dziennikarze w swojej naiwności dali wiarę krążącym od jesieni plotkom o rzekomym handlowaniu „Aneksem do Raportu”, nielegalnym kopiowaniu akt i wynoszeniu z archiwum SKW ściśle tajnych dokumentów. 28 kwietnia b.r. „Dziennik” opublikował artykuł Anny Marszałek, Michała Majewskiego i Pawła Reszki pod znamiennym tytułem „Tak handlowano aneksem Macierewicza”, w którym po raz pierwszy padło nazwisko Leszka Pietrzaka, członka Komisji i zarazem autora kilku artykułów, którymi oficerowie WSI mogli poczuć się osobiście dotknięci. Na znajomość z nim miał się właśnie rzekomo powoływać pułkownik Wojskowej Służby Wewnętrznej, Aleksander Lichocki. Ów przeszkolony w Moskwie wysoki funkcjonariusz komunistycznego kontrwywiadu oferował podobno dziennikarzom sprzedaż „Aneksu do Raportu” a niektórym pracownikom WSI pozytywną weryfikację. Wszystko, oczywiście, w zamian za korzyści majątkowe.

Pomimo iż oferta ta od początku wyglądała podejrzanie, a plotka uderzała w dobre imię Pietrzaka, część mediów powielała ją bezkrytycznie, Lichockiego traktowała zaś jak osobę związaną z Komisją. Całe szczęście, że tylko część. Po akcji ABW nie zabrakło rzeczowych komentarzy i głosów oburzenia. Panu premierowi coraz trudniej więc będzie przekonać opinię publiczną, że to, co się dzieje, jest pokłosiem porządków Antoniego Macierewicza.


Pytanie na wyrost

Gdyby sprawę wyrwać z kontekstu poprzedzających ją wydarzeń, mogłaby się wydać zwykłym błędem Prokuratury Krajowej, która w trosce o bezpieczeństwo państwa zdecydowała się firmować brudną akcję wymierzoną w legalny organ państwowy. Fakty mówią jednak coś więcej. Jak podkreślił w swoim oświadczeniu Przewodniczący Komisji Weryfikacyjnej, Jan Olszewski, jej członkowie byli od początku „przedmiotem szykan i prowokacji ze strony środowisk, których interesom zagroziła likwidacja WSI”. Od momentu przejęcia władzy przez Platformę Obywatelską trwa proces utrudniania, a w wielu przypadkach uniemożliwiania pracy Komisji przez organa wyznaczone do sprawowania opieki i nadzoru nad jej działalnością bądź powołane do strzeżenia praworządności. Skrupulatnie realizują go władze SKW zwalniając bądź odwołując oddelegowanych do niej pracowników, czy też pozbawiając ich certyfikatów bezpieczeństwa. W chwili obecnej prawo dostępu do materiałów ściśle tajnych posiada niespełna cztery piąte członków Komisji. Brak odpowiedniego oprogramowania nadal uniemożliwia bezpieczne wprowadzanie informacji niejawnych do systemu komputerowego. Mała liczba zweryfikowanych jest głównie wynikiem tych właśnie represyjnych działań.

Po raz któryś z rzędu wypadałoby zapytać, komu w aparacie państwowym zależy na blokowaniu procesu weryfikacji. Dziś może się to wydać czystą retoryką, przyjdzie jednak czas, że i na to pytanie polscy wyborcy zażądają jasnej odpowiedzi.


 

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.