Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Poufne (9)

Zombie z WSI

Wśród popularnych cytatów chętnie przywoływanych przy różnych okazjach przez publicystów amerykańskich jest kilka zdań, które miał podobno wypowiedzieć Abraham Lincoln w czasie przemówienia wygłoszonego w 1858 roku w Clinton w stanie Illinois. Przetrwały one w takiej postaci: „Jeśli ktoś raz zawiódł zaufanie współobywateli, może nigdy nie odzyskać ich szacunku i uznania. Jest prawdą, że można oszukiwać wielu ludzi przez jakiś czas, a niektórych przez cały czas, ale nie można oszukiwać przez cały czas narodu.” Nie ma przekonującego dowodu, że autorem tej wypowiedzi był późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych, istotne wszakże pozostaje nie to, kto ją wyartykułował, ale zawarta w niej optymistyczna treść. Stoi za nią przekonanie, iż świat, w którym żyjemy, nie może być światem totalnego kłamstwa, a nie może nim być choćby dlatego, że oszustwo jest rozpoznawalne tylko w kontekście faktów uznawanych za prawdziwe.

Optymizm ma tu wszakże swoją ciemną stronę, ponieważ prawdomówność najłatwiej jest zdefiniować na tle czegoś, co nią nie jest, a co wydaje się równie wszechobecne: w codziennym życiu, w mediach, w polityce. Tyle że w odniesieniu do komunikacji medialnej analitycy rzadko kiedy posługują się słowami typu „kłamstwo” czy „oszustwo”. Z reguły mówią o propagandzie, indoktrynacji, perswazji, czasami o manipulacji, sądząc najwidoczniej, iż samo użycie tych terminów wystarczy za odpowiedź na pytanie: jak to się dzieje, że można oszukiwać kogoś przez cały czas.


Propaganda jak pornografia

Amerykanie porównują czasami propagandę do pornografii: jest trudna do zdefiniowania ale łatwo daje się rozpoznać już na pierwszy rzut oka. Mam co do tego podobieństwa pewne wątpliwości, jako że podejmowanie akcji i wyrażanie opinii w taki sposób, by wpływały one na działalność i opinie innych, może przybierać niekiedy subtelną, prawie niezauważalną postać. Gdy przypatruję się formom propagandy uprawianej przez niektórych polskich dziennikarzy i niektóre osobistości polskiego życia politycznego, porównanie z pornografią wydaje mi się wszakże niezwykle trafne.

Weźmy choćby głośną ostatnio aferę medialną. 28 marca „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł pt. „Nasze nowe tajne służby ujawniły się w internecie”. Temat zgodnie z wymogami dobrej propagandy – chwytliwy, komuż bowiem nie leży na sercu sprawa bezpieczeństwa narodowego, a tu nagle sześciu oficerów Służby Kontrwywiadu Wojskowego pełniących misję w Afganistanie publikuje swoje zdjęcia w portalu Nasza-klasa. Co prawda, zarówno w rzeczonej publikacji jak i w przekazach medialnych, które jej towarzyszyły przyznawano, iż podpisy pod zdjęciami z internetu nic nie mówiły o przynależności żołnierzy do SKW (w gazecie zastąpiono nazwiska inicjałami a twarze na zdjęciach rozmazano), ale już sam fakt, że oficerowie ci pozwolili sobie na ich opublikowanie, mógł wielu czytelnikom i telewidzom, wydać się naganny. Przeciwko zamieszczaniu zdjęć i nazwisk żołnierzy w portalu przemawiało to, iż utajnieniu podlegają w SKW jedynie struktury organizacyjne i funkcje (w szczególności funkcje związane z działalnością operacyjną), natomiast sam fakt zatrudnienia w służbie nie jest obwarowany specjalną klauzulą. Jakiś pracownik banku, czy zakładu opieki zdrowotnej, mógłby więc zestawić dane zawarte w publikacji internetowej z dokumentami, do których miał dostęp. Kąsek ten stał się najwidoczniej na tyle łakomy dla przeciwników struktur zbudowanych pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, że uznali, iż warto poszukać winnego poza kręgiem sprawców. O wybór negatywnego symbolu nie było trudno; musiał paść na likwidatora WSI, pierwszego szefa SKW, Antoniego Macierewicza.


Macierewicz ofiarny

Nad portretem likwidatora WSI postkomunistyczna propaganda pracowała przez lata przekonując Polaków, że to człowiek zapalczywy i nieodpowiedzialny. Już w 1992 roku próbowano go obarczyć odpowiedzialnością za ujawnienie zasobów archiwalnych komunistycznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, nie zważając, że obowiązek przygotowania i podania do wiadomości listy posłów, senatorów, przedstawicieli rządu i Kancelarii Prezydenta, którzy w ewidencji Służby Bezpieczeństwa odnotowani zostali jako jej współpracownicy, wynikał z uchwały lustracyjnej Sejmu.

Tym razem komentatorzy z kręgów PO i SLD zaczęli winić Macierewicza za dekonspirację służb. „Problem ma na imię Antoni, a nazwisko Macierewicz” – ironizował przed kamerami telewizyjnymi Paweł Graś. Wtórowali mu bohaterowie „Raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI”, ostatni szef zlikwidowanych służb, Marek Dukaczewski i były minister obrony narodowej, Bronisław Komorowski, a także b. wiceminister resortu, Janusz Zemke. A przecież panowie ci nie mogli nie wiedzieć, że przepisy regulujące kwestie tajności pewnych danych związanych z pracą w SKW, nie zostały wymyślone przez Antoniego Macierewicza. Wynikają one po prostu z Ustawy o ochronie informacji niejawnych z dnia 22 stycznia 1999 roku. Podobne przepisy obowiązują w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i w kilku innych instytucjach wymienionych w punkcie 16 załącznika nr 1 do ustawy. Jak na ironię, w programie „Wydarzenia” telewizja Polsat przyznała, iż spośród sześciu oficerów którzy opublikowali swoje zdjęcia w internecie, „tylko jeden pochodzi z naboru Macierewicza, reszta to zweryfikowani żołnierze WSI”.

Polacy zorientowani w obowiązujących regulacjach prawnych mogli naocznie przekonać się, że Marszałek Sejmu RP i niektórzy posłowie świadomie dezinformują opinię publiczną, bo trudno posądzać ich o kompletną ignorancję. Medialna bomba okazała się więc niewypałem kompromitującym kilku polityków partii rządzącej, ale to, że próbowano ją odpalić, nosiło wszelkie znamiona czynu przestępczego. Jeszcze tego samego wieczoru (28 marca) Fakty TVN24 podały do wiadomości, że publikacja gazety „została wstrzymana 24 godziny. W tym czasie Ministerstwo Obrony zdążyło wycofać feralne zdjęcia z portalu.” Innymi słowy: ministerstwo stało się mimowolnym bądź świadomym uczestnikiem swego rodzaju medialnego spisku. I znowu – jak na ironię – w cztery dni później minister obrony zrobił coś, co daje wiele do myślenia: wydał zarządzenie o publikowaniu oświadczeń majątkowych przez żołnierzy WP, te zaś obejmują informacje dekonspirujące żołnierzy SKW w stopniu o wiele większym, niż czyniły to przepisy wynikające z ustawy o ochronie informacji niejawnych.

Już sam fakt, że jednym z autorów artykułu z „Gazety Wyborczej” był Wojciech Czuchnowski, dziennikarz znany skądinąd z braku rzetelności i z zapamiętałej obrony postkomunistycznego układu w służbach specjalnych, powinien przestrzec posłów i przedstawicieli administracji państwowej przed możliwością wpadki, tym bardziej iż z artykułu wynikało jasno, że to nie „służby ujawniły się”, lecz gazeta ujawnia służby i, co gorsza, swą wiedzę czerpie z niejawnych, podejrzanych źródeł. Nie zrobiono nic, żeby tej wpadce zapobiec sądząc zapewne, że sprawa ujdzie uwadze prokuratury. Problem w tym, iż nawet gdyby tak się stało, znajdą się świadkowie, którzy o niej przypomną.


Niewidzialni udziałowcy

Sytuacja przypomina trochę grę na giełdzie. Do nabycia są akcje firmy o nazwie Służba Kontrwywiadu Wojskowego z kapitałem wniesionym przez jej założycieli ale też odziedziczonym w części po zbankrutowanych Wojskowych Służbach Informacyjnych. Są inwestorzy, którzy na powstaniu tej firmy zyskali, są osoby i grupy, które straciły i są tacy, co mogą zyskać lub stracić. Większość osób komentujących opisane wydarzenie była w jakimś sensie zaangażowana w grę i przy etycznej ocenie ich stanowisk należałoby ten fakt uwzględnić. Oprócz postaci pojawiających się na ekranach telewizorów i komputerów istotne role odgrywają jednak w takich sytuacjach niewidzialni udziałowcy, znacznie potężniejsi niż odtwórcy ról z przygotowanego scenariusza.

Za materiał dowodowy niech posłuży tym razem książka „Comrade J”, wydana w Stanach Zjednoczonych w końcu ubiegłego roku nakładem G. P. Putnam’s Sons. Jej autorem jest Pete Earley, znany reporter, który w ostatnich miesiącach zajął się spisaniem relacji podwójnego agenta, oficera SWR (Służba Wniesznoj Razwiedki) pracującego w latach 1995-2000 w Stałej Misji Rosyjskiej przy Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku. Na stronach 233-235 książki pułkownik Sergiej Tretiakow relacjonuje historię pewnego polskiego dyplomaty, który rozpoczął karierę w czasach PRL i kontynuował ją w III Rzeczypospolitej, pozostając jednocześnie agentem służb rosyjskich, działającym pod pseudonimem Profesor. Według Tretiakowa był to agent niezwykle zasłużony dla rezydentury rosyjskiego wywiadu w Nowym Jorku, „wychowany w Polsce w czasach komunizmu i ciągle posiadający silne poczucie lojalności wobec Rosji”. Na tyle zasłużony, że szef rezydentury zapragnął poznać go osobiście podczas jednego z dyplomatycznych przyjęć. Profesor miał już wtedy wracać do Polski, a że był w wieku przedemerytalnym, służby rosyjskie postanowiły mu podziękować i życzyć zasłużonego odpoczynku w kraju. Ku zaskoczeniu Tretiakowa, z centrali nadeszła po pewnym czasie wiadomość, że Profesor wcale nie zakończył kariery, lecz kontynuuje ją nadal w Urzędzie Ochrony Państwa na stanowisku zastępcy szefa jednego z wydziałów. „Świat składa się z paradoksów” – konstatuje Tretiakow. „Z jednej strony [Profesor] pracował przeciwko Rosji, jeśli Polska wymagała tego od niego. Z drugiej strony, zbierał informacje dla Rosji przeciwko Stanom Zjednoczonym i krajom Europy, ponieważ chciał pomóc Rosji.”

Ot i cała dialektyka: sojusznicy Polski nie odzyskają pełnego zaufania do naszego kraju, dokąd na newralgicznych stanowiskach będą zatrudniani ludzie pracujący wcześniej dla reżimu komunistycznego. Obsadzanie nimi posad w resorcie obrony, w Ministerstwie Spraw Zagranicznych tudzież w innych kluczowych sektorach administracji państwowej, w bankowości, w mediach i w ważnych gałęziach przemysłu leży przede wszystkim w interesie rosyjskim. Dawne więzi lojalności bardzo łatwo jest ożywić i niekoniecznie trzeba używać w tym celu szantażu. Powiedzenie „stara miłość nie rdzewieje” byłoby tu całkiem na miejscu. Należy przy tym pamiętać, że w służbach wojskowych sprawy musiały wyglądać znacznie gorzej niż w służbach cywilnych. Do pracy w Urzędzie Ochrony Państwa przyjęto w roku 1990 tylko około 4,5 tysiąca pozytywnie zweryfikowanych spośród 24 tysięcy ogólnego stanu funkcjonariuszy SB. Wojskowe Służby Informacyjne nie przeszły żadnej weryfikacji. Przejęły po Zarządzie II Sztabu Generalnego LWP i Wojskowej Służbie Wewnętrznej prawie wszystkie kadrowe zasoby. Mówienie dziś o doświadczeniu tych ludzi, tudzież o innych przewagach brzmi po prostu żałośnie i sprawia, że polityk używający takich argumentów traci wiarygodność.


Cena naiwności

Na co liczą autorzy prowokacji podrzucający „Gazecie Wyborczej” informacje, które od chwili przejęcia władzy przez koalicję PO-PSL regularnie wyciekają z SKW? Czy chodzi o powrót do postkomunistycznych układów umożliwiających penetrację polskich służb specjalnych przez spadkobierców GRU i KGB? Na to bym na ich miejscu nie liczył. Zbyt wiele spraw kompromitujących rozwiązane służby przestało być tajemnicą, a dużo więcej czeka jeszcze na ujawnienie.

To, czego ostatnio jesteśmy świadkami, nie uderza w opozycję, lecz w interesy Polski. Tu nie chodzi o przegraną PiS-u. Rzecz w tym, iż rządząca koalicja wcale na wspomnianych prowokacjach nie zyskała. Zarówno niedawne próby zdyskredytowania Komisji Weryfikacyjnej jak i medialne hece wokół zdjęć umieszczonych w portalu Nasza-klasa skończyły się ośmieszeniem obrońców postkomunistycznego porządku. Powinno to stać się przestrogą przede wszystkim dla PO, gdyż do akronimu stanowiącego nazwę ugrupowania łatwo może przylgnąć nazwa „Partia Oszustów”. Niektórzy politycy Platformy zapomnieli prawdopodobnie, że elektorat, który wyniósł ich na stanowiska, musiał w przeszłości często wybierać pomiędzy złym a gorszym. W swojej naiwności uznali najwidoczniej, że sondażowe 60% poparcia dla ich partii stwarza możliwość manipulowania umysłami sześćdziesięciu procent Polaków. Jeśli rzeczywiście obliczają dziś swoje szanse na podstawie takiej kalkulacji, polecam im przywołany na wstępie apokryficzny cytat z Lincolna. Z drobną korektą: Można oszukiwać przez jakiś czas 60% wyborców. Można oszukiwać przez cały czas pewną liczbę zagorzałych zwolenników. Nie można jednak oszukiwać przez cały czas narodu.
 

Więcej z tej kategorii: « Poufne (10) Poufne (8) »

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.