Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Sprawa Wyszkowskiego, sprawa Galileusza

Precedens sprawy Wyszkowskiego można uznać za przejaw nowego zjawiska – przemocy sądowej. Zacznie ona niewątpliwie uderzać w coraz szersze kręgi badaczy, zwłaszcza tych najwartościowszych – młodych, idealistycznych, bezkompromisowych.

Jego Świątobliwość nakazał Panu kardynałowi Bellarmino wezwać rzeczonego Galileo do siebie i upomnieć go, aby porzucił rzeczoną opinię. W przypadku odmowy posłuszeństwa, Komisarz ma mu nakazać, w obecności notariusza i świadków, aby powstrzymał się całkowicie od nauczania lub obrony tej opinii i doktryny, a nawet od dyskutowania jej. Jeżeli nie zgodzi się on na to, należy go uwięzić.

Z oświadczenia głównego inkwizytora w sprawie Galileusza, 25 lutego 1616 r.                                                                                                            I.

24 marca br. przed Sądem Apelacyjnym zapadł wyrok, w którym  Sąd zobowiązał pozwanego Krzysztofa Wyszkowskiego do opublikowania w terminie 30 dni od uprawomocnienia wyroku, w Programie 2 TVP, w czasie emisji w godzinach od 18:00 do 18:15 lokalnego programu informacyjnego „Panorama” Gdańskiego Ośrodka TVP S.A. oraz w głównym wydaniu programu informacyjnego „Fakty” telewizji TVN, emitowanego w godzinach od 19:00 do 19:30, oświadczenia następującej treści: „W dniu 16 listopada 2005 r. w programach informacyjnych „Panorama” 2 Programu TVP i „Fakty” telewizji TVN wyemitowano moje oświadczenie, iż powód Lech Wałęsa współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa i pobierał za to pieniądze. To oświadczenie stanowiło nieprawdę i naruszało godność osobistą i dobre imię Lecha Wałęsy, wobec czego ja Krzysztof Wyszkowski odwołuję je w całości i przepraszam Lecha Wałęsę za naruszenie jego dóbr osobistych”.

Lech Wałęsa, uskrzydlony wyrokiem, już zapowiedział pozywanie historyków zajmujących się jego życiorysem.

Jak dotkliwa jest kara? Odczytanie nakazanego przez Sąd tekstu zajmuje ok. pół minuty. Koszt wyemitowania 30-sekundowego ogłoszenia w TVN w godz. 19:00-19:30, wg cennika na maj 2011 r., wynosi 55 000 zł. Tak więc samo oświadczenie w TVN to suma rzędu 100 tysięcy złotych. Dodajmy, iż Wyszkowski utrzymuje się z pisania felietonów, więc ma dochody „poniżej zdolności kredytowej”. Dalszy przebieg wydarzeń można łatwo przewidzieć. Jeżeli Wyszkowski ogłoszeń nie da, prawdopodobnie wpierw zostanie skazany na grzywnę, potem na kolejną, przy czym kwoty mogą być rzędu dalszych dziesiątków tysięcy złotych. Następnym etapem będzie zajęcie majątku i dochodów przez komornika. Są to represje w stylu późnego stanu wojennego, kiedy to za druk ulotek zabierano „narzędzie przestępstwa” – samochód, którym je rozwożono, lub mieszkanie, w którym była drukarnia.

Wtedy był to majątek całego życia. Dziś, dla młodego historyka, próbującego zabrać się za niebezpieczną tematykę, sygnał jest równie czytelny: ogłosisz wyniki –  zapłacisz grzywnę wielkości kredytu mieszkaniowego, a o karierze naukowej, lub choćby pracy w szkole, zapomnij.

II.

Zajmijmy się teraz stronią merytoryczną wyroku. Uzasadnienie sprowadza się do stwierdzenia, iż Krzysztof Wyszkowski „nie wiedział, a powiedział”. Nie wiedział, czy Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB, nie tylko dlatego, że nie był w posiadaniu odpowiednich dokumentów, ale nawet jeżeli takie dokumenty istniały, to nie mógł o nich wiedzieć. Przykładowo, jak zauważył Sąd, Sławomir Cenckiewicz dokonał swych zasadniczych ustaleń dopiero w latach 2006-2008, a Wyszkowski wypowiadał się w roku 2005. Z takich samych powodów Sąd nie uwzględnił zeznań funkcjonariusza SB Janusza Stachowiaka, twierdzącego, iż Lech Wałęsa nie tylko był tajnym współpracownikiem SB, ale wcześniej współpracował również z Wojskową Służbą Wewnętrzną i Milicją Obywatelską. Stachowiak złożył je przed Sądem Okręgowym w Gdańsku dopiero w kwietniu 2010 r., a więc jeszcze później.

Wyszkowski niewątpliwie znał opublikowane przez Grzegorza Majchrzaka w „Rzeczpospolitej” 11 lipca 2005 r. omówienie trzech dokumentów pochodzących z 1985 r., dotyczących fikcyjnego „przedłużenia działalności” TW ps. Bolek, tj. Lecha Wałesy, o minimum dziesięć lat w związku z przygotowywaną prowokacją, mającą uniemożliwić przyznanie Lechowi Wałęsie Nagrody Nobla. Dla człowieka umiejącego czytać tekst ze zrozumieniem jest rzeczą jasną, iż SB w swych wewnętrznych raportach, pochodzących z 1985 r., traktowała wcześniejszą współpracę Lecha Wałęsy z „resortem” jako fakt oczywisty. Autentyczności powyższych dokumentów nie kwestionował ani Lech Wałęsa, ani sądy.

Natomiast Wyszkowski rzeczywiście nie mógł znać w 2005 r. np. pisma Ministra Spraw Wewnętrznych Zbigniewa Siemiątkowskiego, wystosowanego do prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego 27 września 1996 r., lecz odtajnionego przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego dopiero 8 maja 2007 r. W piśmie czytamy m.in.:

Uprzejmie informuję, że w wyniku realizacji polecenia Pana Prezydenta podjęte w Urzędzie Ochrony Państwa działania zmierzające do wyjaśnienia stanu posiadania materiałów archiwalnych dotyczących współpracy Lecha Wałęsy z b. Służbą Bezpieczeństwa doprowadziły do następujących ustaleń:

  1. Byłemu Prezydentowi RP Lechowi Wałęsie dwukrotnie przekazane zostały materiały b. SB dotyczące jego osoby, pochodzące z lat 1970-1989. Po raz pierwszy nastąpiło to w okresie pomiędzy 5.06.92 r. a 25.09.92 r. i po raz drugi 28.09.93 r.(...)
  2. W oparciu o dokonaną analizę materiałów aktualnie znajdujących się w UOP stwierdzono, że nie zostały zwrócone do chwili obecnej m.in. dokumenty dotyczące agenturalnej działalności Lecha Wałęsy, notatki i doniesienia agenturalne od Lecha Wałęsy, jego dokumenty rejestracyjne, pokwitowania Lecha Wałęsy na odbiór wynagrodzenia za działalność agenturalną, analiza sprawy operacyjnego rozpracowania krypt. „Bolek”, ekspertyzy kryminalistyczne i inne (...). Przedsięwzięto działania w celu stwierdzenia, czy brakujące dokumenty  nie znajdują się nadal w Kancelarii Prezydenta RP. Wynik tych działań jest negatywny.

Wyszkowski nie mógł również znać uzasadnienia postanowienia z dnia 20  maja 1999 r. o umorzeniu śledztwa przeciwko Andrzejowi Milczanowskiemu, Jerzemu Koniecznemu i Gromosławowi Czempińskiemu, gdyż odtajnione ono zostało przez Prokuratora Okręgowego w Warszawie dopiero 21 sierpnia 2007 r.

Dokument jest tak szczególny, że warto byłoby go przytoczyć w całości, skoncentrujmy się jednak na kilku fragmentach dotyczących przekazania dokumentacji tajnego współpracownika ps. „Bolek” do Belwederu, w tym oryginału karty ewidencyjnej E-14 TW „Bolek”, i następnie odkrycia przez UOP zniszczeń w materiałach zwróconych przez Lecha Wałęsę.

Pierwszy przegląd dokumentów zwróconych do UOP przez Lecha Wałęsę nastąpił 22  września 1992 r. Zacytujmy Prokuraturę Okręgową w Warszawie:

Został sporządzony wykaz braków, z którego wynikało, że zaginęło ok. 50 kart dotyczących przede wszystkim informacji związanych z pracą TW Bolek” –   około 12 stron, 6 stron dotyczyło wykazu osobowego źródeł informacji wśród delegatów na zjazd NSZZ „Solidarność w 1980 r. oraz krótkich charakterystyk działaczy NSZZ Solidarność”, jak też z rozmowy przeprowadzonej 1415 grudnia 1970 r. z Lechem Wałęsą. Brakujące karty zostały wyrwane, o czym świadczyły kawałki papieru, z poszczególnych tomów akt archiwalnych z Gdańska (...).

Zwrócono się do Lecha Wałęsy o zwrot pozostałych dokumentów. Po kilkunastu dniach wróciły jakieś papiery w szarej kopercie formatu A-4oklejonej, przeszytej, opatrzone pieczęciami „Sekretariat prezydenta RP” z adnotacją  „nie otwierać bez zgody prezydenta Lecha Wałęsy”. Materiały te nie były otwierane i zostały zdeponowane w sejfie szefa UOP.

Lech Wałęsa ponownie otrzymał te dokumenty 28 września 1993 i zwrócił 24 stycznia 1994r. Prezydent przekazał paczkę z dokumentami opakowaną w brązowy papier, którego załamania oklejone były białą taśmą. Na paczce przyklejone były trzy karteczki, na każdej z nich figurował napis tajne specjalnego znaczenia, rozpieczętować można tylko po uzyskaniu zgody prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”. Na jednej z nich figurował podpis Lecha Wałęsy.

Paczki nie otwierano aż do 19 lipca 1996 r., kiedy to komisja UOP dokonała otwarcia i przeglądu dokumentów. Z porównania treści protokołów z dnia 5 czerwca 1992 r., 25 września 1992 r. i 19 lipca 1996 r. wynika, iż zawartość paczki zwróconej przez prezydenta w dniu 24 stycznia 1994 r. różni się zdecydowanie od zawartości dwóch pakietów przekazanych mu w dniu 28 września 1993 r. Każdy tom, z 6 akt archiwalnych z delegatury UOP w Gdańsku został uszczuplony o kilka bądź kilkadziesiąt kart, brakuje też w nich spisu treści, akta są nieopieczętowane. Brak szarej koperty z zawartością oraz notatek wymienionych w pkt. 8, 9, 10 i 11 protokołu z dnia 25 IX 1992 r. Ponadto dołączono materiały, których nie było zarówno w czerwcu 1992 r. jak i we wrześniu 1992 r., jak koperta z zawartością akt osobowych Lecha Wałęsy, które zostały wypożyczone od dyrektora Stoczni Gdańskiej przez ministra spraw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego w dniu 25 III 1994 r. Jak widać, Wałęsa nie tylko ponownie doprowadził do zniszczenia części dokumentów, lecz równocześnie do umieszczenia w UOP, jako tajne specjalnego znaczenia, swoich akt osobowych wypożyczonych od dyrektora Stoczni Gdańskiej.

To nie koniec. 25 kwietnia 1994 r. Gromosław Czempiński przekazał Lechowi Wałęsie 54 mikrofilmy zawierające 2612 klatek dokumentów dotyczących Bogdana Lisa, Jacka Merkla, Bogdana Borusewicza, Lecha Kaczyńskiego i Lecha Wałęsy. 28 października 1996 r. szef UOP płk. Andrzej Kapkowski zawiadomił prokuraturę, iż mikrofilmy nie zostały zwrócone. Nie odnaleziono ich do dnia dzisiejszego.

Już po powstaniu Instytutu Pamięci Narodowej zaczęto w archiwach odkrywać kolejne dokumenty dotyczące TW „Bolka”, nieznane UOP i kancelariom prezydentów RP. Co ciekawe, nawet stosunkowo niedawno odtajniono kolejne materiały związane z TW „Bolkiem” – pracując nad projektem badawczym w czytelni gdańskiego oddziału IPN byłem przypadkowo świadkiem sceny, gdy jeden z historyków trafił na właśnie taki dokument.

Z końcowych uwag uzasadnienia umorzenia śledztwa dowiadujemy się również, iż przestępstwa z art. 276 kodeksu karnego (kto niszczy, uszkadza, czyni bezużytecznym, ukrywa lub usuwa dokument, którym nie ma prawa wyłącznie rozporządzać, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2) nie można było ścigać, z uwagi na artykuł 145 Konstytucji RP stwierdzający, iż  Prezydent Rzeczypospolitej za naruszenie Konstytucji, ustawy lub za popełnienie przestępstwa może być pociągnięty do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu, co nie leży w gestii prokuratury, lecz Parlamentu.

III.

Z cytowanych powyżej dokumentów Prokuratury Okręgowej w Warszawie wynika, iż prezydent Lech Wałęsa dokumenty przekazywane mu przez UOP odbierał osobiście, a odbiór potwierdzał swym podpisem. Podobnie działo się z dokumentami, które oddawał. Krótko mówiąc, ponosi całkowitą odpowiedzialność za ich zniszczenie, niezależnie od tego, czy kartki wyrywał własnoręcznie, czy robili to jego współpracownicy.

W materiałach, za których zniszczenie Lech Wałęsa jest odpowiedzialny, znajdował się, jak czytamy w materiałach Prokuratury, w szczególności oryginał karty ewidencyjnej E-14 TW „Bolek”. Kserokopię tego dokumentu odnaleziono później w IPN. Niektóre oryginalne dokumenty, dotyczące TW „Bolek”, zostały w kancelarii Lecha Wałęsy, zapewne przez przypadek, zniszczone jedynie częściowo, z racji na nietypowe ustawienie stron.

Autentyczność innego dokumentu, znanego jedynie z kopii, potwierdził przed prokuratorami IPN kpt. Edward Graczyk, pierwszy oficer prowadzący TW „Bolka”. Co ciekawe, Sąd Lustracyjny nie przesłuchał Graczyka, gdyż uznał go za zmarłego. Ku zaskoczeniu prokuratorów IPN okazało się jednak, że Graczyk żyje i mieszka w Gdańsku. Żeby to wykryć, wystarczyło wpisać jego nazwisko w system PESEL.

O ile mi wiadomo, jak dotąd nie udało się zakwestionować ani jednej analizy przeprowadzonej przez Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gonarczyka w książce SB a Lech Wałęsa – przyczynek do biografii. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest „zmartwychwstanie” kapitana Graczyka. Paradoksalnie, błąd autorów polegał na zaufaniu ustaleniu dokonanemu przez Sąd Lustracyjny.

Stosując więc zwykłe reguły racjonalnego rozumowania, biorąc pod uwagę również fakty, które znam z bezpośredniego doświadczenia i zapoznawszy się bardzo szczegółowo z dostępną literaturą przedmiotu stwierdzam, iż nie budzi we mnie najmniejszych wątpliwości teza, iż w okresie po Grudniu’70 Lech Wałęsa był świadomym tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Bolek”, którego donosy dotyczyły m.in. stoczniowców Józefa Szylera, Alfonsa Suszka, Romualda Krukowskiego, Henryka Lenarciaka, Jana Miotka, Mieczysława Tolwala, Bogdana Opali i Henryka Jagielskiego. Nie wierzę również, żeby teza ta nie była oczywista dla jakiegokolwiek historyka zajmującego się tą, lub podobną problematyką.

IV.

Wróćmy do sprawy Krzysztofa Wyszkowskiego. Został on skazany, gdyż – jak czytamy w uzasadnieniu wyroku – w telewizyjnej wypowiedzi stwierdził jednoznacznie „...dzisiaj status pokrzywdzonego nie oznacza, że się nie było agentem. Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem o pseudonimie BOLEK, donosił na swoich kolegów, brał za to pieniądze”.  Taka kategoryczna wypowiedź i dotkliwy zarzut powinny były opierać się na sprawdzonych i pewnych dowodach, których nie było i nie ma, jak niewadliwie ustalił sąd okręgowy.

Po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego z dnia 26 października 2005 r., zobowiązującego IPN do przyznania statusu pokrzywdzonego każdej osobie oczyszczonej przez Sąd Lustracyjny, IPN musiał Lechowi Wałęsie przyznać status osoby pokrzywdzonej w sensie ustawy o IPN, niezależnie od zgromadzonej w archiwach dokumentacji. W tym sensie status pokrzywdzonego ma w wypadku Lecha Wałęsy znaczenie podobne, jak status zmarłego, przysługujący kapitanowi Graczykowi.

Ponadto, zachowane oryginalne materiały Prokuratury Okręgowej w Warszawie stwierdzają jednoznacznie, że Lech Wałęsa jest bezpośrednio odpowiedzialny za zniszczenie oryginału karty ewidencyjnej TW „Bolka” oraz niszczenie innych dokumentów, również oryginalnych. Zestawienie wszystkich dostępnych obecnie oryginalnych dokumentów wytworzonych przez Służbę Bezpieczeństwa, Urząd Ochrony Państwa i Prokuraturę tworzy spójną całość, która, wg standardowych kryteriów racjonalności, tworzy jeden wielki, sprawdzony i pewny dowód na tezę Wyszkowskiego. Używanie przez Sąd Apelacyjny w tym kontekście koronnego argumentu, iż dowodów nie było i nie ma, jest absurdalne i obraża  ludzki rozum.

V.

Obrońców Lecha Wałęsy zaskoczy zapewne porównanie sprawy Wyszkowskiego ze sprawą sądzonego przez Świętą Inkwizycję wielkiego włoskiego przyrodnika Galileusza (1564-1642).

Sprawa Galileusza ciągnęła się kilkanaście lat. Podstawowym zarzutem była głoszona przez niego za Mikołajem Kopernikiem teza, iż Słońce jest nieruchome, a Ziemia obiega je po orbicie. Święte Oficjum, po uzyskaniu odpowiednich opinii, stwierdziło w lutym 1616 r., iż tezy głoszone przez Galileusza są bezsensowne i absurdalne z punktu widzenia filozoficznego a także formalnie heretyckie.

Dosłownie w tym samym czasie Johannes Kepler (1571-1630) przygotowywał do druku dzieło Epitome astronomiae Copernicanae, opublikowane w latach 1617-1621, gdzie sformułował swoje trzy prawa opisujące mechanikę ruchu planet w Układzie Słonecznym. Z dzisiejszego punktu widzenia, prawa Keplera były dużo bardziej zaawansowane i szczegółowe, niż tezy głoszone przez Galileusza. Galileusz zresztą ponoć całkowicie ignorował osiągnięcia Keplera, a na obronę swoich tez przez sądem używał jedynie całkowicie błędnego argumentu, jakoby dowodem na ruch obrotowy Ziemi miały być przypływy i odpływy morza. Ostatecznego dowodu na poprawność praw Keplera, a zatem również tez Kopernika i Galileusza, dostarczył dopiero w 1687 r. Izaak Newton, wyprowadzając je z praw grawitacji tak, jak uczymy tego do dziś studentów drugiego roku fizyki.

22 czerwca 1633 r. Galileusza skazano na areszt domowy i cotygodniowe odmawianie psalmów pokutnych. Kilka dni wcześniej, papież Urban VIII wydał instrukcję następującej treści: Rzeczony Galileo ma być przesłuchany co do jego intencji, nawet z groźbą tortur. Jeśli ją podtrzyma, ma wyprzeć się podejrzewanej u niego herezji na plenarnym zgromadzeniu Kongregacji Urzędu Świętego. Potem ma być skazany na uwięzienie według upodobania Świętej Kongregacji i należy mu rozkazać, aby nie rozprawiał nadal, w jakikolwiek sposób, ani w słowach ani w piśmie, o ruchomości Ziemi i stabilności Słońca. W przeciwnym wypadku narazi się na kary za recydywę. Książka autorstwa Galileusza, podobnie jak dzieła Kopernika i Keplera, została zakazana przez cenzurę.

Galileusz skazany został stosunkiem głosów 7:3, gdyż odmówił przedstawienia koncepcji kopernikańskiej tylko jako hipotezy, a nie jako pewnika. Areszt domowy odbywał początkowo w wilii Medyceuszów w Pincio, następnie jako gość w pałacu arcybiskupim w Siennie. Nie skonfiskowano mu majątku i umożliwiono prowadzenie dalszych badań naukowych. Był odwiedzany przez naukowców i dostojników kościelnych. Areszt uchylono mu po trzech latach.

Nawet jeżeli przyjąć, iż wyrok Świętej Inkwizycji był w stosunku do Galileusza stosunkowo łagodny – był to w końcu wiek siedemnasty i gorsze rzeczy się działy – trudno zaprzeczyć, że został on poddany przemocy wynikającej bardziej z ideologii, niż z poszukiwania prawdy.

Przyznał to zresztą Kościół w 1992 r., gdy na wniosek Jana Pawła II sprawę Galileusza wznowiono, doprowadzając do rehabilitacji przyrodnika. W przemówieniu na sesji plenarnej Papieskiej Akademii Nauk w dniu 31 października 1992 r., Jan Paweł II stwierdził:

Sprawa Galileusza może także dla nas stać się lekcją, przydatną w analogicznych sytuacjach, które istnieją dziś lub mogą się pojawić w przyszłości.

VI.

Święte Oficjum ścigało przyrodników za głoszenie tez prawdziwych i już wtedy uznawanych przez ówczesną elitę naukową za dobrze uzasadnione. W III RP podobny los zaczyna spotykać osoby badające historię najnowszą. Lech Wałęsa, po każdym dla niego korzystnym rozstrzygnięciu prawnym – choćby nie wiadomo jak absurdalnym z logicznego punktu widzenia – nabiera sił niczym gigant Anteusz po zetknięciu z ziemią. Lada moment los Wyszkowskiego podzielą Cenckiewicz, Gontarczyk, Zyzak, Dudek...

Niestety, sprawdza się proroctwo, które wygłosiłem na zakończenie recenzji monografii SB a Lech Wałęsa – przyczynek do biografii, którą opublikowałem w 2008 r. w listopadowo-grudniowym numerze Biuletynu IPN. Pisałem wtedy:

Wojciech Chudy, filozof, który ostatnie ćwierć wieku swego życia poświęcił analizie fenomenu kłamstwa napisał, w wydanym pośmiertnie dwutomowym Eseju o społeczeństwie i kłamstwie, przestrogę następującą: „Przy użyciu środków słabych, soft, takich jak sofistyczna argumentacja, bałamutny dyskurs, zlekceważenie, obojętność itp., prawda ostanie się i po jakimś czasie zaistnieje w kontekście społecznym. Zostanie ujawniona, wyjdzie na jaw, oskarżycielsko wypowie swoją rację. Dlatego wrogowie prawdy wiedzą, że jedynym środkiem, skutecznie się jej przeciwstawiającym, jest destrukcja, przemoc prowadząca do unicestwienia”. Czyli czeka nas prawdopodobnie „przemoc prowadząca do unicestwienia”, a jej cel nietrudno sobie wyobrazić: IPN ma nie być w stanie nigdy więcej wydać podobnej publikacji. Głosy takie już się pojawiają na łamach „Gazety Wyborczej”, więc atak na IPN jest tylko kwestią czasu. Sądzę, że szczególna odpowiedzialność moralna spocznie wówczas na środowiskach akademickich, jako grupie opiniotwórczej w sposób naturalny upoważnionej do wypowiadania się w obronie swobód naukowych.

IPN, w realizowanym obecnie wariancie ustawy bułgarskiej, na dodatek wewnętrznie sprzecznym, bo podpisanym przez prezydenta Komorowskiego bez kilkudziesięciu poprawek zgłoszonych przez komisję Senatu RP, popadnie w paraliż decyzyjny i z pewnością niczego niezgodnego z wolą establishmentu nie opublikuje. Nam pozostaje bardzo konkretny problem obrony osób, które –  jak Wyszkowski – są świadkami historii i same mają naturalne prawo do formułowania ocen zdarzeń historycznych, albo – jak Paweł Zyzak – są utalentowanymi i odważnymi studentami, chcącymi badać rzeczy istotne, a nie tylko politycznie poprawne.

VII.

Precedens sprawy Wyszkowskiego można uznać za przejaw nowego zjawiska – przemocy sądowej. Zacznie ona niewątpliwie uderzać w coraz szersze kręgi badaczy, zwłaszcza tych najwartościowszych – młodych, idealistycznych, bezkompromisowych.  Sytuacja staje się poważna i nie bardzo wiadomo, co z nią zrobić. Założyć Komitet Obrony Historyków, jeździć na rozprawy i zbierać składki na ogłoszenia publikowane w najlepszym czasie antenowym w TVN?

Krzysztofowi Wyszkowskiemu zostało już tylko kilka dni, bo wyrok jest prawomocny. Trzeba więc przestać udawać, że nic się nie dzieje. Władze III RP, niczym ekipa Gierka, czułe na każde zmarszczenie brwi ze strony  zagranicy, są niewrażliwe na krajową opinię publiczną. Niczym w schyłkowym PRL, musimy zacząć odwoływać się do opinii międzynarodowej. Środowiska naukowe i artystyczne mają tutaj duże możliwości.

Nie sądziłem, że doczekam takiego déjà vu.

Marek Czachor

Gdańsk, 13 kwietnia 2011 r.

Autor: dr hab. Marek Czachor, fizyk teoretyk, profesor Politechniki Gdańskiej. W stanie wojennym, będąc studentem trzeciego roku fizyki, został skazany przez Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni na 3 lata pozbawienia wolności.

Ostatnia aktualizacja: piątek, 13 maja 2011 16:24

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.