Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Przed II turą wyborów

(Glosa do Gontarczyka)

Po serii sztampowych analiz autorstwa specjalistów spod znaku TVN i pokrewnych mediów mamy pierwsze sensowne uwagi na temat preferencji wyborczych Polaków. Wczorajsza „Rzeczpospolita" (29 czerwca 2010) drukuje tekst Piotra Gontarczyka „Polska B zagłosuje na Komorowskiego?"

Co w tych uwagach szczególnie rozsądnego? Otóż autor artykułu w sposób przekonujący dowodzi, iż wiązanie wyników pierwszej rundy wyborów z czynnikami takimi jak dziedzictwo porozbiorowe, wysokość dochodu narodowego na głowę mieszkańca, poziom wykształcenia elektoratu i stopień rozwoju cywilizacyjnego poszczególnych województw, w których wybierano głównie spośród kandydatów PiS-u i PO, służy przede wszystkim celom propagandowym. Według wspomnianych specjalistów na Bronisława Komorowskiego zagłosowali po prostu lepiej wykształceni i bardziej cywilizacyjnie zaawansowani mieszkańcy wielkich aglomeracji tudzież regionów dziedziczących po dawnym zaborze pruskim.Tezy takie nie wytrzymują oczywiście konfrontacji z faktami, bo na marszałka sejmu jako zwycięzcę wskazywali na przykład mieszkańcy biednych Mazur, czyli dawnych Prus Wschodnich, a różnice w poziomie wykształcenia nie przekładają się w zasadzie na podziały regionalne.

Korzenie

Analiza Piotra Gontarczyka prowadzi do całkowicie odmiennych wniosków. W jego ocenie „[...] kandydat PiS wygrał niemal wyłącznie na ziemiach, które przed wojną wchodziły w skład niepodległego państwa polskiego. Tu wydarzenia z lat 1939-1989 w najmniejszym stopniu dokonały ingerencji w wielowiekową tkankę społeczną. Wokół wsi i miasteczek znajdują się świątynie, świadectwa kultury materialnej i wojenne cmentarze przypominające o wielowiekowej wspólnocie. Obszar, na którym wygrał Kaczyński, idealnie pokrywa się z mapą najbardziej intensywnych walk powojennego podziemia."

Wyborcy Komorowskiego stanowią większość głównie na ziemiach odzyskanych, czyli na terenach przesiedleńczych, opuszczonych przez Niemców i stanowiących po II wojnie światowej „kulturową pustynię". Na terenach tych komuniści nie byli „ciałem obcym jak na ziemiach II RP, tylko organizatorem życia społeczno-politycznego. Po amputacji przeszłości i wyrwaniu z naturalnego środowiska ludność dawnych Kresów Wschodnich łatwiej ulegała wykorzenieniu. Wyniki w postaci znacznego poparcia udzielanego tu postkomunistom w każdych wyborach są znaczące. Ten elektorat przejął Bronisław Komorowski."

Trudno nie zgodzić się z tezą Piotra Gontarczyka. Potwierdza ją wiele faktów, choćby to, że enklawy poparcia dla kandydata Platformy Obywatelskiej  na terenach opanowanych przez elektorat Kaczyńskiego usytuowane są bądź to na terenach zamieszkałych przez mniejszości narodowe (jak w powiatach sejneńskim i hajnowskim), bądź też w postkomunistycznych skansenach utworzonych przed laty dla środowisk peerelowskiej milicji i wojska (jak choćby w powiecie legionowskim).

Obyczaje polityczne

W swoich ocenach preferencji wyborczych Piotr Gontarczyk zatrzymał się jednak w miejscu, gdzie należałoby pójść dalej, aby w pełni zrozumieć fenomen poparcia Polaków amerykańskich dla Jarosława Kaczyńskiego. Wyniki głosowania w Stanach Zjednoczonych dowodzą oczywiście fałszywości tezy, iż na Komorowskiego głosowała zamożna Polska A, na Kaczyńskiego zaś biedna Polska B. Samo retoryczne pytanie autora artykułu „[...] co w tym modelu zrobić z amerykańską Polonią, która do definicji zapyziałego zaścianka trochę nie pasuje?" niczego jednak nie wyjaśnia.

Kaczyński wygrał w Stanach w stosunku 69,57 do 25,17 procent (w okręgu chicagowskim, gdzie mieszka najwięcej Polaków, 79,78 do 16,41 procent głosów). Uderzając w ton patosu można by powiedzieć, że 19 czerwca (w dzień przed wyborami nad Wisłą) serce niepodległej Polski zabiło najmocniej za oceanem. Wyników głosowania w Stanach Zjednoczonych nie da się jednak przełożyć na ani na dobrobyt materialny, ani na poziom wykształcenia wyborców. Kwestią znacznie istotniejszą jest to, że miejscowi Polacy odwykli od politycznego chamstwa, jakie w Polsce demonstruje dziś partia rządząca. Nikt przy zdrowych zmysłach, kto przywykł do standardów amerykańskich, nie poprze ugrupowania, którego obliczem stały się twarze posłów Palikota i Niesiołowskiego. Nikt nie zaakceptuje partii, której wizerunek utrwaliły nieodwracalnie gumowy penis i świński ryj.

Czynnikami nie bez znaczenia dla emigracyjnych preferencji mogą być również sprawy takie jak odejście od linii proamerykańskiej polityki zagranicznej poprzedniego rządu, klientelistyczna postawa wobec dawnych zaborców i zagrażający bezpieczeństwu narodowemu Polski i sojuszników flirt z peerelowskimi służbami specjalnymi. Gdy do tego dochodzi tolerowanie korupcji we szeregach PO, postawa polonijnego elektoratu staje się czymś w pełni zrozumiałym. Wyborcze intuicje emigrantów potwierdziło w tym ostatnim przypadku choćby to, że na Bronisława Komorowskiego głosowało ponad 75% przestępców odsiadujących kary w więzieniach.

Być może jest to w jakimś stopniu właśnie kwestia optyki, bo kto wie, czy dystans i oddalenie nie pozwalają widzieć w sposób pełniejszy, w jakim kierunku zmierza polityka władz, które przedmiotem ataku czynią Instytut Pamięci Narodowej a przy tym mają na swych rękach krew prezydenta Rzeczypospolitej, dowódców polskich sił zbrojnych i polskich elit politycznych.

Mobilizacja

Na wyniki wyborów zawsze ma wpływ stopień mobilizacji społecznej. Nie bez znaczenia są wyborcze hasła. Jeśli ktoś musiał opuścić kraj i szukać pracy za granicą, łatwiej zrozumie że hasło „zgoda buduje" jest tylko przykrywką niesprawiedliwej polityki społecznej. A gdy do tego znany reżyser, członek komitetu honorowego kandydata na prezydenta, który niejednokrotnie w czasach komunistycznych demonstrował pogardliwy stosunek do etosu polskiego, nawołuje do wojny o głosy wyborców, przynosi to tylko niezamierzony przez członków sztabu wyborczego kandydata skutek. Elektorat nie poddany na codzień procesowi prania mózgów łatwo pojmie, że nawoływanie do zgody staje się dymną osłoną agresji.

Słowa „Polska jest najważniejsza" adresowane do emigrantów okazują się po prostu o wiele bardziej nośne. W końcu to na wychodźstwie pisał Mickiewicz Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego, w których tłumaczył praojcom, że Polak nie jest ani „tułaczem", ani „wygnańcem", lecz „nazywa się pielgrzymem, iż uczynił ślub wędrówki do ziemi świętej, Ojczyzny wolnej, ślubował wędrować póty, aż ją znajdzie".

Poparcie dla Bronisława Komorowskiego jawi się w tym kontekście jako coś, co trzeba by uznać za objaw społecznej patologii. Jest to patologia niebezpieczna dla zdrowia, ale za oceanem nigdy nie przerodzi się w groźną chorobę. Symptomy jej można dostrzec  co najwyżej w środowisku nowo przybyłych studentów i postkomunistycznej kadry naukowej, która znalazła zatrudnienie na tutejszych uniwersytetach. Głosy postkomunistycznych, opiniotwórczych „elit" znad Wisły, które Rafał Ziemkiewicz nazwał kiedyś sarkastycznie „salonem" nie mają tu wielkich szans spenetrowania polskich umysłów. Nikt w Stanach Zjednoczonych nie musi obawiać się „obciachu", że zostanie uznany za „kaczystę", bo do rozumie, iż lęk przed obciachem to symptom alkowianej, nie salonowej mentalności.

Ważne jest oczywiście także aktywne zaangażowanie w sprawę. Wyniki wyborów z pierwszej tury w trzech sąsiadujących ze sobą powiatach północnego Mazowsza: przasnyskiego, ciechanowskiego i mławskiego potwierdzają, że liczy się każde słowo, każdy gest poparcia. W każdym z tych powiatów wygrał kandydat PiS-u, ale najlepszy wynik (54,19 w stosunku do 22,87 punktów procentowych) uzyskał w powiecie przasnyskim, tam gdzie powstał lokalny komitet promowania jego kandydatury. To w tamtym ośrodku właśnie po katastrofie smoleńskiej stosunkowo najbardziej aktywne poparcie uzyskał również mój apel do Jarosława Kaczyńskiego by zechciał stanąć do walki o urząd prezydencki. Było ono porównywalne ze wsparciem udzielonym tej inicjatywie przez środowiska emigracji.

Wspominam o tym nie dla autoreklamy ale po to, by podkreślić ważność kontaktów między wychodźstwem a lokalnymi ośrodkami w Kraju. Wyniki pierwszej rundy wyborów pokazały, że przekonanie o słuszności popieranych racji wsparte wysiłkiem i mądrym, zsynchronizowanym działaniem może radykalnie zmienić spectrum polityczne i doprowadzić do pełnego zwycięstwa w drugiej turze. Dlatego w przesłaniu zacytuję fragment wiersza „O aniołach" autorstwa emigracyjnego noblisty, który miał na sumieniu różne grzechy, ale przy rozstrzyganiu ważnych kwestii potrafił z reguły wykrzesać z siebie dość siły i mądrości, by nie stanąć po stronie skompromitowanej sprawy:

Słyszałem ten głos nieraz we śnie

I, co dziwniejsze, rozumiałem mniej więcej

Nakaz albo wezwanie w nadziemskim języku:

zaraz dzień

jeszcze jeden

zrób co możesz.

Tadeusz Witkowski

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.