Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Gdańsk potrzebuje Herkulesa

Stan diecezji gdańskiej jest tragiczny nie tylko finansowo. Jeszcze ważniejsza jest jej sytuacja moralna. W stolicy ruchu „Solidarności” nie zrobiono nic, żeby odsunąć od urzędów księży najbardziej skompromitowanych współpracą ze Służbą Bezpieczeństwa.

Z okazji odejścia na emeryturę arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego i nominacji na jego miejsce arcybiskupa Sławoja Leszka Głódzia doszło do wyjątkowego skandalu, gdy Lech Wałęsa brutalnie obraził zarówno nominanta, jak i tego, który decyzję podjął, czyli Benedykta XVI. Za Wałęsą ruszyła do ataku reszta „areopagitów” z gdańskiego półpolitycznego, półartystycznego półświatka, wystraszonych przyjazdem człowieka, któremu towarzyszy opinia, że gdy ma do czynienia z bagien, to nie zajmuje się jego lakierowaniem, tylko je oczyszcza.
Po pary dniach, gdy stało się jasne, że histeria „gdańskówka” (czy „gdańszczynka”) nie odniesie żadnego skutku, rzucono się szyć nowemu pasterzowi buty, ale tak skrojone, żeby były jak kajdanki – żeby nie można było się w nich ruszyć z miejsca. We wszelkich mediach rozgłaszano, jakim to rzekomo abp Gocłowski był nadzwyczajnym gospodarzem, intelektualistą, a nawet politykiem. Abp Głódź ma więc tylko jedno zadanie, niczego nie zmieniać, a tylko próbować ze czcią naśladować.
Ten krzyk i wymagania stawia się, gdy wszyscy wiedzą, że sławiony pod niebiosa dorobek abpa Gocłowskiego to tylko tandetna maskarada jego tragicznych błędów. W tym samym czasie, gdy Benedykt XVI, podczas pielgrzymki do Ameryki, uroczyście przeprasza w za grzechy tamtejszych hierarchów, w Gdańsku zamazuje się czyny i słowa, aby tylko nie poruszone bajoro mogło gnić nadal.
Stan diecezji gdańskiej jest tragiczny nie tylko finansowo. Jeszcze ważniejsza jest jej sytuacja moralna. W stolicy ruchu „Solidarności” nie zrobiono nic, żeby odsunąć od urzędów księży najbardziej skompromitowanych współpracą ze Służbą Bezpieczeństwa. Prawdziwym symbolem stanu diecezji nie jest żaden Areopag, a kariery takich księży, jak b. kapelan ks. abpa ksiądz Zbigniew Bryk, ks. Stanisław Dułak, ks. Jerzy Kuhnbaum - zwany Kargulem (t.w. SB pseudonim "Julian") czy ks. Władysław Matys (również t.w.). To właśnie ci najbliżsi współpracownicy abpa Gocłowskiego doprowadzili swoją działalnością do tego, że, jak pisała "Rzeczpospolita" z 10 czerwca 2007 roku, w protokołach milicyjnych z roku 1984 znalazło się takie zdanie o członku gangu samochodowego: „rozprowadzał je także poprzez swoje szerokie kontakty z księżmi jak np. ks. Kargul, biskup Gocłowski i inni”.
Co ma do powiedzenia na ten temat abp? „Trudno mi się wypowiadać; nie znałem za życia, nie widziałem pana „Nikosia”. Nic na ten temat nie wiem” - odpowiada. Abp broni się, że osobiście nie znał szefa gangu – Nikodema Skotarczaka. Ale przecież wiele o nim słyszał. Musiał słyszeć tak wiele dobrego i z ust tak zaufanych, że gdy „Nikoś” został zastrzelony, specjalną decyzją abpa msza pogrzebowa została odprawiona w katedrze oliwskiej, a ceremonię odprawiał jego bliski współpracownik.
Abp twierdzi, że „nie docierały do niego żadne informacje, by księża prowadzili nielegalne interesy z "Nikosiem"”. Trudno w to uwierzyć i chciałoby się, żeby ks. abp zdobył się nie tylko na więcej szczerości, ale i na przeproszenie diecezjan. Takie głębokie przeprosiny naprawdę się im należą. Bo chodzi nie tylko o współpracę bliskich abpowi księży z gangiem samochodowym.
Jeszcze bardziej kompromitującą sprawą jest współpraca licznych księży diecezji ze Służbą Bezpieczeństwa.
Wśród licznych przykładów sprzeniewierzenia się księży diecezjalnych wierności wobec Kościoła i narodu, szczególnie groźnym przypadkiem jest ich związek z kiedyś bodajże najwybitniejszym agentem wydziału IV („kościelnego”) SB – Edwinem Myszkiem (którego poznałem, gdy w latach 1978-1979 rozpracowywał gdańskie Wolne Związki Zawodowe). Znany blogger „Gdańszczanin” podaje: „w latach 87-88 Skotarczak wraz z agentem SB Edwinem Myszkiem ( obecnie Tower Press) drukował książki drugiego obiegu. Edwin Myszk wylądował potem w znanym wydawnictwie Stella Maris przy biskupie Gocłowskim a Nikoś zajął się gangsterką na wielką skalę.”
Oto istota błędów abpa. Księża współpracują z SB i jej agentami, zostają wciągnięci do współpracy z przestępcami, a następnie wciągają ich do współpracy w instytucjach Kościoła. Mimo ujawnienia części tych powiązań, abp nigdy nie traktował ich, jako koniecznych do wyjaśnienia i przecięcia. To dlatego mogły być one kontynuowane już po roku 1989, aż w końcu doprowadziły do tzw. afery „Stella Maris”, która okryła wstydem całą diecezję. Mimo, że przez swoje zaniechania abp doprowadził powierzoną sobie diecezję do bankructwa, nigdy nie zdobył się na stanięcie z prawdą oko w oko.
Na koniec słowo o roli, która przyniosła abpowi sławę ogólnopolską – rolę „kościelnej nogi” przy „okrągłym stole”. Była to rola, którą abp odegrał na szkodę dobra wspólnego. Zasiąść w roli rzekomej przyzwoitki obok ks. Orszulika, to nie jest tytuł do chwały. Przeciwnie. Pozostaje pytanie, czy abp został do niej przymuszony? Miejmy nadzieję, że w spokoju emerytury abp znajdzie wreszcie okazję do szczerości.
 

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.