Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Gdy tłusta ryba pływa bokiem

Czy w 24 rocznicę utworzenia III RP – za początek należy uznać 19 lipca 1989 r., dzień  wyboru Jaruzelskiego na prezydenta  – można stwierdzić z całą pewnością, że czas zarządzania przez Platformę Obywatelską całym postkomunistycznym układem politycznym można już liczyć nie na lata, a na miesiące i dni? Czy PO stać jeszcze na jakiś manewr polityczny, czy choćby personalny, który mógłby przedłużyć jej władzę? Czy jest tam grupa mogąca zainicjować „nowy początek”, który umożliwiłby skuteczną obronę układu postkomunistycznego?

Czy Tusk ma do powiedzenia coś więcej niż jego niedawny alter ego z Węgier: „„Kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem./…/ nic nie robiliśmy w ciągu czterech (sześciu) lat. Nic. Nie możecie mi podać ani jednego poważnego środka rządowego, z którego moglibyśmy być dumni, poza tym, że na końcu odzyskaliśmy władzę z gówna. Nic. Kiedy trzeba będzie rozliczyć się z krajem, powiedzą, co robiliśmy w ciągu czterech (sześciu) lat, co mówimy?/…/ Nie ma wielu opcji. Nie ma, dlatego, że spieprzyliśmy. Nie tylko trochę, ale bardzo.”

Czy rzeczywiście nie ma dla PO żadnych opcji

Odkładając na bok ewentualność pojawienia się nadzwyczajnych okoliczności zewnętrznych (w rodzaju np. nowej nieodległej wojny czy nowego załamania w gospodarce Stanów Zjednoczonych, co wpłynęłoby na sytuację w Polsce), można być przekonanym, że najtłustsza do niedawna ryba w polskim politycznym stawie bezradnie trzepie ogonem i, pływając już na boku, rozpaczliwie chwyta powietrze, by za chwilę nieuchronnie obrócić się brzuchem do góry. A jednak taki linearnie przebiegający upadek konstrukcji zbudowanej w 1989 r. wspólnym wysiłkiem sowiecko-amerykańskim (oczywiście przy niezbędnej pomocy agentury lokalnej) nie wydaje się możliwy.

Bo czy można wierzyć, że na Kremlu i w Waszyngtonie oraz w Berlinie i Paryżu zapadły ostateczne uzgodnienia w sprawie rezygnacji z używania Polski, jako stałego przedmiotu gry w europejskim przetargu politycznym? Czy pozwolą nam zdemontować okrągłostołową klatkę na polską wolę niepodległości, z której mieliśmy się nigdy nie wyzwolić? Z podtrzymywania tak wydajnej dotychczas polityki neokolonializmu? Czy należy uznać, że polskie dążenia wolnościowe i demokratyczne zostały wreszcie uznane i zaakceptowane? A może kłopoty właścicieli Unii Europejskiej są tak wielkie, że zostali zmuszeni do pominięcia własnych oraz rosyjsko-amerykańskich  interesów i zrezygnowali z utrzymywania przy władzy Platformy z całym układem politycznym?

Niestety żaden z tych przypadków nie może zostać uznany za możliwy. Zwycięstwo prawicy zostałoby uznane za nowe - po Solidarności lat 1980-1981 - otwarcie wschodnioeuropejskiej puszki Pandory. Przecież przejęcie władzy przez środowiska patriotyczne w Polsce miałoby skutki wykraczające poza jej granice i mogące ogarnąć całą posowiecką Europę Wschodnią. Uwolnienie Polski doprowadziłoby przecież do natychmiastowego utworzenia jej sojuszu z już wcześniej zbuntowanymi Węgrami (taki sojusz dodałby Węgrom nowych sił i spowodował, że wszystkie dotychczasowe wysiłki obalenia węgierskiego „faszyzmu” okazałyby się daremne). Rozpad postkomunizmu, zainicjowanego w 1989 r. jako narzędzie  neokolonializmu najpierw w Polsce i na Węgrzech, zaraziłby natychmiast Rumunię i Czechy, a potem już pożar nieuchronnie przenosiłby się dalej, zapalając nawet takie race jak Mołdowa, a więc zagrażając procesowi wchłaniania Ukrainy przez Rosję. A przecież całe południe Europy od Grecji przez Włochy i Hiszpanię to jedna beczka politycznego prochu…

Utrzymać rosyjsko-niemieckie kondominium 

Krótko mówiąc – upadek układu postkomunistycznego w Polsce groziłby ziszczeniem się procesu zainicjowanego w 1980 r. przez Solidarność i jej „Posłanie do narodów Europy Wschodniej” z 1981 r. Wtedy ratunkiem dla PRL i gwarancją spokoju w całym bloku było wprowadzenie stanu wojennego. Dzisiaj też możemy być pewni, że nasi „przyjaciele” ze Wschodu i Zachodu powtórzą hasło Breżniewa: „nie zostawimy Polski w potrzebie i nie pozwolimy jej skrzywdzić" i Schmidta: „jest najwyższy czas, aby w Polsce zaczęto zaprowadzać porządek”. Teraz też nikt nie będzie czekał z założonymi rękami, aż Polacy, odsuwając od władzy Platformę, wypowiedzą okrągłostołowy  „kontrakt” będący zgodą na bycie rosyjsko-niemieckim kondominium.

Wobec biernej postawy większości Polaków w stosunku do układu

postkomunistycznego, i wobec ogromnej skali ogarniającego Polskę wielostronnego kryzysu, najbardziej prawdopodobne wydaje się powtórzenie scenariusza z 1980 r. Najpierw rzekome porozumienie z „nową Solidarnością”, czyli uznanie wyniku wyborów dających władzę Prawu i Sprawiedliwości. Zaraz potem doprowadzenie do załamania rynku i wzniecenie „marszów głodowych”. Wobec kompromitowania się „pisowskiego faszyzmu” uruchomienie międzynarodowej izolacji Polski (dobrym wstępem jest aktualne zestawienie dyscypliny partyjnej w PiS w sprawie uboju rytualnego z oskarżeniem sformułowanym przez Piotra Kadlcika: „To, co dzieje się dzisiaj w Polsce może być wzorem dla podobnych ataków na prawa Żydów w całej Europie". Trzeba pamiętać, że po zamordowaniu Solidarności Jaruzelski uzyskał sukcesy w dialogu z Żydami). W końcu tryumfalne przywrócenie władzy układu postkomunistycznego pod nowym wcieleniem Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego.

Depcząc po gardle Tuska

 

Co więc nas czeka? Nie wiem. Ale wiem, że polityka musi przestrzegać realiów, więc skoro wybory jeszcze daleko przed nami, nie ma powodu, by właściciele UE dali bez walki pogrzebać jeszcze dającego oznaki życia Tuska. Choć tolerancja dla „haratacza w gałę” skończyła się nie tylko nad Wisłą, ale nawet nad Sprewą, to przecież można go jeszcze wykorzystać. Niech wyniszczy polską gospodarkę do stanu, z którego nowy rząd nie będzie mógł wybrnąć. Niech zdeformuje polskie życie publiczne do tego stopnia, aż zbydlęcenie palikotoidalne zdominuje całość życia politycznego i uniemożliwi odbudowę ducha wspólnoty. A potem niech ukryje się na moskiewskim lotnisku w oczekiwaniu na azyl pod Machu Picchu, skąd będzie słał oskarżenia wobec nowych władz o antydemokratyczność, antyeuropejskość, neonazizm, populizm, ksenofobię, germanofobię i antysemityzm  prowadzący do zrzucania z siebie przez Polaków odpowiedzialności za holokaust.

Tak może wyglądać los Słońca Peru po wyborach. Ale już widać w PO siły wewnętrzne pragnące dorwać się do władzy tu i teraz, choćby depcząc po gardle Tuska. Po upadku nadziei na wsparcie łączonych z Palikotem, po uwiądzie projektu Europa Plus, po załamaniu się walki z Kościołem (akcja „odciąć biskupów od wiernych” jest jawną kontynuacją programu osobiście polecanego przez Stalina jego polskim agentom), garnizon „Europejczyków” panujących nad „watahami moherowych tubylców” ma przed sobą tylko jedną drogę – przechwycenie części haseł patriotycznej opozycji i utworzenia rządu „jedności narodowej” obsadzonego przez pożytecznych idiotów, czyli „drugi szereg” Platformy.

Ośrodkiem inicjatywnym musi być prezydent Bronisław Komorowski. Media układu postkomunistycznego już od pewnego czasu kreują go na, zdystansowanego wobec bieżących sporów partyjnych, „ojca narodu”. Wierny człowiek WSI, otwarcie reklamowany przez Tuska jako „najbardziej lojalny z lojalnych”, jest głównym obecnie miejscem oparcia dla lobby prorosyjskiego. W tym miejscu trzeba wyjaśnić pewne poważne nieporozumienie, co do afiliacji Donalda Tuska. Jako beneficjent esbeckiego planu tworzenia w upadającym PRL nowych partii politycznych mogących stać się narzędziem układu postkomunistycznego, Tusk stał się automatycznie udziałowcem opcji sowieckiej, a następnie rosyjskiej. Ale „macher z zaplecza” nie jest bezwolną „dziwką Putina”, jak twierdzą np. młodzi chłopcy z Kielc. Tusk jest, co prawda, osobowością autorytarną, ale jego preferencje są związane z Niemcami, a nie Rosją. Uleganie Putinowi ma charakter oportunizmu politycznego, wynikającego z przekonania, że w polityce, która jest rodzajem więzienia - ktoś musi „dawać ciała".

Rokita i Gowin, czyli kapelusz z zającem

 

Wracając do inicjatywy „Partia ta sama, ale nie taka sama” Tusk próbuje się bronić, ale stać go już tylko na bezzębną ironię – po przegraniu głosowania nad ustawą zakazującą uboju rytualnego zamiast miażdżyć nielojalnego wspólnika skarży się tylko: „ta lekcja, dla mnie bardzo trudna, okazała się także lekcją politycznej hipokryzji". Aluzja do zamiłowania Komorowskiego do osobistego uboju myśliwskiego nie robi na nikim wrażenia. Bezsporny niedawno autorytet został nagle zredukowany do roli papierowego tygrysa, którego byle Nałęcz może bezkarnie szarpać za wąsy: „Premier chowa się za murami zamku. /…/ obawia się, czy wygra w czołowym starciu.”

Z kim Tusk ma obawiać się przegranej na ubitej ziemi? Z Jarosławem Gowinem, którego cała moc pochodzi z nabycia go niegdyś przez PO jako potrzebny do makijażu produkt katoliko-podobny? Wypuszczenie go przez prezydenta jest faktem, ale to przecież tylko balon, który pęknie z hukiem, gdy go tylko tknąć szpilką. Kim są pretorianie, którzy wprawnymi rękami mieliby zadusić cezara zanim swą indolencją doprowadzi stojący za PO układ postkomunistyczny do kompletnej ruiny? Dokładnie nie wiadomo, bo na razie zamiast sztyletów pokazano tylko wystające z gowinowskiego kapelusza długie uszy zająca zbiegłego w ogrody parmeńskie.

Czy nagłaśnianie przez Gowina niedawnego alarmu "Kornatowski mnie bije” było wstępną próbą wprowadzenia Rokity do ponownego obiegu, czy tylko aktem lojalności wobec dawnego sponsora? Osobiście nie wątpię, że było to nasłuchiwanie  reakcji publiczności. Przypominając Kornatowskiego Rokita zaproponował Platformie odzyskanie wizerunku bojowników antykomunistycznych z jednoczesnym przypomnieniem własnych zasług w obnażaniu meandrów polityki personalnej PiS. Geremkoidalny cynik Rokita to widać najmocniejszy argument Komorowskiego, bo przecież pożyteczny idiota Gowin nadaje się tylko na prestigitatora, który ma wnieść kapelusz z zającem na scenę.

Ale czy platformerska „frakcja WSI” już ostatecznie pokonała „frakcję SB”? Za  zdecydowaną odpowiedź negatywną można uznać wściekłość, z jaką na widok duetu   Gowin-Rokita zareagowała Janina Paradowska. Oto żmija, którą wyrzucono oknem wraca przez dziurkę od klucza - „Najśmieszniejsze jest to, że Gowin oznajmia, że on jest najwierniejszy ideałom Platformy Obywatelskiej, które pozostali liderzy zdradzili. Gowina przy narodzinach PO nie było, nie było przy nich nawet mentora Gowina Jana Rokity, który kierował wówczas swoją partią i długo trwały pertraktacje, aby SKL połączyło się z PO".

Walka platformerskich gangów

 

Skoro, jak widać, buldogi pod platformerskim dywanem będą się zagryzać jeszcze przez jakiś czas, więc na koniec warto zwrócić uwagę na marginalny politycznie, ale emocjonalnie poruszający aspekt agonii układu postkomunistycznego. 

To nie przypadek, że wraz z III RP kończy swoją niegodną posługę ta część byłych działaczy Solidarności, która najęła się do roli listka figowego tego układu. Wzięcie się za łby przez platformerskie gangi  jest końcem politycznej egzystencji Lecha Wałęsy. W tym teatrze „Człowieka z nadziei” postkomunistów na dalszą ochronę przed odpowiedzialnością za zdrady, zbrodnie i złodziejstwa nie ma już dla siebie żadnej roli. Nobliście pozostało nagabywanie wiejskich dzieci w wesołych miasteczkach do zdjęć z misiem. To jest koniec Zbigniewa Bujaka, który wymienił Solidarność na złoto udziałów w spółce Agora, a teraz – wraz ze spadkiem wartości tych akcji – zostaje z piaskiem w rękach. To jest koniec występów medialnych Władysława Frasyniuka, człowieka, który jeszcze przed obradami OS sprzedał się za udział w elicie układu postkomunistycznego za cenę zgody na prezydenturę Jaruzelskiego. I jest to również koniec Bogdana Borusewicza, który zaczynał jako dzielny dzieciak, później służył jako oficer w okopach Jacka Kuronia, przez lata trwał na etacie muła w ekipie Lecha Kaczyńskiego, a teraz w obejściu „machera z zaplecza” służy za popychadło dla „Bolka”.

Ta gromadka przeniewierców próbuje jeszcze grozić i krzyczeć – Wałęsa: Bendem pałować, Borusewicz: On był tam gdzie ZOMO – ale nawet nowa setka honorowych doktoratów i oblecenie równika choćby po raz setny nie zmienią faktu, że już nic nie trzeba robić, by się od nich opędzić; wystarczy wzruszenie ramion. Nikt nie chce ich słuchać w kraju, więc próbują handlować Solidarnością „na wynos” – Borusewicz: „Do Tunezji przywiozłem pomoc z PCK. W Egipcie spotkałem się wraz ze Zbyszkiem Bujakiem z demonstrantami na Placu Tahrir mówiąc im, że potrzebne są zmiany, ale bez rozlewu krwi. W Birmie - żeby wesprzeć demokratyczne zmiany polityczne.” Ale na Placu Tahrir leje się krew i ani Polacy, ani Żydzi, ani Arabowie nie chcą ich słuchać. Już nikt i nigdzie.

Postulat nr 6

Mówią „nasza Solidarność”. Więc trzeba im powiedzieć, że „ich Solidarność”  jest martwa, sami ją zabili nazbyt jawnym i bezwstydnie podłym kłamstwem. Dlatego w  chwili, gdy rząd przyznaje się do katastrofy finansów, a Borusewicz mówi o winie PiS, warto przywołać postulat nr 6 z listy Wielkiego Strajku: „Podać realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:  1.  podanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej, 2.  umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenie w dyskusji nad programem reform”.  

Tak, wszyscy ci ludzie zbierający się na spędach układu postkomunistycznego w Belwederze, od Jaruzelskiego poczynając, a na Borusewiczu nie kończąc nie mają nam do powiedzenia nic więcej poza: „Kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem…”

Krzysztof Wyszkowski

Gazeta Polska 24.07.13

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.