5 kwietnia

40 lat minęło a kłamstwo wciąż trwa

Pochwaleni niech będą ornamentatorzy

ozdabiacze i sztukatorzy

twórcy aniołków fruwających

sztukatorów co najlepszych wezwali

         całą noc sztukatorzy malowali

         nawet plecy tych co siedzą z tamtej strony

                                           na różowo

Ornamentatorzy - Zbigniew Herbert

          Jeszcze nawet po formalnym upadku komunizmu w 1989 roku przez długie lata trwałem w błędnym przekonaniu, że dla dobra mitu solidarnościowego nie powinienem ujawniać swojej wiedzy o ludziach i wydarzeniach z historii „Solidarności”, szczególnie jej okresu „bohaterskiego”, czyli okresu od Sierpnia’80 do 13 grudnia 1981. Już dawno przekonałem się, że nie miałem racji ukrywając kompromitujące fakty, ponieważ solidarnościowi oportuniści i tchórze a nawet zdrajcy, wspomagani przez tych historyków, których za Zbigniewem Herbertem należy nazywać ornamentatorami, zdominowali opis ruchu i duża część polskiej opinii publicznej pozostaje w fałszywej świadomości.

          Żałując swojej niewczesnej powściągliwości zdecydowałem się na zmianę stanowiska pod wpływem listu elektronicznego informującego, że grupa dziennikarzy Tygodnika Solidarność z roku 1981 zorganizowała obchody z okazji 40-lecia wydania pierwszego numeru. Na niespełna dwa tygodnie przed uroczystością dowiedziałem się, że organizatorzy, nie mogąc uzyskać ze mną kontaktu, zamknęli już przygotowania do imprezy uniemożliwiając mi nawet zabranie głosu w jej trakcie. To bardzo charakterystyczny manewr tych ornamentatorów ze stadka wychodowanego przez Tadeusza Mazowieckiego, którzy od lat fałszują nie tylko historię pisma z roku 1981, ale również z okresu jego reaktywacji w roku 1989.

W „Tysolu” byłem od lutego 1981 roku, a od czwartego Numeru aż do stanu wojennego pełniłem funkcję sekretarza redakcji. Przez cały ten czas miałem poczucie poważnej różnicy pomiędzy duchem Związku, a mentalnością większości redakcyjnej. Wówczas, wierząc w ich dobrą wolę, tłumaczyłem ją ich niedojrzałością polityczną, ale dzisiaj, po kilkudziesięciu latach obserwacji ich zachowań w trakcie wielokrotnych zmian politycznych w kraju, muszę orzec, że stale dowodzili swego postkomunistycznego koniukturalizmu w stylu opozycji „Totalnej” oraz masowej dezinformacji forsowanej przez „Gazetę Wyborczą”, TVN czy Onet.

          Wiedziałem to, a jednak robienie uroczystości i konferencji mającej sprawić wrażenie naukowej – uznaję za publiczny skandal. Skład personalny opisany w zapowiedzi obchodów z góry uniemożliwiał przygotowanie i przeprowadzenie konferencji z prawdziwego zdarzenia, która ujawniłaby wreszcie przynajmniej główne wymiary powstania i działalności „Tygodnika Solidarność” z 1981 roku. Oznacza to, że absolutna większość ówczesnego składu redakcji nie chce opisać, a przeciwnie, pragnie na zawsze ukryć prawdę o swojej działalności i ówczesnych wydarzeniach, które ukształtowały pismo. Przyznaję, że ja również zaniedbałem opisania swojej wiedzy o „TS” i jego ludziach. Po pierwsze, nie jestem historykiem i ciągle miałem nadzieję, że ktoś z odpowiednim warsztatem zajmie się tym ważnym fragmentem historii „Solidarności” tego okresu, a po drugie, miałem przemożną niechęć do babrania się w sprawach napawających mnie żalem, przykrością, a często nawet obrzydzeniem.

          Dlatego i tym razem nie odniósłbym się do kolejnej rocznicy, gdyby nie zdumiewająca bezczelność, z jaką organizatorzy obchodów obnosili się z opisem działalności Tygodnika, który – gdyby go pokazać uczciwie - bynajmniej nie jest podstawą do dumy, bo powinien napawać ich wstydem. Dzisiaj również nie mam ochoty, ani możliwości, żeby poświęcić więcej niż parę godzin tej sprawie. Paradoksem jest, że mam w tej chwili ważne, pilne zajęcia odnoszące się do spraw, którymi musiałem zupełnie samotnie i bez żadnego wsparcia ze strony Zespołu zajmować się w tamtym czasie, jako sekretarz redakcji, np. prowokacja kielecka z 4 lipca 1946 r.

          W niedzielę wielkanocną przejrzałem nagranie z rocznicowej „konferencji on line”, umieszczonej oczywiście na macierzystej stronie tych sztukatorów i ozdabiaczy tego co kalekie i brzydkie, czyli KOD.

         Zaczął Krzysztof Podemski, socjolog tejże orientacji kodziarskiej. Uznał, że TS kreował nowe elity i wskazał na przyszły rząd Tadeusza Mazowieckiego. Jak przez czarną mgłę przypominam sobie, że na instalowanie tych nowych-starych elit w swoim rządzie Mazowiecki otrzymał zlecenie od „pierwszego niekomunistycznego prezydenta” Jaruzelskiego i na najbliższego współpracownika wybrał sobie „pierwszego niekomunistycznego wicepremiera” Kiszczaka. Inni ludzie Mazowieckiego, m.inn. organizatorzy konferencji, wspierali lokatora „kamienicy resortowej” Bronisława Komorowskiego w dziele urawniłowki elit postkomunistycznych skutkującej zrobienie z Milleraq i Cimoszewicza przedstawicieli polskiej demokracji w Parlamencie Europejskim.

         Kodziarz długo porównywał, zestawiał i ględził, aż wreszcie powiedział to, po co go wynajęto: że obecny „Tysol” to „orientacja neototalitarystyczna”. Czy ktoś z uczestników zbiórki zaprotestował wobec tak bezczelnej propagandy „sowietystycznej” znieważającej nie tylko pismo, ale też jego wydawcę, czyli Związek Solidarność? Nie zauważyłem.

         Po nim mówił historyk Jan Olaszek. Można by go pominąć, ale wspomnę, bo o jego warsztacie świadczy fakt, że mówiąc o artykule Krystyny Kersten o „pogromie kieleckim” nie uwzględnił istnienia cenzury (GUKPPiW), z którą ja musiałem dzień w dzień się zmagać, a w dodatku jego umieszczenie w TS przypisał Andrzejowi Friszke, który nie miał z nim nic wspólnego. Dlatego trzeba w tym miejscu objaśnić sens tego ważnego aktu politycznego, który przeprowadziłem całkowicie samodzielnie.

           – Sprawa organizowanej jesienią 1981 roku przez KGB i antypolskie lobby na Zachodzie antysolidarnościowej kampanii medialno-politycznej.

          Zapalnikiem tej kampanii była antysemicka wypowiedź Mariana Jurczyka, wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, który na niedawno zakończonym Zjeździe Związku kandydował nawet w wyborach na przewodniczącego. W publicznym wystąpieniu w Trzebiatowie, Jurczyk zaatakował władze komunistyczne, czego mu nie miałem za złe, ale powiedział też, że „trzy czwarte rządu stanowią Żydzi, którzy są wrogami narodu polskiego”.

          Obecnie wiem, że Jurczyk wcześniej był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Święty” i pozostawał pod wpływem swego doradcy, również agenta SB, co jednak nawet dzisiaj, przy tej wiedzy go nie usprawiedliwia, ale wówczas uznałem, że konieczna jest natychmiastowa reakcja Związku. Byłem przekonany, że to samo wzburzenie podziela całe kierownictwo „Solidarności” i, że zajmie się tym skandalem w trybie natychmiastowym. Dlatego, 4 listopada 1981 roku, wsiadłem w pociąg i pojechałem do Gdańska przyjrzeć się z bliska posiedzeniu Komisji Krajowej. Podczas pierwszego dnia cierpliwie czekałem aż sprawa pojawi się w porządku obrad, niestety bezskutecznie. Mimo to, nadal pozostawałem w przekonaniu, że przyczyną opóźnienia są tylko powody formalne, wynikające z napiętej sytuacji politycznej – planowanego spotkania „wielkiej trójki”: Wałęsa – prymas Glemp – gen. Jaruzelski.

          Uznałem jednak, że na wszelki wypadek warto wskazać prowadzącemu obrady Krajowej Komisji Porozumiewawczej Wacławowi Sikorze, że sprawa jest pilna i nie można jej odłożyć na później. Napisałem do niego odręczny list, który doręczyłem mu na początku obrad, następnego dnia. Ku mojej satysfakcji okazało się, że KK podjęła sprawę przemówienia Jurczyka z własnej inicjatywy i Marian Jurczyk został poproszony o wyjaśnienia. Zrobił to w sposób typowy dla agentów, czyli tchórzliwie zasłonił się zaleceniem swojego adwokata, który miał „zabronić mu” wszelkich wypowiedzi na ten temat.

          I wtedy ku mojemu zaskoczeniu zdezorientowany Sikora, może uznając, że sprawa ma znaczenie zbyt poważne, by ją przemilczeć i obawiając się, że sprawa w ten sposób utknie, uznał, że zamiast własnego wskazania zebranym na wagę wydarzenia, na jej nie tylko krajowe, ale również międzynarodowe konsekwencje, wygodniej mu będzie zasłonić się odczytaniem mojego listu. Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność”, 4 listopada 1981 roku, z nagrania magnetofonowego dokonanego przeze mnie:

          (Sikora): „Wpłynęło tutaj na ręce, żeby tutaj zakończyć ten temat kolegi Jurczyka już całkiem, wpłynęło zażalenie – nie wiem jak to traktować – Krzysztofa Wyszkowskiego, sekretarza redakcji Tygodnika Solidarność. Ja to może odczytam i państwo zadecydują, czy będziemy do tej sprawy w ogóle się ustosunkowywać. A właściwie to się ustosunkuje najbardziej zainteresowany, uważam, kolega Jurczyk. (Odczytuje:) Telewizja i radio opublikowały fragmenty opinii Mariana Jurczyka o władzach PRL. Uprzejmie proszę Komisję Krajową o ustosunkowanie się do tego fragmentu wypowiedzi, w którym Marian Jurczyk stwierdził, że trzy czwarte  władz polskich stanowią Żydzi, którzy są nieprzyjacielami naszego państwa. Jak można domyślić się z kontekstu, są oni zdrajcami, których należy wieszać. Chciałbym zwrócić uwagę Komisji na fakt, że ta publiczna, skrajnie rasistowska i antysemicka wypowiedź wysokiego i popularnego funkcjonariusza obciąża cały Związek, a nawet cały naród polski, okrywając go hańbą. Jest to najpoważniejszy cios w dobre imię Związku w całej jego historii. W tej sytuacji uważam za pilną konieczność zajęcie przez Komisję Krajową oficjalnego stanowiska. Pozwalam sobie przedstawić Komisji swą prośbę. Podpisał Krzysztof Wyszkowski, sekretarz redakcji Tygodnika Solidarność.”

          (Następnie głos zabrał Marian Jurczyk:) „Chcę państwu powiedzieć tylko jedną, jedną rzecz, że nie padło z moich ust, że będę wieszał komunistów. To jest po prostu nieprawdą. Tego nie powiedziałem. Były mocne słowa i tego się nie wypieram, zresztą państwo mnie znacie: prawo musi być prawem, dla wszystkich ludzi jednakowe. I dla robotnika, i dla dyrektora, i dla po prostu ministra, i dla premiera; nawet dla tego, który ma w tej chwili trójwładzę. Wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy musimy odpowiadać za popełnione po prostu czyny; takie czyny są po prostu popełnione. Ja jeszcze raz podkreślam, nie mam już 25 lat a 47 i polskość, jaka we mnie jest pod żadnym naporem strachu czy propagandy, czy nawet jakichś po prostu obrażeń cielesnych: ja się tego nie przestraszę. Poświęciłem się sprawie i to, co mi sumienie wskazuje, i to, co pragną ludzie pracy, zawsze i wciąż z moich ust, po prostu, to wyjdzie. Taki mam charakter. Trudno. Czuję się Polakiem, nikim więcej innym. Dziękuję bardzo.”

          Zachowanie Jurczyka mnie nie zdziwiło, bo już od Siepnia`80 wiedziałem, że jest co najmniej tchórzem, ale gdy podjęto decyzje o przeprowadzeniu głosowania przez KKP nad wynikającym z mojego listu wnioskiem o zajęciu się wypowiedzią Jurczyka byłem przekonany, że wynik jest oczywisty i Komisja potępi człowieka, który sprowadził wielką szkodę na Solidarność. Jego przebiegiem zostałem już nie tylko bardzo nieprzyjemnie zaskoczony, ale zdruzgotany. Już nawet nie tym, że wniosek odrzucono, ale tym, że rozglądając się po sali zobaczyłem, że ludzie, na których poparcie liczyłem jako oczywistość – Bujak, Wujec, Frasyniuk – prawie schowali głowy pod stołem, żeby nie było widać, że nie głosują za wnioskiem. W tym momencie już nie sam Jurczyk, a wszyscy członkowie KK skompromitowali się jako tchórze.

          Po tej zawstydzającej scenie nastąpiła przerwa na obiad. Ponieważ podczas obrad siedziałem przy drzwiach, więc wszedłem do jadalni jako pierwszy i, wyczuwając niechętną mi atmosferę wśród członków KKP, usiadłem na środkowym krześle wielkiego środkowego stołu. Patrzyłem, jak inne stoły szybko się zapełniały, a mój pozostawał pusty... Czując się coraz bardziej nieswojo zobaczyłem, że w kącie sali zgromadziła się grupka działaczy, którzy nie znaleźli już miejsca przy innych stołach, ale najwidoczniej nie chcieli usiąść obok mnie! Przyznaję, że zalała mnie fala goryczy, bo to ja wymyśliłem ruch Solidarności i ryzykowałem życiem dla jego powstania, a teraz przez wybrańców dziesięciomilionowej rzeszy patriotów, jestem traktowany jak trędowaty lub komunistyczny prowokator.

          Okazało się, że to jeszcze nie był koniec pokazu głupoty tych ludzi. Po dłużącej się chwili zastosowania wobec mnie solidarnego numerus clausus do sali wpadła organizatorka i ostro pokrzykując zagoniła stojących do mojego stołu. Podchodzili ostrożnie, jakby obawiając się zarażenia lub pogryzienia. Pierwszy usiadł, wybierając odważnie miejsce naprzeciw mnie, Frasyniuk. Jedzenie zupy przebiegło w zupełnym milczeniu, ale przy podawaniu drugiego dania Frasyniuk zwrócił się do mnie z pytaniem: „Kim pan jest w waszej redakcji?” Zdziwiony, bo przecież przy odczytywaniu listu odczytano też podpis „sekretarz redakcji Tygodnika Solidarność” powtórzyłem tę informację, ale Frasyniuk nastawał: „A ja słyszałem, że sekretarzem redakcji jest ktoś inny.”

          Dopiero wtedy zrozumiałem o co mu chodzi – najwidoczniej słyszał o Arturze Hajniczu i nie wiedząc, że Mazowiecki już dawno go zdymisjonował, brał mnie za jakiegoś jego duplikanta z tej samej żydokomuny! Popatrzyłem mu długo prosto w oczy i odrzucając „dogadanie się” z młodą nadzieją ruchu solidarnościowego na gruncie „ja nie jestem Żydem” dobitnie powtórzyłem: „Myli się pan, to ja jestem sekretarzem redakcji tygodnika.” W milczeniu dokończyliśmy obiadu i poszedłem na dworzec.

          Byłem rozczarowany zbiorowym brakiem rozumu ogółu komisarzy oraz zastraszającym brakiem honoru tych działaczy, którzy wywodzili się ruchu przedsierpniowego i na codzień stale współpracowali z działaczami pochodzenia żydowskiego, bo oni mieli obowiązek rozumienia, że Jurczyk zachował się jak esbecki prowokator umożliwiający propagandzie komunistycznej przeprowadzenie skutecznej akcji dyfamacyjnej przeciw Solidarności nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Ale w Warszawie czekały mnie następne niespodzianki.

         W redakcji moje samodzielne wystąpienie spotkało się z całkowitym milczeniem mimo, że wydrukował je AS, czyli prowadzona przez Helenę Łuczywo Agencja Solidarności, a Trybuna Ludu ogłosiła mnie antysemitą, bo niby to dlaczego stwierdzenie, że w rządzie są Żydzi uważam za hańbiące? Nikt w Tygodniku mnie wtedy nie poparł, nie mówiąc już o podziękowaniu. Za to odebrałem telefon z Londynu od Eugeniusza Smolara, kierownika sekcji polskiej radia BBC, z ostrzeżeniem, że na Zachodzie rozpoczęła się szeroka antysolidarnościowa kampania medialno-polityczna. Okazało się, że zaprogramowane przez SB wystąpienie Jurczyka stało się zapalnikiem operacji skierowanej nie tylko przeciw „Solidarności”, ale wykorzystującej też stare oskarżenia o rzekomy „narodowy antysemityzm Polaków”.

         Sprawa wymagała natychmiastowej inicjatywy z polskiej strony, a ponieważ w redakcji nie było nikogo z redaktorów naczelnych, a wiedziałem już, że nikt z pozostałych pracowników nie potrafi   mi w tej sprawie w żaden sposób pomóc, zdecydowałem się zwrócić do Adama Kerstena, zawodowego historyka, a wówczas wydawcy „NOWa 2”, z którym już wcześniej współpracowałem.

        Kersten w lot zrozumiał problem i doprosił do naszej rozmowy swoją żonę, Krystynę, znaną historyk, specjalizującą się w najnowszej historii Polski (ta córka katyńczyka Edmunda Goławskiego odegrała tak ważną rolę w historiografii tego okresu, że jej biografia dopomina się opracowania, ale dobrze jest, że nie zabrał się za to jej podopieczny, Andrzej Friszke, który ją po swojemu „posztukatorzył”). Adam polecił Krystynie, żeby natychmiast napisała do najbliższego numeru „TS” artykuł odrzucający utrwaloną od dziesięcioleci, w kraju i za granicą, komunistyczną propagandę o „Polakach, najemnikach Andersa” jako sprawcach mordu Żydów w Kielcach, 4 lipca 1946 roku. Krystyna broniła się, że nie jest przygotowana, nie ma materiałów, nie zdąży ich poszukać, ale Adam powiedział krótko: „Wiesz, jak było, pisz”.

        Po dwóch dniach, pojechałem do Kerstenów po maszynopis, który po pozbawieniu go przez cenzurę jednoznacznego wydźwięku o sowiecko-ubeckim sprawstwie, ukazał się w Tygodniku. W ten sposób przełamany został narzucony przez komunistów 35-letni zakaz poruszania tej sprawy w inny sposób niż ustalony przez Grzegorza Korczyńskiego, osobiście zaprawionego w mordowanie Żydów, którego kompetencje jako śledczego precyzyjnie opisała Zofia Gomułkowa (żona Władysława, sama pochodzenia żydowskiego): „zarzucają mu antysemityzm – jaki on antysemita? Że wybił tych paru Żydów, no a co, Polaków to nie bił?” (Po latach Andrzej Friszke pisał w „Gazecie Wyborczej” o Krystynie Kersten: „To wtedy w "Tygodniku Solidarność" pisała o prawdziwej historii PRL, o pogromie kieleckim, o działalności UB. Odsłaniała obszar dziejów do tej pory przemilczany albo zakłamany.” W charakterystyczny dla siebie sposób przeinaczając sens artykułu Kerstenowej, która w warunkach cenzury (chcąc zmieścić artykuł w gotowym już prawie numerze Tygodnika nie mogłem w negocjacjach z cenzorem Karską zbyt wiele zdziałać w obronie głównej tezy artykułu, czyli jednoznacznego obciążenia sprawstwem mordu połączonych sił UB i NKWD). W ten sposób, dzięki cenzurze i stanowi wojennemu, który uniemożliwił Kerstenom przedstawienia w pełni prawdy (Adam zmarł w 1983 roku), Friszke do dzisiaj używa hasła „pogrom kielecki”.)

        Po Olaszku, co nie wie, że w komunizmie wszystko, co ukazywało się legalnie było zniekształcone cenzurą chroniącą kłamstwa peerelowskiego sowietyzmu, głos zabrał Bartosz Dziewanowski-Stefańczyk. Tu doszło do zakłócenia kadzidlanej atmosfery tej czarnej kodziarskiej mszy.

            Sprawa szokującego opóźnienia w wydawaniu głównego pisma związkowego, nominacji redaktora naczelnego i personalnego składu redakcji

        Omawiając spory Dziewanowskiego z Mazowieckim wnuk zacytował z dziennika swojego dziadka najważniejszą opinię: nieznośną cechą Mazowieckiego było „otaczanie się potakiewiczami”. I takich miażdżących wpisów było tak wiele, że w pełni uzasadniały odrzucenie współpracy z redaktorem-dyktatorem i jego potakiewiczami już w kwietniu 1981 r.

        Od razu mogę zaręczyć, że odmowa podjęcia pracy w Tygodniku przez Dziewanowskiego, twardego antykomunistę, nie wynikała z objęcia funkcji sekretarza przez Artura Hajnicza, dawnego członka młodzieżówki Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (Ozjasz Szechter, Adam Schaff, Julia Brystygierowa), później członka Związku Patriotów Polskich w Moskwie, politruku u Berlinga, a w końcu lat 70-tych współpracownika Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”. Razem z Dziewanowskim współpracowaliśmy z Arturem w latach 80-tych i miałem do niego większe zaufanie niż do wielu moich rówieśnych kolegów z tzw. opozycji. Myślę, że w czasie obchodów z ust Waldemara Kuczyńskiego, ucznia Włodzimierza Brusa, nie padnie wyjaśnienie, dlaczego Hajnicz musiał przestać być sekretarzem redakcji, a były funkcjonariusz UB Wiktor Herer był konsekwentnie drukowany w Tygodniku, mimo wielu protestów. Na przykład takiego jak Wiesława Chrzanowskiego, który gdy poszedłem do niego, namawiać go do podjęcia współpracy z Tygodnikiem, postawił tylko jeden warunek, żeby z grona stałych współpracowników pisma wyeliminować zbrodniarzy stalinowskich. Tego warunku Mazowiecki nie przyjął.

         Jeżeli mówi się o ogólnospołecznych, a nawet narodowych korzyściach z ukazywania się niekomunistycznego pisma w nakładzie 500 tysięcy egzemplarzy, to wyjaśnienia domaga się powód, dla którego Tygodnik ukazał się dopiero po ponad pół roku działalności Związku, zamiast przez cały okres, co przecież samo przez się wskazuje na antyspołeczny, a nawet antynarodowy charakter tego opóźnienia.

         Nie będę tej kwestii rozwijał, wspomnę tylko, że przecież już jesienią 1980 r. Lech Wałęsa ustanowił redaktora naczelnego, który miał jak najszybciej rozpocząć działalność Tygodnika. Był nim Andrzej Micewski. Ten współpracownik Mazowieckiego z „Więzi” był wieloletnim agentem SB pseud. „Michalski” i „Historyk”. Mazowiecki przeforsował go do składu miesięcznika (pomimo sprzeciwu większości członków redakcji podejrzewających Micewskiego o bycie konfidentem), dzięki wsparciu Andrzeja Wielowieyskiego, który w archiwum IPN odnotowany jest jako regularny rozmówca oficera SB. Organizatorzy obchodów 40-lecia „TS” ani przez chwilę nie zastanawiali się, jakim to własnym uwikłaniom Mazowiecki zawdzięcza swoje naczelnictwo i czy wystarczyły dawne zasługi w walce z Kościołem pod nadzorem Franciszka Mazura (enkawudysty z Biura Politycznego PZPR), uwieńczone powołaniem na stanowisko redaktora naczelnego miesięcznika „Więź” przez Jakuba Bermana (już jako skromnego redaktora wydawnictwa „Książka i Wiedza”). Na dzisiaj pozostańmy przy konstatacji, że w dokumentacji SB dotyczącej Tadeusza Mazowieckiego, oznaczanego jako „Boss”, znajduje się takie samo enigmatyczne zdanie, jak w teczce personalnej t.w. „Bolek”: „Dobrze zna metody pracy Służby Bezpieczeństwa”.

         W pełni podzielam opinię Dziewanowskiego, że większość redakcji stanowili „potakiwacze”. Takim oportunistą był na pewno Jan Dworak, który zastępował mnie przez tydzień w roli sekretarza redakcji i chciał nim być dalej, więc musiałem ostrym słowem kazać mu podnieść się z krzesła i opuścić pokój, ku radości moich współpracowniczek: Zyty Oryszyn i Niny Gładziuk. Za tę właściwość w 1989 Mazowiecki zrobił go prezesem TVP. Drugim czołowym nikim był Jarosław Szczepański. W 1981 roku nie mogłem dojść, dlaczego Mazowiecki ściągnął chłopczynę ze śląskiego „Sztandaru Młodych” i pozostawałem w tym nierozumieniu aż do czasu, gdy Jarek zaczął do mnie wydzwaniać jako przewodniczący polskiej loży Żydowskiego Stowarzyszenia B'nai B'rith. Mimo wszystko pozostaje dla mnie zagadką, dzięki jakim to niejawnym zaletom był także doradcą medialnym Bronisława Komorowskiego, a w latach 2007–2008 dyrektorem Biura Prasowego Kancelarii Sejmu RP.

          W odniesieniu do cytowanych tam notatek Dziewanowskiego mam zastrzeżenie tylko do jednej: „Mazowiecki razem z Wyrzykowskim pozbyli się ludzi…”. Myślę, że jest to ślad jakiejś manipulacji Mazowieckiego, który użył mojego nazwiska  (przekręcanie „Wyszkowski” na „Wyrzykowski” towarzyszy mi od  dziecka) by uzasadnić Dziewanowskiemu odmowę przyjęcia do redakcji Blumsztajna z całym kuroniadowo-michnikoidowym oprzyrządowaniem.

                         Przemilczane – wygumkowane

         Na czterdziestolecie niezasłużonej sławy postkomunistyczni ornamentatorzy ozdobili historię owczarni Mazowieckiego dwojgiem ważnych współtwórców Tygodnika, zarejestrowanych jako tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa, reportażystki Małgorzaty Niezabitowskiej i kierownika technicznego Jana Bohuszewicza, ale zrobili to metodą sztukatorów, czyli nie wspominając o ich afiliacji. A szkoda, bo z późniejszych osiągnięć obojga powinni być dumni.

         Pierwsza została rzeczniczką rządu zmontowanego przez Jaruzelskiego, Mazowieckiego i Kiszczaka i wsławiła się atakami na Wałęsę. Oczywiście nie za to, że był płatnym donosicielem SB, o czym wszyscy ci właściciele III RP wiedzieli, ale za nazwanie go „przyspieszaczem z siekierą” oraz za tango, które odtańczyła z Mazowieckim w restauracji w Smoleńsku – symboliczne, bo zaraz po powrocie z Katynia.

         Drugi, pracownik Wojskowych Zakładów Graficznych wskazany Mazowieckiemu przez Stefana Bratkowskiego, wsławił się jako twórca najbardziej znanego plakatu stanu wojennego, z Reaganem celującym z pistoletu i Adenauerem w płaszczu krzyżackim oraz napisami „Z mroków średniowiecza (gotykiem) Krucjata przeciwko Polsce”. Zoologicznego antysemitę udało mi się wyrzucić dopiero po długim sporze z Bohdanem Cywińskim (ten wzór iście papieskiej łagodności na pewno nie wiedział, że Bohuszewicz zorganizował wśród pracowników technicznych i administracyjnych „komórkę” rozpowszechniającą ulotki oskarżające kierownictwo redakcji o zdominowaniu jej składu przez Żydów i wskazujących niektórych dziennikarzy jako „syjonistów” [w esbeckim rozpracowaniu „Walet” też zwracano uwagę na aktywność „syjonistów”]).

                     Odtworzenie Tygodnika w 1989 roku w jego postkomunistycznym kształcie

          W początku obrad Okrągłego Stołu, gdy zacząłem głośno mówić o dokonującej się tam zdradzie naszych przedstawicieli „Solidarności”, mającej na celu ustanowienie Jaruzelskiego prezydentem Polski, Tadeusz Mazowiecki zaprosił mnie do siebie i zaproponował, żebym zajął się redakcją „Tygodnika Solidarność”. („23 lutego, czwartek, K. W. doniósł mi z rana, że został na dzisiaj wieczór zaproszony do mieszkania Mazowera. Zapewne montuje się zespół „TS”. Życzyłem mu powodzenia (zaśmiał się zjadliwie).” – w „Pierwsze podejście” Krzysztofa Czabańskiego). Zapytałem, czy chodzi mu o to, żebym przestał obserwować przebieg tego teatrum, obliczonego na wprowadzenie w błąd społeczeństwa, co do rzeczywistego przebiegu spotkań, które nie były negocjacjami, a uzgodnieniami. Mazowiecki wykręcał się argumentacją, że pilna potrzeba wznowienia Tygodnika wymaga wyłącznego skupienia wszystkich sił. Odpowiedziałem, że odmawiam wzięcia udziału w przedsięwzięciu, którego celem, pod jego kierownictwem, musi być dalsze oszukiwanie społeczeństwa.

          Z notatek Czabańskiego: „15 marca, środa. Według K. W., Komitet Obywatelski dzieli się już wyraźnie na partię wewnętrzną i partię zewnętrzną. Ci z partii wewnętrznej są bardzo nerwowi i przez całe niedzielne zebranie manipulowali wręcz gorączkowo. Pojawił się – kontynuuje K. – z powrotem Modzelewski, który zaraz na początku dyskusji zaproponował głosowanie nad dokumentem popierającym negocjatorów i ich osiągnięcia. Michnik opowiedział anegdotę o Żydzie, który narzeka w bożnicy, że znowu nie wygrał na loterii. Daj mi szansę, mówi Bóg, i kup los. Że to niby ten naród nigdy nie dał szansy Bogu? Odpowiedział mu Woźniakowski anegdotą krakowską: spotyka Józko Kazika i mówi: pożycz mi tysiąc złotych. Nie mam, mówi Kazik, mam tylko pięćset. Dobrze, mówi Józko, daj pięćset i pięćset będziesz mi winien. Po czym Woźniakowski wyszedł. Partia wewnętrzna parła do bezdyskusyjnego przyjęcia linii negocjatorów. Część KO krzyczała, że przecież oni mieli być ekspertami, doradcami, nie jakimś ciałem politycznym (teraz się obudzili! A jak przyjdą miejsca w Senacie, to też chyba nie będą mieli nic przeciw temu?!), część ostrzegała. Np. Bortnowska, żeby uważać, bo możemy zostać powieszeni na gałęziach razem z komunistami, albo Wajda – że serial pt. „Goście Mazowieckiego” w reżyserii Andrzeja Wajdy to nie jest to o co chodzi i nie zainteresuje on telewidzów (podobno na tym ma polegać te pół godziny w telewizji dla „S”). Jednak Michnik, Kuroń i Wałęsa parli do zaakceptowania, no i Mazowiecki, Geremek, oczywiście, także. W trakcie dyskusji okazało się, że samorząd – dupa, stowarzyszenia – dupa, prawo – coś czego nie warto nawet brać, górnictwo – dupa. I co, to ma być zaakceptowane?! W efekcie, napisali papier o niebezpieczeństwie i ryzyku. No, ale wchodzą. Zwłaszcza, że Geremek straszy, że beton jest strasznie silny i wszystko odbierze, jeżeli się nie podpisze tego, co jest teraz. Miał być zwołany w Gdańsku sejmik „S”, ale po uchwałach dwóch regionów, że cena wyborów i prezydenta za „S” jest zbyt wysoka, wycofają się chyba z sejmiku i zwołają w niedzielę tylko tzw. aktyw.” W podziemnym pisemku Kurier Okrągłego Stołu pisałem, że Polacy mogą dać sobie prawo do trwania w zniewoleniu, ale nie mają prawa oszukać innych pragnących wolności narodów podbitych przez imperium sowieckie, dla których polski Okrągły Stół będzie fałszywym wzorem.  

          Mimo tej odmowy mój przyjaciel Józef Duriasz zaciągnął mnie na spotkanie inaugurujące prace nowej redakcji. Poszczególni dziennikarze przedstawiali po kolei swoje propozycje artykułów do pierwszego numeru. Zniesmaczony, bez słowa słuchałem katalogu tematów, które byłyby oportunistyczne nawet w 1981 roku, a teraz mogły być swobodnie drukowane w organie KC PZPR, tygodniku „Polityka”. Po wyczerpaniu wszystkich propozycji, Mazowiecki zwrócił się do mnie z pytaniem: „Krzysztofie, a o czym ty byś napisał?”. „O potrzebie antykomunizmu” – odpowiedziałem. Mazowiecki zaśmiał się: „To może do ostatniego numeru”. W ten sposób słuszność mojej decyzji o odrzuceniu współpracy z tym zespołem znalazła dobitne potwierdzenie.

          Dzisiaj, gdy tysiące michnikoidowo-tuskoidowej i frasyniukopodobnej chuliganerii tapla się w błocie własnej podłości i wulgarności przypominam sobie to odrzucenie i powtarzam z dumą i radością: Tak, jestem dla was „Żydem”, czyli takim Polakiem, który nie zgadza się na zasadę „cel uświęca środki”; który nie zgadzał się ogłoszenie Wałęsy agentem SB przez Kuronia i Borusewicza tylko po to, żeby przechwycić władzę nad rodzącą się antykomunistyczną kontrrewolucją; który wtedy, gdy wy robiliście kariery jako współwłaściciele III RP, głośno sprzeciwiał się ogłoszeniu zdrady okrągłostołowej za obaleniem komunizmu; który nie nazywa niekomunistycznym premierem człowieka desygnowanego przez Jaruzelskiego i wspieranego przez Kiszczaka w niszczeniu archiwów zbrodni komunistycznych i w walce z obozem niepodległościowym. I mam nadzieję, że dożyję swoich dni nigdy ani nie porzucając takiego „żydostwa”, ani nie wypierając się obelgi bycia „chorobliwym inteligentem”, którą w książce „Takie czasy. Rzecz o kompromisie” obdarzył mnie Adam Michnik.

Krzysztof Wyszkowski

(Za braki redakcyjne przepraszam, jak zdaje się wyżej napisałem mam wazniejsze zajęcia od reakcji na smutny spadek po "Bossie".)

5 kwietnia 2021 r.

Ostatnia aktualizacja: wtorek, 06 kwietnia 2021 13:35
W górę