Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Czasoprzestrzeń w czarnej dziurze, czyli idole na szlaku

Choć wydarzenie miało miejsce w sąsiedzkiej Gdyni, to, jako człowiek żyjący w pewnej izolacji od głównego nurtu wydarzeń, dopiero z opóźnieniem dowiedziałem się o sporach i scysjach, do jakich doszło podczas tegorocznych obchodów rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych, połączonych tym razem z 30 rocznicą utworzenia Solidarności Walczącej.

Najbardziej przykrym incydentem miały być reakcje zgromadzonych na sali „szeregowych” działaczy NSZZ Solidarność i Solidarności Walczącej (w olbrzymiej większości były to  te same osoby) wobec niektórych prelegentów rocznicowej Konferencji, a szczególnie wobec Jana Lityńskiego występującego jako reprezentant prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Aby opisać atmosferę dominującej podczas tego wydarzenia posłużę się komentarzem zamieszczonym przez Bronisława Wildsteina w tygodniku Uważam Rze nr.37/2012, który od razu w tytule artykułu wskazuje na ważną przyczynę tej atmosfery opisanej przez niego jako „radykalną kontestację obecnego status quo. Na Sali stoczniowej w Gdyni niechęć do obecnych władz i całego projektu III RP sięgała zenitu.”

Analizując przyczyny takiego stanu rzeczy Autor uznaje „za normalne, że uczestnicy wielkiego zbiorowego przeżycia, jakim była <Solidarność>, spotykając się po latach muszą odczuwać rozczarowanie i rozgoryczenie.” Z drugiej strony sam będąc wypychany na margines życia publicznego przez ten mechanizm, który, w analogii do systemu poprawności politycznej, w warunkach polskich można nazwać „poprawnością postkomunistyczną”  zapytuje: „Dlaczego najważniejsze miejsca w wolnej Polsce zdominowane zostały przez dawnych, pozbawionych kręgosłupa, biernych i miernych karierowiczów PRL, o których kompetencjach intelektualnych i moralnych lepiej nie mówić?”

Na to pytanie nurtujące miliony Polaków Wildstein odpowiada zadziwiającym na pozór skrótem: „Eksponowanie roli Wałęsy ma pomniejszyć znaczenie wielkiego, narodowego ruchu, dzięki któremu mógł on zaistnieć.”

Uważam, że jest to niezwykle trafna diagnoza wielkiego programu realizowanego przez przeciwników dojścia Polski do normalności i szkoda, że jej opis nie został rozwinięty szerzej. Ja również w tym miejscu nie zdołam tego zrobić, a tylko, jako komentarz, odnotuję fakt, jak wielką osobistą ofiarę na ołtarzu tego kłamstwa składają wrogowie przetrwania milionowego fenomenu Solidarności we współczesnej świadomości Polaków.

Otóż propagowany przez nich mit Wałęsy, który sam, w pojedynkę, wspierany tylko przez „Danuśkę”, obalił komunizm, pozbawia realnych zasług i rzeczywistych dokonań w dziele walki o wolną Polskę nie tylko wyklinanych „nieudaczników i oszołomów”, ale również ich samych. Jeżeli Związek Sowiecki został powalony widokiem „naszej ikony”, to jakież znaczenie mogła mieć ich własna zasługa! Jeżeli był Ilją Muromcem z Popowa, a nie zwykłym t.w. „Bolkiem”, to czyż Mazowiecki, Michnik i pchająca się za nimi czereda karierowiczów nie są tylko bandą tchórzy i pieczeniarzy grzejących się w blasku wodza i pożywiających się odpadkami z pańskiego stołu?

Ceną, jak ci ludzie płacą za nadymanie złotego cielca, jest rezygnacja z szacunku do własnych życiorysów, do którego mogliby rościć sobie prawa tylko wtedy, gdyby stanęli razem z tymi, którzy swoich życiorysów wyrzec się chcą.

„Oficjalne bałwochwalstwo Lecha Wałęsy ma przesłonić <Solidarność>” – ocenia Wildstein. Ale takie bałwochwalstwo ma swój cel .Jest nim dokonanie na miarę Einsteina - takiego zagięcia historycznej czasoprzestrzeni, żeby doprowadzić do wzajemnego przeistoczenia się Wałęsy w Jaruzelskiego i Jaruzelskiego w Wałęsę  jako symbolu ostatecznego „zlania się” polskości i sowietyzmu. Skutkiem tego byłoby pochłonięcie Polski przez czarną dziurę, z której już nikt i nigdy, żaden nieudacznik i oszołom, nie zakrzyknąłby „Jeszcze Polska…”

Skąd takie dramatyczne skurczenie się, jak do niedawna mogło się wydawać, pan-historycznego władztwa środowiska gęgaczy, przy których takie np. Wolne Związki Zawodowe pokazywano jako niezdarne gmerania prowincjonalnych liliputów? Już nie ma dumy Michnika z KOR, bo okazało się, że gdy w Warszawie zakładał go Macierewicz, to partner Kiszczaka i Urbana bawił w Paryżu. Już z Kuronia nie pozostało nic poza samoobnażeniem przy odbieraniu Legii Honorowej, gdy ten Cambronne polskiego rewizjonizmu z leninowską szczerością wystękał - Zróbmy coś… bo się zes..my. Już Mazowiecki bezradnie wije się w sieci układów z czasów PAX, Koła ZNAK, okrągłego stołu i wszystkich innych kłamstw, w jakich ugrzęznąć muszą ci wszyscy, którzy pragną wyznać jednocześnie wiarę w Pana Boga, Stalina i choćby nawet Gramsciego.

Pozostał im tylko cielec Bolka jako  już  ich ostatni w ojczyźnie mit i reduta. Gdy okaże się, że ukradli już nawet pędzle i farbę do jego malowania, ruszą starym szlakiem targowiczan?


Ostatnia aktualizacja: niedziela, 14 października 2012 16:00

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.