Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Nowe cyngle - stare pistolety

Polskie życie publiczne, a szczególnie media, zdominowane są przez obóz postkomunistyczno-postrewizjonistyczny (komunista – karierowicz najmujący się na sowieckiego janczara, rewizjonista - wierzący bolszewik po odsunięciu od władzy, domagający się prawa głosu dla siebie, ale nadal walczący z demokratami, jako „faszystami”).

W 1989 r. Natolińczycy uznali swoje błędy i znowu oddali „Trybunę Ludu” Puławianom, w zamian uzyskując dyspensę za Marzec`68. Jaruzelski z Kiszczakiem wspierali GW, a  Michnik stawał jako świadek obrony w sejmie i w sądzie.

Historycznie rzecz biorąc, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie dwa zjawiska innej natury. Pierwsze, to sukces masowego naboru do służby temu sojuszowi dżumy z cholerą ludzi młodych, nowoczesnych, często bardzo zdolnych, pracowitych i inteligentnych, najmujących się do brudnej roboty w charakterze tzw. cyngli. Być może jednak też jest to prawidło historyczne, analogiczne do kolaboracji z sowietyzmem podjętej przez licznych  inteligentów zaraz po upadku Powstania Warszawskiego. I po roku 1944 i po roku 1989 trzeba było wybierać pomiędzy uczciwością, a karierą.

Drugim fenomenem, jak się wydaje, bez historycznego precedensu, jest całkowicie dobrowolny i bezinteresowny (przynajmniej w tak ważnym dla cyngli sensie finansowym) akces do propagandy Układu gromady nobliwych starców. Już tylko z racji wieku można by oczekiwać, że Ci nie dadzą się nabrać na plewy i nie powieszą swoich życiorysów, jako tarcz na zaporze broniącej interesów nieprawej władzy. Okazuje się, że starość bywa ofiarą zemsty zawistnego wobec Szlachetnych losu i tryumfem zdrowia nad rozumem.

Symbolem takiej samo ośmieszającej się starości stał się Władysław Bartoszewski, który odnalazł się w nowoczesności w formie, której zapewne nigdy nie pragnął i się jej nie spodziewał – oto stał się celebrytą obsadzanym w komiczno-strasznych filmikach umieszczanych na Youtube. A jednak, przy całej irytacji, jaką może wywoływać obecne zachowanie Bartoszewskiego, nie wolno zapomnieć, że, jako więzień Auschwitz, żołnierz Armii Krajowej, działacz Żegoty i wzór niezłomności w czasach, gdy Puławianie z Natolińczykami wspólnie niszczyli polskość, był i pozostanie bohaterem. Pamiętajmy, że – jak opowiadał Mirosław Chojecki – w latach 70. jako jeden z nielicznych powtarzał: „Trzeba walczyć o niepodległość.”

Zupełnie innym rodzajem „strasznego dziadziusia” jest Stefan Bratkowski, wracający na pierwsze strony gazet dzięki oddaniu kilku strzałów z zardzewiałego nagana, który przechował z czasów „walki z faszyzmem” pod kierownictwem Moczara. Porównując Jarosława Kaczyńskiego z Mussolinim  Bratkowski zapomina przestrogi ś.p. Janeczki Zakrzewskiej, za młodu komunistki jeszcze bardziej niż on płomiennej, ale nie zakłamanej: „jeśli wszystko jest faszyzmem, nic nie faszyzmem” (Zakrzewska umieściła to ostrzeżenie w Więzi w szóstą rocznicę Marca`68, gdy ówczesna propaganda rządowa kierowała zarzut faszyzowania wobec „gęgaczy”, czyli rewizjonistów!).

Mówiąc o Bratkowskim warto przypomnieć, że właśnie mija 22 rocznica posiedzenia Komisji Porozumiewawczej, podczas której Kiszczak z Geremkiem i resztą liderów Solidarności, uginających się pod ciężarem „aureol” wiszących nad ich głowami jak gilotyna, naprawili nieodpowiedzialny błąd wyborców z 4 czerwca i oddali komunistom 49 mandatów do sejmu. Bratkowski (którego brat nie dał się wyrzucić z PZPR i dzięki temu, że trwał przy Jaruzelskim do końca, został wyznaczony na posła w II turze) był tak wierny „kontraktowi” z Pałacu Namiestnikowskiego, że wiosną 1992 r., po powołaniu przez pierwszy demokratycznie wybrany sejm rządu Jana Olszewskiego, w swoim programie w TVP krzyczał z ekranu - Jesteście oszołomy, my was nie uznajemy!

Byłem zdziwiony jawnym antydemokratyzmem prezesa SDP, ale pamiętałem  konfuzję w jaką wprawił mnie on sam i jego koteria dziennikarska w r. 1981. W tym czasie do SDP wstąpiło kilka osób z  redakcji biuletynu Agencji Solidarności (kierowanego przez Helenę Łuczywo). Ucieszona takim plonem Wanda Falkowska, koleżanka z Tygodnika Solidarność, mnie również do tego gorąco namawiała. Gdy zapytałem o to nagabywanie Tadeusza Mazowieckiego, ze zdziwieniem usłyszałem radę, żebym wstąpił, bo wynikają z tego poważne korzyści socjalne. Zaoferował nawet swoją pomoc, jako osoby razem z Wandą wprowadzającej.

W tym czasie nic nie wiedziałem o tzw. skomplikowanej przeszłości Mazowieckiego i pomyślałem, że może mylę się w swoim wyobrażeniu, że SDP to organizacja reżimowa i poprosiłem o pokazanie mi statutu. Już pierwszy rzut oka potwierdzał jednak słuszność mojego mniemania. Na pierwszej stronie biło w oczy zdanie, brzmiące jakoś tak: członek zobowiązany jest do uczestnictwa w budownictwie socjalizmu. Byłem zaskoczony nie tym, iż dziennikarze byli najemnikami sowietyzmu całkiem literalnie, ale dlatego, że nawet ludzie robiący wrażenie przyzwoitych, też podpisali takie cyrografy.

Problem w tym, że nawet dzisiaj Bratkowski nie jest wyobcowanym posowieckim rarogiem, w rodzaju tych żołnierzy japońskich, których jeszcze kilkadziesiąt lat po wojnie znajdowano w dżunglach indonezyjskich, gdzie nie wiedząc o kapitulacji ukrywali się w oczekiwaniu na nadejście odsieczy, a typowym reprezentantem wpływowego środowiska. W III RP nadal opłaca się ta sama postawa, co w PRL – z władzą przeciw społeczeństwu pod hasłem: Precz z faszyzmem! Niech żyje centralizm demokratyczny!

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.