Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Związki wołają o normalną Polskę. Rozmowa z Krzysztofem Wyszkowskim

- Okazuje się, że jesień 2013 r. ma coś z nastroju wiosny 1988 r. Tak jak w latach 80., kiedy pod hasłami „Nie ma wolności bez Solidarności” grupa młodzieży ożywiła atmosferę w kraju zastraszonym, biernym, pozbawionym nadziei, tak i dziś słychać wołanie o normalną Polskę - mówi Krzysztof Wyszkowski w rozmowie z "Gazetą Polską Codziennie".

Dziś znów polityka wyszła na ulicę. Jesteśmy świadkami wielotysięcznych demonstracji związkowców. Sam jest pan weteranem ulicznych protestów – czy ma Pan poczucie deja vu?

Owszem, ale to rodzaj radosnego deja vu. Od dawna martwił mnie marazm i upadek ducha Polaków,  brak ogólnospołecznej aktywności publicznej. Przecież demokracja nie polega na tym, że pracujemy, wracamy do domu i tylko od czasu do czasu – oby jak najrzadziej – idziemy „na głosowanie” by  wrzucić kartkę do urny. A poza tym nie odzywamy się niepytani i pozostajemy biernymi konsumentami propagandy medialnej. Taki system to parodia demokracji, w istocie to ciężka choroba, rodzaj psychicznego stuporu, będącego oznaką głębokiej alienacji. Obawiałem się, że skutecznie zarażono nim, że w niego wpędzono Polaków. Okazuje się jednak, że jesień 2013 roku ma coś z nastroju wiosny 1988 roku. Tak jak wtedy w latach 80., kiedy pod hasłami „Nie ma wolności bez Solidarności” grupa młodzieży ożywiła atmosferę w kraju zastraszonym, biernym, pozbawionym nadziei, tak i dziś słychać wołanie o normalną Polskę.

Oczywiście warunki są dziś inne - na szczęście nie musimy walczyć z komuną. Mam nadzieję, że Donald Tusk i Bronisław Komorowski nie odwołają się do metod Czesława Kiszczaka i Wojciecha Jaruzelskiego i na ulicach stolicy bez żadnych przeszkód odbędzie się zwyczajne święto demokracji. Na tym bowiem ona między innymi polega, że wolni obywatele mają prawo wyjść na ulicę i demonstrować swoje przekonania, wyrażać oczekiwania i w uzasadniony sposób liczyć na to, że zostaną wysłuchani.

Jak określiłby Pan zachowanie dzisiejszego rządu wobec związkowców? Czy rząd boi się ich, ponieważ są od niego niezależni?

Mimo oczywistych różnic mam jednak wrażenie pewnej analogii między zachowaniem władz PRL w 1988 roku i Tuska obecnie. Wtedy Jaruzelski zaskoczył opozycję, kiedy w transmitowanych obradach Biura Politycznego KC PZPR gorzko rozpaczał, że Solidarność chce obalić komunistyczny rząd. Jak wiadomo, wkrótce po tych Kiszczak zaprosił  do Okrągłego Stołu. Skoro Kiszczaka była stać na dialog, to – pamiętając nawet o całej pozorności tamtej debaty – liczę, że i Donald Tusk okaże się do takiego ruchu zdolny. Tymczasem Piotr Duda wzywa rząd do rozmów, a premier odpowiada, że boi się być obalonym. Może nacisk ulicy spowoduje, że do premiera dotrze w końcu, że w demokracji taka postawa związków jest normalna i właściwa,  a jego obowiązkiem jest traktować je partnersko.

Czy polityka ma prawo wychodzić na ulicę? Salon często mówi, że to barbarzyństwo i faszyzm?

Tylko ludzie, którzy mentalnie tkwią w komunizmie, mogą głosić takie absurdy. Stosują oni standardy rodem z PRL, kiedy nie można było we trójkę wyjść na ulicę, bo przychodziło ZOMO i kazało „rozwiązać nielegalne zgromadzenie”. W Europie w XXI wieku takie pojęcie o demokracji może mieć już tylko mieszkaniec wsi na Białorusi, bo już nawet nie Moskwy. Jeżeli takie opinie wypowiada ktoś w Warszawie, to jest albo człowiekiem złej woli, albo idiotą. Mogę mu tylko współczuć. Prawo do publicznego wyrażania swojego stanowiska, również w manifestacji ulicznej, stanowi jądro demokracji.

Stolice świata zachodniego takie jak Londyn, Paryż czy Waszyngton wręcz szczycą się swoimi manifestacjami, niekiedy nawet milionowymi. W Paryzu, czego byłem świadkiem parę miesięcy temu, nikomu nie przeszkadza, że na czele manifestacji prowadzi się osła identyfikującego go jako  prezydenta. Jednego dnia odbywały się tam trzy wielkie demonstracje i nikomu do głowy nie przyszło twierdzić, że taka forma krytyki władzy  jest szkodliwa czy stanowi zagrożenie dla demokracji.

Od dawna znam osobiście Tuska i Komorowskiego, więc jeśli dzisiaj twierdzą oni, że w warszawskich demonstracjach jest coś niewłaściwego, to kłamią wbrew samym sobie takim, jakimi byli kiedyś, kiedy byli jeszcze uczciwymi ludźmi.

Czy widzi Pan porównanie między retoryką uderzającą w związkowców dziś i wtedy te kilka dekad temu? Odczłowieczania, straszenia nimi?

Ponure echo PRL-u odbija się w Polsce na wielu planach. Czy ta władza może odnosić się z szacunkiem do Solidarności, skoro zaprasza Jaruzelskiego do Belwederu? Przecież ci, którzy tam z nim debatują muszą czuć z jakąś wspólnotę mentalną. Dzisiaj widać, że na przykład stosunek do manifestacji i związków zawodowych, który wielokrotnie wykazała obecna władza, jest spójny psychologicznie z tym uhonorowaniem zbrodniarza stanu wojennego.

Ale z tym niechcianym bagażem PRL-u musimy sobie jakoś poradzić. PRL-bis zostanie w końcu przebita osinowym kołkiem i umieszczona tam, gdzie jest jej miejsce, czyli na śmietniku historii.

Jedną z osób, która tak chętnie jest wykorzystywana dziś przez obóz władzy do atakowania związkowców jest Wałęsa, z jego słynnym „pałowałbym”. Ale nie tylko on – wielu ludzi związanych z pierwszą solidarnością dziś stoi po stronie przeciwników wolności – jak wyglądała ta ewolucja?

Wypowiedzi Wałęsy o pałowaniu, a nawet o strzelaniu, powinny chyba już ostatecznie rozwiać złudzenia tych, którzy liczyli, że choćby na starość wreszcie zdobędzie się na odcięcie od swojej złej przeszłości. Niestety, tak się nie stało i w słowach Wałęsy czuć wspólnotę ducha z Jaruzelskim i Kiszczakiem.

Ale istotnie, tego problemu nie da się zredukować do samego Wałęsy. Donald Tusk już w 1988 roku zaczął się dystansować od Solidarności. Jeszcze pomagał przy ulotkach, ale już nie chciał bezpośrednio angażować się w protesty. Zaraz później skręcił w stronę ostrego liberalizmu i przy pomocy różnych osób związanych z reżimem założył KLD, faktycznie wystartował w III RP ramię w ramię z tymi ludźmi.

Podobna postawa może bardziej dziwić u Komorowskiego, ze względu na jego epizod ideowej postawy z czasów walki z komuną. Widać jednak siła „resortowej kamienicy” okazała się tak przemożna, że stał się skrajnym oportunistą. Zresztą nie on jeden. Zbigniew Bujak już w 1989 roku przepraszał za Solidarność. Frasyniuk popierał kandydaturę Jaruzelskiego na prezydenta. Ci ludzie wyrzekli się Solidarności, uznając, że skoro Jaruzelski z Kiszczakiem przytulili ich do swego łona i zgodzili się uczynić z nich ludzi bogatych, to jest to wystarczający powód, by ich wspierać jako partnerów. Ale gdzie w tym interes Polski? Jeżeli dzisiaj gardłują przeciw zmianom, nie należy na nich zwracać uwagi.

Wracając do naszego noblisty – gratulujemy, że wygrał Pan proces- czy to precedens?

Nie ukrywam, że to było bardzo pozytywne przeżycie. Nie tylko osobiste, bo najważniejsze jest, że sąd zdobył się odmowę podporządkowania woli Lecha Wałęsa. Miałem już przecież doświadczenie rozpraw w innych sądach trójmiejskich, gdy bywałem skazywany bez procesu i nawet bez prawa do obrońcy. Tu okazało się, że można odrzucić pozew Wałęsy jako bezpodstawny i jeszcze kazać mu zwrócić mi koszta procesu. To znak, że sędziowie wcale nie muszą być ulegli, nie muszą naśladować przykładu sędziego Ryszarda Milewskiego, który uznawał Tuska za swojego zwierzchnika. Miałem obywatelską satysfakcję widząc trzyosobowy skład sędziowski, który orzekał według prawa, a nie według oczekiwań na pogłaskanie przez rządzący Polską układ, jak to było w paru innych przypadkach. To rodzi nadzieję na przyszłość.

Wywiad w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"

Ostatnia aktualizacja: piątek, 13 września 2013 20:08

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.