Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Życie polityczne dzikich

W New Haven, w bibliotece uniwersytetu Yale, można badać życie Bronisława Malinowskiego, autora książki „Życie seksualne dzikich.”. Można tam też badać życie polityczne neo-konserwatystów.

Trzej amerykańscy senatorowie, w tym John McCain, napisali w lutym list do Pani Premier. Przy tej okazji, przypomnia mi się Trocki.  Parafrazując: „Każdy ma prawo być głupi, ale towarzysz McCain nadużywa tego przywileju.”

Wbrew pozorom, od Trockiego do McCaina daleko nie jest. Aby to wiedzieć, trzeba tylko lubić czytać różne dziwne teksty. Dobrym punktem startu jest, napisany w roku 1940, list Trockiego do Jamesa Burnhama, i odpowiedź Burnhama. Aby czuć słodko-kwaśny smak tych listów trzeba pamiętać, że w roku 1941 Burnham opublikował książke „Rewolucja menagerów”. George Orwell tak podsumował zawarte w niej wizjonerstwo: „Kapitalizm znika, ale socjalizm go nie zastępuje. To co powstaje jest nowym rodzajem planowanego, scentralizowanego społeczeństwa które nie będzie ani kapitalistyczne, ani nawet, w zrozumiałym sensie tego słowa, demokratyczne.”.

Wbrew powszechnie akceptowanej narracji, lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku to wielka klęska lewicowych intelektualistów i polityków. Wygrał Arystoteles [Wracając do listu Trockiego: „Znam dwa systemy logiki warte uwagi: logika Arystotelesa (logika formalna) i logika Hegla (dialektyka).”.]  i okazało się przy tej okazji, że trockistom potrzebny jest sprytniejszy sposób kłamania. Nowe wytyczne opracował Leo Strauss. Zawiera je, opublikowana w roku 1951, książka „Persecution and the art of writing” („Prześladowania i sztuka pisania”).  Czytamy w niej:            „... powstaje specjalna technika pisania, i tym samym specjalny typ literatury,  w którym prawda o wszystkich ważnych rzeczach znajduje się tylko i wyłącznie pomiędzy liniami. Ta literatura adresowana jest nie do wszystkich,     ale tylko do czytelników inteligentnych i godnych zaufania.”.

I słowo ciałem się stało. I czytanie neo-konserwatystów należy do sportów ekstremalnych. Trudno jednak nie zauważyć, że silnikiem odrzutowym który Straussa napędzał była głęboka niechęć do Edmunda Burke. Neo-konserwatyzm może bowiem istnieć, tylko wtedy jeśli uznamy wyższość prawa abstrakcyjnego nad prawem naturalnym. Aby sobie       to wszystko uprościć, myślę o nich jako o neo-wikingach.  Nie powinno więc nikogo dziwić obsesyjne poparcie neo          dla „judical activism”.  Dzięki któremu, kilku uzbrojonych      w selektywną inteligencję sędziów może w dowolnej chwili, dowolnie interpretować dekalog.

Początkowo, neo starali się złożyć swoje kukułcze jajko         u Demokratów. Nieskutecznie. Ruszyli więc zwartym szykiem, w stronę Republikanów.  (W Polsce było podobnie. Gdy, w roku 1976, skończyła się moda na rewizjonizm to „Timur i jego drużyna” przystąpili  do założonego przez Antoniego Macierewicza KORu.)

Zwycięstwo Nixona (1972) było dla neo jak gwiazdkowy prezent. Pozwoliło  im zrobić następny, bardzo ważny, krok. Parytet złota nie mógł być dłużej tolerowany. Był sprzeczny  z neo-doktryną  ekonomiczną:  Nasze banki są zbyt tłuste aby upaść.

Największym ich osiągnięciem było zdominowanie polityki zagranicznej w czasie prezydentury Ronalda Regana.             Z polskiego punktu widzenia była to ogromnie dobra dobroć. Skutkiem był upadek ZSRR. 

Neutralizacja Rosji jest w dalszym ciągu ważnym dla nich celem.  Ale teraz odnosi się to tylko i wyłącznie do spraw związanych  z Bliskim Wschodem. Cała reszta jest na sprzedaż. Za czapkę śliwek.

Sztandarowymi dokumentami neo-think-tanku „Project for the New American Century” są dwa listy. Pierwszy (26 styczń 1998) skierowano do prezydenta Clintona. Drugi (20 wrzesień 2001) skierowano do prezydenta Georga W. Busha. Są bardzo do siebie podobne i nie trzeba nawet czytać między liniami. Na Bliskim Wschodzie ma być wojna po której istnieć tam będzie tylko Wielki Izrael otoczony wielką pustynią.

The Economist  (8 styczeń 2009) określił tą wojnę jako wojnę stuletnią, i za jej początek uznał rok 1948. Wybuchy rozrzucaja teraz miliony kawałków ludzkiego mięsa po Bliskim Wschodzie, Afryce i Europie.  Ale dla neo, jest to ciągle tylko początek. Kosztuje to niewyobrażalne sumy ale  to też jest bez znaczenia. Po likwidacji parytetu można było uruchomić  "Greenspan  put" i inne instrumenty finansowe. Zapewnia to wielką rzekę pieniędzy płynącą z dołu do góry.

Wojna stuletnia wymaga również odpowiednio licznej kadry na froncie snucia narracji. Taką kadrę zapewniają im szkoły janczarów typu Fundacja Batorego.  A crème de la crème (np., Radek Sikorsi) mają nawet szansę dostać nominacje na asystentów w American Enterprise Institute.

Piętą Achilesową neo jest brak możliwości unieważnienia fizyki. Akcja ciągle jeszcze powoduje reakcje. Dzięki temu, rośnie papierowa partyzantka ludzi normalnych. Zwanych paleo-konserwatystami. Niektóre ich książki [„THE CULTURE OF CRITIQUE” (Kevin MacDonald), „WHERE THE RIGHT WENT WRONG” (Patrick J. Buchanan) ,  „THE ISRAEL LOBBY” (John  J. Mearsheimer  & Stephan M. Walt), etc.] mają celność i siłę rażenia rakiet manewrujących Tomahawk.  Coraz bardziej powszechnym zjawiskiem jest też brak subordynacji wielu opiniotwórczych pism. Takich jak; Rolling Stone, Vanity Fair, The New Yorker, Harper’s Magazine i The Atlantic Monthly, a nawet Foreign Affairs. Paleo-konserwatywny dorobek w tym okresie podsumował (10 czerwiec 2010) kongresmen Ron Paul          w przemówieniu  “Neo-CONNED” („being conned” oznacza bycie oszukanym).  Ron Paul wymienił i omówił w nim        17 punktów: 1). Tak jak Trocki wierzą w niekończącą się rewolucję, przy użyciu siły i intelektu.  ... 12). Wierzą            w imperializm, o ile jest postępowy.  ...

Poważnym ciosem w neo był spektakularny upadek (2007)       neo-celebryty Paula Wolfowitza. Jako prezez Banku Światowego kręcił grubymi miliardami. Gdy jednak zaczął kręcić małe szwindle, aby zadowolić pewną miła panią, zdmuchnął go śmiech tablojdów.  

I tak jak pamiętny rok 1812 dotarł na Litwę, tak do Ameryki dotarł pamiętny rok 2008.  Pominę jednak to co działo się wtedy na Wall Street. To jest temat  na conajmniej 2008 dużych tekstów. 

Zdziwiłem się wtedy słysząc sam siebie. Wyrwało mi się bowiem w biurze; „Będę głosował  na Obamę. Biali są zbyt głupi aby rządzić.”. Zdziwiłem się jeszcze bardziej gdy usłyszałem akceptujący śmiech kolegów. W większości białych. Zrozumiałem, że czym słoneczko wyżej tym       Obama bliżej. 

Z każdym upływajacym dniem, rok 2008 był coraz ciekawszy. Najpierw podziwialiśmy spektakularną dezintegrację  Hillary Clinton. „Czy ona jest trojańskim króliczkiem?” pytała Maureen Dowd w The New York Times (11 maj 2008).  Następnie, McCain śpiewał  „Bomb, Bomb, Bomb, Bomb, Bomb Iran". Na końcu, Tina Fay (w kultowym programie Saturday Night Live) obdarła ze skóry Białą Niedźwiedzicę  czyli Sarę Palin.  W efekcie, nawet ci którzy uważali, że „Ameryka nie jest gotowa na czarnego prezydenta.” nie byli w stanie, w obronie status quo, wykrztusić nic sensownego. Jazgotali tylko, w KODowskim stylu, że wolność jest zagrożona.

Tocząca się wtedy wojna w Iraku też była coraz bardziej dziwna. Walki coraz częściej przypominały „circular firing squad”  (ludzie ustawieni są w koło, twarzami do środka,        i każdy strzela przed siebie) w którym udział brali sunnici, szyici, Kurdowie, żołnierze i najemnicy. To był prapoczątek wojen hybrydowych. W roku 2007, ilość (180,000) najemników przewyższyła ilość (160,000) amerykańskich żołnierzy. Teoretycznie, najemnicy (Blackwater Corporation) wspomagali siły amerykańskie i ich sojuszników. Praktycznie, była to próba sprywatyzowania tej wojny. Gdy sobie to teraz przypominam, robi mi się zimno. Przed oczami mam bowiem rosyjskich „zielonych ludzików” na Ukrainie, a oczami wyobraźni widzę grasujacą po Europie armię z naszywkami „Deutsche Bank”.

Zwycięstwo Obamy dało Ameryce szansę uspokoić trochę skołatane nerwy. Niestety nie do końca z tej szansy skorzystano. Wojna stuletnia trwa dalej. Jej epicentrum przesunęło się do Syrii ale oznacza to światełko w tunelu. Teza ta przestaje być karkołomna jeżeli pomyśli się o tym co by się tam teraz działo gdyby wojna ta obejmowała również Iran, czyli rejon Zatoki Perskiej.

Druga kadencja Obamy dobiega końca. Szanse na zostanie następnym prezydentem USA mają Trump, jakiś republikański anty-Trump, ewentualnie „króliczek trojański” lub Sanders. Wszyscy w tej grupie są niewybieralni. Każdy       z nich ma przeciw sobie, w różnej konfiguracji, około 2/3 wyborców.

Ktoś z nich zostanie jednak wybrany i amerykańska polityka będzie znów nieobliczalna. Sytuacja jest bowiem równie psychodeliczna jak w roku 2008.

Jacek Pilchowski

Artykuł opublikowany już w NYC (Nowy Dziennik) i lada dzień będzie on też opublikowany w Londynie (Nowy Czas)

Ostatnia aktualizacja: sobota, 16 kwietnia 2016 14:21

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.