Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Końce w wodę…

Najwybitniejsi polscy specjaliści wyposażeni w autorytet najważniejszych instytucji państwowych przez ponad rok badali przyczyny katastrofy smoleńskiej i stwierdzili tylko to, co tacy laicy jak premier Donald Tusk, minister Radosław Sikorski i wykonujący obowiązki Prezydenta RP marszałek Bronisław Komorowski wiedzieli od razu – „mógł nie lecieć”.

Choć wszyscy znają rozkład odpowiedzialności, to winnych wskazać nie można. Tych w Polsce - bo „raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy, a tych za granicą - bo rząd polski „nie wypowie Rosji politycznej wojny”.

Nawet w przypadku wysłania na śmierć prezydenta przy konstruowaniu  operacji politycznych nadal skuteczna jest zasada sformułowana przez jednego z twórców III RP Kiszczaka – „końce w wodę”. Czasem dosłownie, jak z księdzem Jerzy Popiełuszką, a czasem domyślnie - „gdyby nie leciał, to by nie spadł”.

Ta zgoda na niewiedzę, a właściwie przestrzeganie zakazu wiedzy, dotyczy wszystkich wydarzeń, stanowiących polityczny fundament obecnego porządku.  Właśnie minęła już 31 rocznica wybuchu strajku sierpniowego, a publiczność nadal nie wie, jak to było z osławionym wałęsowym „skokiem przez mur”. Komorowski i Tusk, a z nimi razem Jerzy Buzek i kupa gości z zagranicy, będą bardzo głośno bili brawo, żeby zagłuszyć pytania: dlaczego Lecha Wałęsę do Stoczni wprowadzał t.w. SB pseudonim „Kolega”; dlaczego w autobiografii podał  zupełnie inne miejsce i dlaczego SB to kłamstwo potwierdziła; skąd wiedział, że to ostatnia chwila, żeby zdążyć na zapisanie do Komitetu Strajkowego?

A teraz nowa tajemnica –śmierć przywódcy Samoobrony. Polityk nie zabija się z powodu kłopotów finansowych czy złego nastroju, ale znowu władze państwa nic o przyczynach nie wiedzą. Aprobująco milczą, gdy z powodu weekendu nie można wszcząć śledztwa i przeprowadzić sekcji zwłok, a dziennikarze tkają zasłony z tekstów w rodzaju „W sieci teorii spiskowych”. Liczą, że trzymając się kupy i nie interesując się tym, czym interesowanie się jeszcze nikomu - ani Janowi Olszewskiemu, ani Jarosławowi Kaczyńskiemu - na zdrowie nie wyszło, utrzymają nie tylko dobre samopoczucie, ale i władzę.

Telewizje przypominają, jak św.p. prezydent Lech Kaczyński wręczał św.p. Andrzejowi Lepperowi ministerialną nominację. Przypominają też, że został zdymisjonowany, jako podejrzany w aferze gruntowej. Czołowe maistreamowe kanalie usiłują wmieszać w aferę nawet tak przypadkowych świadków jak Andrzej Czuma. Wszystko, żeby mnożyć i mylić tropy. Żeby zatrzeć ślad źródeł  kariery rzekomego „politycznego naturszczyka”. Bo tam rozciąga się sfera kompetencji ludzi takich, jak Kiszczak, jego sowieccy nadzorcy i cała gromada „zaufanych ludzi KGB”, z których żaden nie pofatygował się na pogrzeb swego protegowanego i jednocześnie ofiary.

Kiedy zobaczyłem, że wziął w nim udział Wałęsa, przypomniałem sobie jego przestrach, gdy w lutym 1990 r. powiedziałem mu, że ma zgłosić swą wolę usunięcia Jaruzelskiego i zostania prezydentem. Powiedział wówczas: „Oni mnie zabiją”. Później zrozumiałem, że człowiek, który się tłumaczył: „musiałem rozmawiać, musiałem negocjować i niejednokrotnie robić rzeczy, których nigdy inni robić nie musieli” – wiedział, o czym mówi.

Wałęsa tańczy na grobie Lecha Kaczyńskiego, gdy oszczerczo bredzi o rozmowie telefonicznej z pokładu samolotu, mającej być przyczyną rzekomego samobójstwa prezydenta, ale jest naprawdę przestraszony, gdy idzie za trumną  faktycznego samobójcy Leppera. Wie, kto rządzi a w państwie, w którym, jak sam mówił: „Jesteśmy za słabi”, żeby ujawnić organizatorów porwania i zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki.

Wałęsa zawsze był tej wiedzy posłuszny. Tusk wiedział, że musi być posłuszny, musi obalić rząd Olszewskiego, bo „nie może wypowiedzieć politycznej wojny” tym, którzy sfinansowali jego karierę. Komorowski też to wie. Cała elita III RP to wie i dzięki posłuszeństwu wobec tej wiedzy żyje i tyje. Dlaczego więc Lepper, stary wyga i doktor honoris causa specjalistycznych uczelni moskiewskich, kijowskich i mińskich, bywalec i układowiec, twardziel i piskorz, tak się zaplątał, że sam musiał się powiesić?

Wszystko przez chwilę pozwolenia sobie na marzenie. Oto kukła przeznaczona  do czarnej roboty, do walenia we wskazane cele, wyobraziła sobie, że stanie się kimś innym, lepszym, godnym. Nie umiał temu marzeniu podołać. Ale wszystko przegrał nie wtedy, gdy go Kaczyński zdymisjonował, a już wcześniej. Wtedy, gdy temu marzeniu uległ i propozycję wejścia do rządu przyjął. To wtedy popełnił zbrodnię nieposłuszeństwa. Wtedy wszystkie posowieckie cyngle zaczęły wyliczać jego uwikłania. Już wtedy wydał na siebie wyrok. 

Ostatnia aktualizacja: wtorek, 16 sierpnia 2011 14:49
Więcej z tej kategorii: Solidarność znów zwycięży! »

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.