Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

„When Obama hit Osama”

„Nie ciesz się z upadku wroga, nie raduj się w duszy z jego potknięcia, by Pan widząc to, nie miał ci za złe i gniewu nie odwrócił od niego.” (Prz 24,17-18)

Dzień 1 maja 2011 r. od dawna zapowiadany był, jako wielkie święto papieża - Polaka, a więc również święto wszystkich Polaków, Polski i polskości. Wydawało się, że cały świat jednoczy się w uznaniu wielkości Jana Pawła II, a część z tego podziwu spada na jego rodaków z „dalekiego kraju”, z którego Błogosławiony Carolus Vadovius przybył do stolicy świata, by odnowić nie tylko Kościół, ale i ludzkość.

Okazało się jednak, że świat, po kilku godzinach szczęśliwości, nagle odwrócił swoją uwagę w zupełnie inną stronę – porzucił szacunek dla Apostoła Miłosierdzia, by fetować radość z mordu na człowieku, uznawanym za wcielenie zła. Ten sam prezydent Komorowski, który przed chwilą z rozczuleniem mówił o „ważnym dniu dla Polski” z powodu beatyfikacji, teraz uznał, że „ważny dzień dla Polski”, stanowi śmierć Osamy bin Ladena. Komorowski udzielił nawet wyjaśnienia - dlaczego: „Jest to ostrzeżenie, mówiące, że sprawiedliwość dosięgnie każdego, kto zagrozi ładowi światowemu.”

Można by drwić, że teraz łatwiej jest zrozumieć, dlaczego nie wolno zapalać zniczy na Krakowskim Przedmieściu, gdyby nie fakt, że ten człowiek honoruje i umieszcza w instytucjach państwowych zdrajcę i zbrodniarza, wspólnika sowieckiego ludobójstwa, chcącego zamordować również Jana Pawła II.

Podobna obrzydliwość była w tych dniach najmodniejszym stylem całego „postępowego” świata. Wszystkie telewizje (z TVN, jak zawsze, na czele) jednym tchem zachwycały się radością pielgrzymów na Placu Św. Piotra i szałem  barbarzyńców wiwatujących pod Białym Domem. Patrząc na polityków całego świata (szczególnie na człowieka o minie zbója dożynającego watahy, który zagłuszał własne sumienie twierdząc, że Piotr Stańczak został zabity w Afganistanie z inspiracji Bin Ladena,) przypomniałem sobie straszny widok sprzed kilku lat – grupę Palestyńczyków, którzy w ekstatycznym szale demonstrowali tłumom swoje dłonie unurzane we krwi izraelskiego żołnierza.

Tych morderców pojmano i surowo ukarano, ale politycy, którzy, w ciepłych kapciach, zza pleców mocarnych armii, ekscytują tłumy własną nienawiścią i szczują je do ataków na tych, których arbitralnie wyznaczają, jako „zagrożenie dla ładu światowego”, nie ryzykują niczym. Przeciwnie – zostaną nagrodzeni utrzymaniem władzy (Haaretz wróży - Skalp Bin Ladena daje Obamie więcej szans na reelekcję, niż przedstawienie aktu urodzenia).

W chwili, gdy piszę te słowa, nie znam jeszcze cywilizowanych reakcji na te barbarzyńskie ekscesy (które, jak wierzę, nastąpią), ale czuję się w obowiązku zauważyć, że dotychczas usłyszałem głos (chciałoby się rzec -  chrześcijański) tylko  paru amerykańskich rabinów.

Jeden z nich, jakby w związku z zatopieniem zwłok Bin Ladena w Morzu Arabskim, nawiązał w swoim komentarzu do scen z Księgi Wyjścia. Gdy Morze Czerwone pochłonęło wojska faraona, a Mojżesz i Izraelici wznieśli pieśń ku czci Pana - „Miriam prorokini, siostra Aarona, wzięła bębenek do ręki, a wszystkie kobiety szły za nią w pląsach i uderzały w bębenki.” (Wj 15. 20) Rabin ostrzegł - „Dla zbyt wielu ludzi wojna z terroryzmem wydaje się być czymś w rodzaju meczu piłkarskiego, gdy kibice zagrzewają swój zespół okrzykami: USA! USA! Wygramy!” Powołał się też na Talmud, według którego Bóg upomniał Żydów radujących się ze śmierci wrogów w Morzu Czerwonym: "Moje  stworzenia giną w morzu, a wy teraz postanowiliście śpiewać o tym?"

Ale „sypią się wojska, których Bóg i wiara jest car”, więc telewizje fundują inne treści. Radość z beatyfikacja JP2 została wtłoczona pomiędzy młot zachwytu dla ślubnego superspektaklu, a kowadło fascynacji okrucieństwem kaźni na terroryście. Okazało się, że taka sekwencja wydarzeń stała się medialnym sukcesem. Czy hierarchia katolicka milczy dlatego, że trwa zatopiona w modlitwie, czy dlatego, że jest zadowolona z osiągnięcia pozycji celebrytów w globalnym system medialnym, gdzie przyćmiła nie tylko indiańskich szamanów, ale nawet takich szołmenów jak Dalajlama.

Choć w Polsce coraz głośniejsi są biskupi, którzy „wybierają przyszłość” i nie chcą pamiętać ani o Tradycji, ani o Smoleńsku, a w Kościele światowym coraz mniej zainteresowania dla współpracy, którą JP2 nawiązał z muzułmanami na rzecz ochrony życia poczętego, poszanowania dla tradycji oraz różnorodności kultur i obyczajów, to przez pamięć  Błogosławionego należy mieć nadzieję, że jego naród nie da się wykorzystać – pod pozorem wojny z terroryzmem - do walki z islamem i jego wyznawcami.

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.