Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Człowiek z korupcji

Spotkania z czytelnikami to może być niebezpieczne zajęcie – w ferworze szczerej rozmowy i w atmosferze napięcia wytwarzanego przez ludzi przygnębionych stanem państwa polskiego, autor czuje się zobowiązany do powiedzenia nawet tego, co zwykle pomija z obawy o ewentualne konsekwencje medialne, a nawet sądowe.

Podczas ubiegłotygodniowego spotkania promocyjnego mojej książki w warszawskim klubie Hybrydy przekonałem się o tym na samym sobie. Skoro jednak mleko już się rozlało (
http://www.youtube.com/watch?v=CfqnXvCeHKI), to nie pozostaje mi nic innego niż powiedzieć to samo wszystkim moim czytelnikom. Chodzi o anegdotę następującą.

W dawnych, dawnych czasach, gdy wspomagałem grupę zaprzyjaźnionych młodych ludzi w tworzeniu stowarzyszenia i następnie partii Kongres Liberalno-Demokratyczny, byłem zapraszany na okazjonalne przyjęcia w swoim gronie. Przebieg ostatniego zapamiętałem z powodu szczególnej rozmowy z Donaldem Tuskiem.

Otóż już wcześniej byłem przyzwyczajony do tego, że ci młodzi ludzie, na określenie różnych interesów, w które się angażowali, używali zabawnych, bo kojarzących się z domową kuchnią, określeń, takich jak np. „kręcenie lodów”.  Tym razem, a był to już czas rządów premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego, ze  zdumieniem usłyszałem, że zamiast idiomów w rodzaju „wyjadania konfitur” zaczęli wobec pewnych projektów używać słowa „ukraść”. I to nie krępując się nawet obecnością swoich żon! Gdyby nie było tam tych żon, od razu zaprotestowałbym przeciwko używaniu takiego języka i zapytałbym o jego znaczenie, ale znając te kobiety jako osoby dobre i, jak sądziłem, w pełni uczciwe, nie mogąc dalej słuchać tego języka, wyskoczyłem z pokoju. Traf chciał, że w korytarzu od razu natknąłem się właśnie na Donka. W emocjach, zupełnie nie analizując sytuacji, odruchowo zwróciłem się do niego z pytaniem o sens tego szokującego wydarzenia. 

Tusk, z całkowitym spokojem (a trzymał w rękach tacę z kieliszkami), natychmiast odpowiedział: „To moja wina. Zaraz to załatwię.” - i wszedł do pokoju, z którego nadal rozbrzmiewał hałas wielogłosowej rozmowy. Ja, straciwszy już ochotę na dalszą zabawę, wyszedłem (tak się złożyło, że już nigdy więcej żaden z tych moich przyjaciół na żadne podobne przyjęcie mnie nie zaprosił). 

Reakcja Tuska rozstrzygnęła o moim do niego stosunku na wiele lat. Słowa „To moja wina” potraktowałem, jako znak jego osobistej uczciwości! Tak zresztą, po części, myślę do dzisiaj. Mam wrażenie, że Donald Tusk osobiście nie kradnie. Nie „uwłaszcza” siebie lub członków swojej rodziny na kradzionym majątku państwowym. To, co on lub jego ludzie czy jego partia (właściwie kilka już kolejnych partii) zawłaszczają, to przecież nie dla siebie, a „na partię”, na działalność publiczną, która - według domniemanego usprawiedliwienia –  jeśli ma być skuteczna, (a skuteczność jest przecież „patriotycznym obowiązkiem wobec ojczyzny!”) musi mieć odpowiednie (najlepiej z godziwym zapasem na wszelki wypadek) zaplecze finansowe… itp., itd.

To dlatego, mam wrażenie, jakiś „kwękolący nieudacznik”, w początku lat dziewięćdziesiątych wymalował na ścianie budynku przy ul Kolejowej w Gdańsku, w którym Kongres Liberalno-Demokratyczny miał swoją pierwszą siedzibę (sąsiadując z Unią Demokratyczną), wielki napis: „Złodzieje”. Oskarżenie , widoczne z okien pociągów, tkwiło tam jeszcze długo po wyprowadzeniu się KLD w inne miejsce.

Opinia o Tusku, jako „człowieku z podwórka”, odnosi się do mentalności wyznawcy „naszej ikony”. Odnosząc się do wymiaru ściśle politycznego, należy stwierdzić, że ta „podwórkowa”, czyli w istocie para-chuligańska mentalność ułatwiła mu wejście na tę ścieżkę, która z roli „machera z zaplecza” doprowadziła go do zasłużonego tytułu „człowieka z korupcji”. Budując swą karierę Tusk postawił na tę ciągłość po PRL, która – obok trwania posowieckich służb specjalnych – najbardziej zaraziła i zdeprawowała III RP, czyniąc z niej para-demokratyczne para-państwo.   

Czy to jest jakieś odkrycie? Nie, to raczej dowód braku odwagi, że zdobyłem się na te uwagi dopiero po dwudziestu latach milczenia. Bo przecież dzisiaj naukowiec mówi już całkiem otwarcie: „Problem Donalda Tuska polega na tym, że znalazł się on w pułapce kłamstw i mistyfikacji, w której utknęły rządy jego ekipy. /…/ nie odniósł się do ani jednego ze zjawisk, które legły u źródeł spadku notowań Platformy: do przyzwolenia na korupcję, bylejakość, nieróbstwo rządu czy do manipulowania opinią społeczną przez zaprzyjaźnionych dziennikarzy. Zatem najważniejszego, czyli tego, co jest barierą rozwoju Polski wytworzoną przez sam system rządów Tuska premier w swoim „exposé” w ogóle nie dotknął.” (prof. Andrzej Zybertowicz dla GP).

Ostatnia aktualizacja: piątek, 19 października 2012 13:57

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.