Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Wałęsa gryzie rękę, która go wypromowała

Lech Wałęsa napisał w tygodniku "Wprost" - http://www.wprost.pl/ar/346739/W-obronie-wlasnej/
"Pouczający jest przypadek dawnego kolegi, który od lat żyje ze szkalowania mnie, a gdy pojawia się publicznie, to tylko aby napluć na Wałęsę.

Nie zwykłem grzebać w życiorysach i na pewno jeśli ktoś ma jakieś zasługi z czasów walki, nie mnie go osądzać. Niemniej warto zachęcić, aby kiedyś pochwalił się swoim życiorysem, zamiast grzebać wyłącznie w moim. Do czasu dawałem mu wiele możliwości pracy i pomagałem, choć nigdy nie był dla nas w Gdańsku postacią sztandarową – bo przez swoje harce mógł nas tylko pogrążyć.
Dziś, po wygranym z nim procesie, po roku czekania, chcę tylko wykonania prawomocnego wyroku sądu, który mówi prosto: przeproś za kłamstwa, które bez dowodów od lat powtarzasz. Bez skutku. On prawa nie szanuje, sądy i wyroki wyśmiewa. Przyszedł więc czas rozliczenia, nie ma świętych krów. I jakiż tu lament powstał, że go Wałęsa do grobu wpędzi, na bruk pośle. Litują się wszyscy, a ja tylko chcę prawdy i poszanowania prawa. Jak każdy człowiek dbam o dobre imię, bo na koniec to tylko pozostaje. Dziś ten dawny kolega już wyciągać chce ubecję na
pomoc, żeby świadczyła o moich rzekomych winach. Wtedy mnie nie zwyciężyli, to teraz po latach prawdziwy patriota chce ich użyć, byle walczyć z Wałęsą do końca. Paranoja. Ja z tym panem skończyłem."

Odpowiadam -

1. Do czasu wytoczenia mi procesu przez byłego t.w. "Bolek" nigdy się nim w żaden szczaególny sposób nie zajmowałem, przeciwnie - oszczędzałem go w nadziei, że wiek i doświadczenie życiowe skłonią go z czasem do poszanowania prawdy.

2. Wałęsa grzebał już w moim życiorysie, i to nie w sprawach dotyczących życia publicznego, a osobistego. Ja o nim, jako, według jego własnego wyrażenia - "sexomamie", nigdy nie wspominałem.

3. Nigdy niczego od Wałesy nie wziąłem i niczego mu nie zawdzięczam. Nasze stosunki w tej mierze były wyłącznie jednostronne, tzn. ja go od 1978 r. (gdy przyszedł do mnie do domu) do 1990 r. (zwycięstwa w wyborach prezydenckich) bezinteresownie wspierałem.

4. Po "ubecję", czyli Romana Graczyka - funkcjonariusza, który go w 1970 r, zwerbował - sięgnąłem nie ja, a sam Wałęsa w 1998 r, gdy sprowadził go do swego biura chcąc uzyskać od niego zaprzeczenie, że otrzymywał od niego pieniądze. Gdy ja zgłosiłem w sądzie wniosek o przesłuchanie Graczyka, jako świadka, Wałęsa nazywa to "paranoją".

5. Zgadzam się, że nigdy nie byłem "postacią sztandarową" cokolwiek by to miało znaczyć. Zawsze wolałem być osobą prywatną, a w wydarzeniach publicznych uczestniczyłem tylko wówczas, gdy uważałęm to za swój obowiązek. Zawsze starałem się działać tak, by nie skupiać na sobie uwagi osób postronnych. Jestem dumny z takich zachowań, jak np. to po strajku w maju 1988 r., gdy mimo, że byłem doradcą Komitetu Strajkowego i mogłem iść z innymi na czele pochodu do kościóła św. Brygidy, dzięki czemu byłbym na słynnym zdjęciu razem z ludźmi dbającymi o sławę (Wałęsa, Mazowiecki,  Celiński), szedłem wśród stoczniowców anonimowo na szarym końcu. To prawda, że moja obecna sytuacja nieco się pod tym względem zmieniła, ale nie jest to efekt moich życzeń i starań, a skutek cynizmu Wałęsy, który wybrał sobie za przeciwnika właśnie mnie - może uznając mnie słabszym i łatwiejszym do zniszczenia, bo nieznanym - zamiast np. Andrzeja Gwiazdy czy Antoniego Macierewicza, którzy mówili o jego agenturze wcześniej i mocniej ode mnie. Wałęsa może mnie zepchnąć z powrotem w medialny niebyt w sposób bardzo prosty - niech przyzna się do agenturalności i przeprosi swoje ofiary. Pragnę jak najszybszego zakończenia procesu i powrotu do prywatności. Niczego więcej od niego nie oczekuję i nigdy więcej o nim nie wspomnę.

Krzysztof Wyszkowski

Sopot, 9 września 2012 r.

Ostatnia aktualizacja: środa, 12 września 2012 09:12

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.