Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

LECH CZY BOLEK

Nikt bowiem tak jak Lech Wałęsa nie przyczynił się
do zniszczenia antykomunistycznej prawicy w Polsce.

Będzie chyba dużym truizmem stwierdzenie, że obecnie żyjemy w takich czasach, iż niewiele może nas zdziwić albo zaskoczyć. Jak się tak dobrze rozejrzeć dookoła, to widać jak na dłoni, że już mało zostało z normalności, wliczając w to aktualnego premiera Australii. Niemniej list Pana S. Gotowicza, wydrukowany na pierwszej stronie Tygodnika Polskiego (numer 9) w sprawie zaproszenia byłego prezydenta tzw. III Rzeczpospolitej na dożynki do Australii wstrząsnął mną potężnie. Przeżyłem szok co, po pierwsze, w moim wieku jest sprawą niebezpieczną z punktu widzenia zdrowia ogólnego ze szczególnym uwzględnieniem kondycji psychicznej. Po drugie zaś list ten potężnie zachwiał moją wiarą nie tyle w mądrość rodaków ile w ich podstawowe poczucie honoru i godności osobistej.

Tak się bowiem składa, że kiedy przyjrzeć się naszej historii to być może nie zawsze działaliśmy mądrze ale honoru to Polakom nigdy nie brakowało co, jakby nie było, jest powodem do narodowej dumy. A teraz okazuje się, że są wśród nas ludzie, którzy albo kompletnie nie zrozumieli co się wydarzyło w
Polsce w ciągu ostatnich 13 lat albo są totalnie wyprani z resztek godności i
dumy narodowej. Osobiście żywię cichą nadzieję, że to pierwsze bowiem brak
wiedzy zawsze można nadrobić czego nie można powiedzieć o honorze.

W tej sytuacji niech mi będzie wolno przypomnieć tu garść informacji z życia
byłego prezydenta Wałęsy, które być może są niektórym z nas mało znane.

Swego czasu Lech Wałęsa wystosował list otwarty do M. Krzaklewskiego, wtedy
przewodniczącego NSZZ „Solidarność”. W konkluzji tego dokumentu dowiedzieliśmy
się, o co tak naprawdę mu chodzi. Mianowicie o to, że “jeśli w kierownictwie
AWS zabraknie woli zmian, będę zmuszony odwołać się do opinii publicznej i
podjąć się dzieła odbudowania wyborczego zaplecza prawicy”.

Lech Wałęsa dobrze wiedział co mówi. Nikt bowiem tak jak on nie przyczynił się
do zniszczenia antykomunistycznej prawicy w Polsce. W świetle jego całej
działalności, osobiście odebrałem ten list jako jedną z najwyższych form
bezczelności.

Kariera tego chłopo – robotnika z Wybrzeża zaczęła się w momencie, kiedy to
Pan Andrzej Gwiazda, założyciel Wolnych Związków Zawodowych, latem 1978 roku
wspomniał przy podsłuchu: „minęło już trzy miesiące (działalności WZZ – przycz.
mój) i nikt z Komitetu Strajkowego z grudnia 1970 do nas się nie zgłosił.”
Warto tu też przypomnieć, że L. Wałęsa był aktywny w tymże Komitecie. Nie
upłynęło kilka dni, kiedy w kościele Mariackim, gdzie WZZ organizowały wspólne
modlitwy w intencji więźniów politycznych, podszedł do państwa Gwiazdów nikomu
wtedy nie znany Wałęsa i buńczucznie oświadczył: „co wy tu tak słabo działacie,
trzeba wziąć się do kupy i zacząć organizować opozycję.”

Ze wspomnień tegoż Andrzeja Gwiazdy (swego czasu publikowanych na łamach
Tygodnika) jasno wynika, że Lech Wałęsa kilkakrotnie potwierdził fakt swej
współpracy z Bezpieką. Między innymi rozpoznawał dla niej głosy kolegów nagrane
na taśmach magnetofonowych ze strajków Grudnia 70, ich twarze ze zdjęć itd. W
ten sposób identyfikował robotniczych przywódców, którzy płacili potem straszną
cenę za wolnościowy zryw.

W sierpniu 1980 roku, trzeciego dnia strajku w Stoczni Gdańskiej, Wałęsa nie
wpuścił na salę obrad Andrzeja Gwiazdy, głównego architekta tamtych zdarzeń.
Jak powiedział p. Andrzej przez głośniki tylko usłyszeli, że Wałęsa podpisał
porozumienie z dyrektorem stoczni po czym oznajmił, że to koniec strajku i
zaraz zaczął śpiewać “Jeszcze Polska nie zginęła”. Bogdan Lis, bliski
współpracownik Gwiazdy z Elmoru i współzałożyciel Międzyzakładowego Komitetu
Strajkowego uważa, że Wałęsa doskonale wiedział co robi, prąc do zakończenia
strajku ze wszystkich sił. Przecież osobiście, przez głośniki, nakłaniał
robotników do opuszczenia stoczni. Jeżeli komukolwiek wtedy zależało na szybkim
ugaszeniu strajku to tylko PZPR, choć nie koniecznie Służbie Bezpieczeństwa.

Mówi pani Ania Walentynowicz, święta Solidarności: “kiedy weszłam na salę
obrad, zorientowałam się, że Wałęsa sam, bez jakichkolwiek konsultacji, odwołał
strajk. Poczułam się wtedy jak zbity pies.” Wtedy też po raz pierwszy ktoś
krzyknął głośno w kierunku Wałęsy: “zdrada”. Na szczęście Alina Pieńkowska wraz
z A. Walentynowicz zdołały zatrzymać cześć opuszczających już stocznię
robotników.

Po pomyślnym zakończeniu strajków w całej Polsce, powstała Krajowa Komisja
Zakładowa NSZZ Solidarność z siedzibą w Gdańsku. Tam też, zaraz na początku jej
działalności, zgłosił się pewien taksówkarz o nazwisku Mieczysław Wachowski.
Powiedział, że chciałby przysłużyć się sprawie i chętnie by woził
przewodniczącego Wałęsę swoim samochodem na co zresztą tenże ochoczo wyraził
zgodę. Niemniej, już po kilku dniach członkowie Komisji Krajowej zostali
poinformowani, że mają do czynienia z kapitanem Służby Bezpieczeństwa, o czym
natychmiast poinformowano Wałęsę. Ten zaś w odpowiedzi oświadczył, że Wachowski
będzie jego szoferem tak czy inaczej, nawet jeśli będzie musiał płacić mu z
własnej kieszeni. I tak też się stało. Jak była rola Wachowskiego przy boku
prezydenta Polski, nie trudno się domyślić. Moim zdaniem, Służba Bezpieczeństwa
nie tyle nie dowierzała Wałęsie ile wiedziała dokładnie, jakie są jego
możliwości intelektualne i w związku z tym musiała mieć koło niego kogoś, kto
by miał na niego oko.

W 1992 roku Jan Parys, szef Ministerstwa Obrony Narodowej, zdymisjonował wice-
admirała Piotra Kołodziejczyka. Chodziło o reorganizację armii i stopniowe
usuwanie z niej starych generałów, szkolonych w Moskwie, co do których mogło
istnieć podejrzenie, że są lojalni tylko w stosunku do dawnych, sowieckich
układów. Poza tym wiadomo było, iż pewna część wyższych oficerów Ludowego
Wojska Polskiego była agentami KGB i jako tacy mogą być szantażem zmuszani do
dalszej współpracy. To posunięcie J. Parysa spowodowało gwałtowny sprzeciw
prezydenta Wałęsy, który wraz z post-komunistami wystąpił w obronie
Kołodziejczyka. Jak potwierdził to sam J. Parys, od tego czasu rozpoczęły się
wspólne naciski na rząd Jana Olszewskiego ze strony kancelarii prezydenta i ex-
bolszewików, skupionych w Sojuszu Lewicy. Chodziło oczywiście o jego jak
najszybsze usunięcie z rządu. I wkrótce tak też się stało. Nie ulega też
najmniejszej wątpliwości, że to tylko Rosja mogła być wtedy zainteresowana
pozostawieniem Kołodziejczyka u steru Polskiej armii. Jan Parys, jedyny
człowiek który próbował zreorganizować Polskie wojsko, musiał odejść. Po nim
nastał Janusz Onyszkiewicz, były KOR-owiec, jeden z najbardziej
niekompetentnych ministrów ale w zdumiewający sposób “długowieczny”. Chyba
jedynym powodem do chwały Onyszkiewicza może być tylko to, że był on najlepszym
alpinistą wśród Polskich polityków. Natomiast nie sądzę, żeby był najlepszym
politykiem wśród alpinistów.


• Re: LECH CZY BOLEK
Przeczytaj komentowany artykuł »
sredni4 30.12.05, 15:30 + odpowiedz
W tym samym 1992 roku Rosjanie dążyli do zamiany swych baz woskowych w Polsce
na tzw. joint venture z Polakami. Nie trzeba było być specjalnie bystrym by
wiedzieć, że dawałoby im to szansę na pozostawienie struktur wywiadowczych,
zaplecza dla działań KGB oraz raz na zawsze sankcjonowałoby to obecność dużych
grup Rosjan na Polskiej ziemi. Rząd Jana Olszewskiego kategorycznie odrzucił tę
propozycję, co znowu spotkało się z ostrym sprzeciwem prezydenta Wałęsy. Targi
w tej sprawie pomiędzy kancelarią prezydencką a Radą Ministrów trwały dość
długo i nie trudno chyba domyśleć się z jakiego powodu L. Wałęsa chciał tych
spółek z Rosjanami.

Natomiast bodajże najbrudniejszą robotę wykonał ten półpiśmienny prezydent
Polski 4 czerwca 1992 roku. Wtedy to, na wniosek sejmu, Antoni Macierewicz,
minister spraw wewnętrznych, przedstawił listę tajnych współpracowników SB,
członków parlamentu. Poseł Kazimierz Świtoń oznajmił wówczas publicznie, iż na
liście agentów Służby Bezpieczeństwa znajduje się także Lech Wałęsa, zakodowany
jako tajny współpracownik “Bolek”. I wtedy stała się rzecz dziwna. W przypływie
paniki Wałęsa przyznał, że podpisał 3 czy 4 papiery w grudniu 1970 roku i
jasnym było, że te dokumenty to było zobowiązanie się do współpracy z SB .
Niemniej nie dość, że to przyznanie się do winy nigdy nie zostało opublikowane
w mediach, to w około dwie godziny później ukazało się inne oświadczenie
prezydenta, w którym zapierał się wszystkiego i jednocześnie zarzucał
Macierewiczowi, iż sfabrykował listę. Jednocześnie Lech Wałęsa zwrócił się do
sejmu z wnioskiem o natychmiastowe odwołanie pierwszego od 47 lat w miarę
patriotycznego rządu Polskiego. Wiedział też dobrze, że pod jego wnioskiem
podpiszą się liderzy post-komunistów, ludowcy z Pawlakiem na czele,
Konfederacja Polski Niepodległej z Moczulskim, który zresztą też był na liście
agentów oraz Unia Demokratyczna z Tadeuszem Mazowieckim jako przewodniczącym. W
takim układzie sił polityczno-mafijnych, na oczach całej Polski i w ciągu
jednej nocy, Lech Wałęsa wykończył rząd Jana Olszewskiego tylko dlatego, że
zaczynał on dawać nadzieję na dekomunizację, podstawową uczciwość polityczną
oraz sprawiedliwość społeczną. Jasna sprawa, że taki rozwój sytuacji godziłby
bezpośrednio w agentów SB.

Jak kilkakrotnie potwierdził to publicznie Lech Kaczyński, w pewnym czasie
bliski współpracownik Wałęsy i szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego w latach
1990 – 91, “Lechu” od początku postawił na dawny układ komunistyczny, na SB-
eckie powiązania. Mam też nagraną na taśmie wideo wypowiedź L. Kaczyńskiego,
gdzie mówi on o tym, iż mało kto wiedział ale prezydent utrzymywał stałe
kontakty z byłymi wysokimi oficerami SB, z kontrwywiadem wojskowym, który wtedy
był przecież kontrolowany przez KGB. Spotkania te miał zawsze organizować
Mieczysław Wachowski. Drogi Lecha Kaczyńskiego i Wałęsy ostatecznie rozeszły
się, gdy po puczu Janajewa w Moskwie, prezydent zwrócił się oficjalnie do
Jaruzelskiego i Kiszczaka z prośbą o konsultacje. Oczywiście obaj
byli “czynownicy” sowieccy doradzali wysłanie depeszy gratulacyjnej do
Janajewa, zatwardziałego komunisty. Ponoć Wałęsa nie zdążył z pocztą, kiedy
okazało się, że Jelcyn wygrał wewnętrzne porachunki w Moskwie. Wiadomo też, że
w trakcie puczu Janajewa, Wachowski nie opuszczał swego szefa na krok ani w
dzień ani w nocy.

Innym ciekawym przyczynkiem historycznym z tamtych czasów jest sprawa
przemówienia, jakie Wałęsa wygłosił w Brukseli, w siedzibie NATO. Wcześniej, w
Polsce, uzgodniono, że znajdzie się w nim jasna wykładnia stosunków Polsko -
Rosyjskich, opartych głównie na poszanowaniu wzajemnej suwerenności. Otóż w
swoim przemówieniu Wałęsa pominął tę kwestię a później okazało się, że to
właśnie Wachowski wykreślił mu ją z gotowego już skryptu. Ano, kapitan SB w tym
czasie był ważniejszy od prezydenta Polski razem do kupy wziętego z rządem. Nie
wykluczone, że powodem takiej sytuacji był fakt, iż ten kapitan SB wiedział
dokładnie gdzie jest teczka “Bolka”, która w jakiś tajemniczy sposób zniknęła z
archiwów MSWiA.

Waldemar Łysiak powiedział kiedyś, że: “Dołęga-Mostowicz (autor Nikodema Dyzmy)
był wielkim prorokiem, bowiem cała książkę poświęcił L. Wałęsie i to na wiele
lat przed jego urodzeniem”. Napisał też W. Łysiak w 1993 roku list otwarty,
zaadresowany do lokatora Belwederu: “Namiętność do przebywania w światłach
rampy, umiejętność zrzucania z szachownicy pionków, biegłość w czarowaniu mową-
trawą o własnym posłannictwie i w tasowaniu kart „z rękawa”, wreszcie
nielojalność wobec ludzi, a stałość w noszeniu Bogurodzicy przy klapie – to za
mało, aby być mężem stanu i prezydentem państwa”. W jeszcze innym liście
otwartym Anna Walentynowicz wzywała Lecha Wałęsę do ujawnienia prawdy o jego
kontaktach ze Służbą Bezpieczeństwa, o tym, że nie przeskoczył muru Stoczni
Gdańskiej, tylko został dowieziony tam motorówką Marynarki Wojennej. Domagała
się też od niego powiedzenia całej prawdy o orgiach seksualnych, organizowanych
mu w Belwederze przez “kapciowego” Wachowskiego. Oczywiście, na żaden z tych
listów Lech Wałęsa nie odpowiedział.

Nie od rzeczy będzie tu też przypomnienie, że planowany przyjazd W.
Jaruzelskiego, Cz. Kiszczaka, L. Wałęsy oraz kilku innych zdrajców narodu
Polskiego na konferencję zorganizowaną przez University of Michigan w dniach 7 –
10 kwietnia 1999 roku nie nastąpił. Stało się tak w wyniku zdecydowanej akcji
Polonii Amerykańskiej pod hasłem „NOT WELCOME”.

Z tej samej Ameryki inny przykład. Otóż po czerwcowym zamachu stanu, którego
ofiarą padł gabinet J. Olszewskiego, z USA wyszedł komunikat, podpisany przez
Edwarda Fijałkowskiego, byłego przewodniczącego Obywatelskiego Komitetu
Wyborczego Lecha Wałęsy. Z tegoż komunikatu dowiadujemy się, że Wałęsa
kompletnie stracił zaufanie amerykańskiej Polonii, która wzywa go, by jako
zdrajca natychmiast złożył swój urząd.

W świetle tego wszystkiego, co tu dotychczas napisałem, jako igraszkę ze
sprawiedliwością można uznać ułaskawienie przez prezydenta Wałęsę mafijnego
bossa w Polsce, nijakiego Andrzeja Zielińskiego „Słowika”, jednego z szefów
wyjątkowo brutalnej mafii pruszkowskiej.

Oczywiście, zawsze pozostaje pytanie, czy Lech Wałęsa to słynny już „Bolek”,
tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa, jako, że teczki ze stosownymi
dokumentami jak dotąd nie ujawniono. Osobiście sądzę, że to nie ma w tej chwili
najmniejszego znaczenia. Obecną, tragiczną sytuację Polski na wszystkich
frontach, zawdzięczamy między innymi Lechowi Wałęsie i nie ma w tej sprawie
najmniejszych wątpliwości. Wałęsa odegrał taka samą rolę, jaką swego czasu grał
niejaki Bolesław Bierut, agent NKWD, wyjątkowo podła kreatura. On też przez
pierwszych kilka lat udawał bezpartyjnego polityka i nawet publicznie pokazywał
się na Mszach Świętych. Chodziło oczywiście o wyprowadzenie w pole
społeczeństwa aż do czasu, kiedy bolszewicki uchwyt na polskim gardle będzie
wystarczająco mocny. I są tu dwie szkoły czy też dwa różne punkty widzenia na
ten temat. Jedna z nich twierdzi, że Wałęsa wraz z resztą KOR-owskiej mafii
plus ex-bolszewicy Polski zdradzić nie mogli bo od początku byli naszymi
wrogami. Żeby coś lub kogoś zdradzić, trzeba najpierw być po ich stronie.
Natomiast ja osobiście skłaniam się ku drugiej szkole, która mówi, że jeśli
ktoś wychował się na polskiej ziemi to ma wobec niej jakiś podstawowy dług
wdzięczności. Dlatego uważam, że miejsce tych ludzi jest poniżej robaków,
żyjących w brudzie szamba. Dlatego też tak bardzo wstrząsnęła mną wiadomość, że
Wałęsa ma być goszczony na ziemi australijskiej przez naszych rodaków.

Nie ulega też wątpliwości, że w historii Polski było wielu zdrajców i nie
jesteśmy pod tym względem ani gorsi ani lepsi niż reszta świata. Ale chyba nie
ma takiego drugiego kraju, gdzie półpiśmienny chłop zostałby prezydentem,
dostał nagrodę Nobla, sprowadził moralność polityczną do poziomu wojskowej
latryny, zniszczył narodowy patriotyzm i na dodatek teraz ma własny Instytut.
Dlatego czasem w środku nocy budzi mnie myśl, która nie chce odejść: ile czasu
jeszcze musi upłynąć zanim Najjaśniejsza Rzeczpospolita w końcu podźwignie się
z kolan i wreszcie uprzątnie nasz Polski dom z brudów.

Zbyszek Koreywo

http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28&w=34146708&v=2&s=0
30.12.05

Ostatnia aktualizacja: poniedziałek, 17 marca 2008 21:05

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.