Narzędzia
Szukaj
Rejestracja Loguj

Krzysztof Wyszkowski

Moczarski ciągle nieprzedstawiony

Kazimierz Moczarski, rocznik 1907, z wykształcenia prawnik, z sympatii liberał, z działania współzałożyciel Klubów Demokratów.

 W roku 1939 powstaje z nich, dotąd istniejące, Stronnictwo Demokratyczne. W czasie okupacji niemieckiej Moczarski staje się aktywnym działaczem podziemia. Konsekwentnie jest związany z jego liberalną częścią, szybko awansuje w hierarchii władz cywilnych. Do historii przejdzie jednak głównie jako autor książki, kultowej dla wielu pokoleń Polaków, "Rozmowy z katem".
Zanim stworzy dzieło swego życia, przejdzie gehennę, której skali i skomplikowania zaledwie mogliśmy się domyślać, a tak naprawdę - nie mieliśmy o niej pojęcia. Znaliśmy jedynie cząstkę tej strasznej drogi, wiedzę swą czerpiąc zresztą głównie z niedopowiedzeń odnotowywanych w oficjalnie serwowanych nam opisach jego życia: np. z prac Andrzeja Kunerta. Na szczęście dla autora "Rozmów z katem" - ale i dla osób interesujących się najnowszą historią Polski - powstała książka Anny Machcewicz: "Kazimierz Moczarski. Biografia". Nie jest to praca całkowita, taka, po której wszystko już wiemy. Nawet nie jest to praca, po której lekturze można by mieć nadzieję, iż nic już nas nie może zaskoczyć. 
Przełamana bariera zakłamaniaNajwiększą zasługą Anny Machcewicz jest to, iż podjęła właściwą drogę badacza. Przełamała barierę zakłamania, wedle którego nie można nic złego mówić o kimś czyim imieniem nazwano ileś szkół, a w niektórych miastach ma nawet ulicę. Po lekturze tej książki można być pewnym, iż najcięższym momentem w życiu Moczarskiego nie był czas liczony od końca roku 1948, gdy rozpoczęło się wobec niego śledztwo, z którego doświadczeń będzie mógł potem napisać głośny tekst o jednoznacznym tytule "49 rodzajów tortur". Oto okazuje się, że jego najgorszy czas stanowią lata wcześniejsze 1945-1948. Lata, w których przez dłuższy czas wierzył w możliwość prowadzenia jakiejkolwiek gry z nowym okupantem, a jednocześnie, szczerze nienawidząc przedwojennej formy ustrojowej panującej w Polsce, liczył na autentyczność przemian demokratycznych, jaka była oficjalnie deklarowana przez nowe władze. I stąd też, zapewne, jego konsekwentny udział, w 1945 roku, w formułowaniu warunków, na jakich miałaby nastąpić samolikwidacja podziemia. Jeśli jeszcze można zrozumieć jego siłę złudzeń, co do mającego nastąpić kierunku rozwoju polskiej rzeczywistości, to na pewno podobną naiwnością nie można już tłumaczyć np. podpisania przez niego, na początku roku 1947, w więzieniu w Rawiczu, zobowiązania agenta celnego. Cytuję Annę Machcewicz: "W związku z oświadczeniem władz więziennych, że sprawa pewnego więźnia X ma decydujące znaczenie państwowe i wymaga szczególnie dobrego rozpracowania, zobowiązuje się do (...)".
... ale nie do końcaAutorka książki usiłuje zniwelować ciężar tego czynu brakiem dokumentów informujących o wykonaniu przez Moczarskiego zadania. Dodaje, iż "umowa" ta była jedynie "wyrazem słabości, chwilowego załamania". Trudno jednak upierać się przy chwilowości takiej decyzji, jeśli wkrótce, bo w marcu tegoż 1947 roku - jak wynika z książki - Moczarski podpisuje kolejne zobowiązanie do współpracy z władzami bezpieczeństwa. Tym razem dla "wykrycia wrogich elementów, które chciałyby obalenia ustroju demokratycznego Państwa Polskiego". Machcewicz tłumaczy to zobowiązanie grą, jaką podjął Moczarski wobec władz, co także, być może, miało być wymogiem wypuszczenia go z więzienia. Generalnie, autorka stara się pomniejszyć znaczenie podpisywania tego rodzaju deklaracji ze strony Moczarskiego. By czyny te były strawniejsze dla dzisiejszego czytelnika, przywołuje - jak zda się sugerować - masowość tego typu decyzji.Więc np. taki Chciuk-Celt, słynny kurier, cichociemny, też podpisał. Ale zaraz po wyjściu z kazamatów uciekł na Zachód i tam wszystko opowiedział. A np. prof. Wiesław Chrzanowski, a jakże! podpisał, i wyszedł. Wprawdzie uciec za granicę mu się nie udało, ale ani myślał wywiązywać się ze zobowiązań... Autorka wzywa do powściągliwości w ocenie tamtych czasów, tamtych ludzi.W każdym razie, wiosną 1947 naczelnik więzienia w Rawiczu, zapowiada Moczarskiemu wyjazd do stolicy "na zwolnienie". I faktycznie jedzie do Warszawy. Nie na wolność jednak, a dla kilkakrotnego odegrania roli świadka. 
Świadek w sprawie płk. LipińskiegoNp. w procesie mającym miejsce jesienią roku 1947. Jednym z ważniejszych oskarżonych w tym procesie był płk Wacław Lipiński, lider sanacyjnego Konwentu Organizacji Niepodległościowych. Moczarski, to pewne, nie lubił sanacji, prawicy (do czego zresztą miał swe indywidualne prawo), ale - zwłaszcza iż nie był to jego pierwszy kontakt z "ludową" sprawiedliwością - musiał wiedzieć, iż sala sądowa nie jest salonem, gdzie ewentualnie można by tego typu sprawy bezpiecznie wywlekać, dyskutować. Moczarski wydaje się jednak nie widzieć różnic; mówi wszystko, co wie, i raczej jest zgodne z wolą prokuratora a nie odwrotnie. Machcewicz i tym razem broni Moczarskiego głównie sugestią jakoby podobnie zachowywało się wielu innych więźniów. Raz jeszcze zostaje przywołany przez autorkę Celt, dodany zostaje generał Marian Januszaitis, który podobno nie był bity, a takiemu Berii wszystko mówił. A i taki Okulicki aresztowany w roku 1941 we Lwowie też za dużo powiedział, jak sugeruje p. Machcewicz. 
Antoni Pajdak jako manewr obronnyAutorka dorzuca do powyższej listy także i znanego PPS-owca, cytując z pracy prof. Andrzeja Friszke następującą informację: "Pajdak także otrzymał wyrok śmierci, nie wykonano go jednak, gdyż był ważnym agentem celnym. Donosił na wielu współwięźniów ważnych politycznie (...). W aktach zachowała się skierowana do kierownictwa MBP opinia o P. jako niezwykle przydatnym agencie celnym".Zaskoczyła mnie ta opinia, pamiętałem przecież, iż Antoni Pajdak sądzony był w Moskwie w roku 1945, a wyrok nie mówił o śmierci, "jedynie" o kilku latach więzienia, które zresztą skazany odbył w sowieckim więzieniu, a następnie łagrze. Zaintrygowany informacją Machcewicz sięgnąłem do cytowanego przez nią eseju. Znalazłem go w zbiorowej pracy o tytule "Naznaczeni i napiętnowani". Najważniejszy moment dla hasła "Pajdak" brzmi: "P. także otrzymał wyrok (...)". Friszke w swym całym tekście ani razu nie rozszyfrował inicjału "P."! A i z tekstu jasno wynika, iż mowa jest o kimś, kto siedział w polskim więzieniu. Nigdzie też nie pada nazwisko Pajdak! Jak nazwać taki "manewr" obronny historyka...?Autorka broni Moczarskiego także i wtedy, gdy opisując jego udział w procesie Konwentu, nie precyzuje faktu, iż wystąpił on w nim jako świadek oskarżenia, m.in. opowiadając o rzekomej współpracy Lipińskiego z Gestapo. Obroną Moczarskiego jest również przemilczenie wysokości wyroku, jaki zapadł wobec Lipińskiego, a był to wyrok śmierci.Nie upłynie wiele miesięcy a Moczarski pojawia się w kolejnym procesie politycznym. Tym razem przeciwko ostatniemu komendantowi NSZ Stanisławowi Kasznicy. Również i w tym procesie świadek mówi o współpracy oskarżanych z Niemcami. Autorka książki fakt ten tłumaczy: "Zeznawał zgodnie z własnym sumieniem, być może licząc na wyjaśnienie zbrodni [mowa o zastrzeleniu w czasie okupacji niemieckiej Makowieckiego, osoby bliskiej Moczarskiemu - uw. G.E.] sprzed lat". A więc, zgodnie z tą logiką, Moczarski, wierzyłby - w roku 1948, po ponad trzech latach bardzo bliskiej "znajomości" z reżymem - w sensowność szukania tak ważnych wyjaśnień na sali sądowej...?
Nowy etap - zwycięskiPod koniec roku 1948 roku nadchodzi nowa fala represji wobec resztek podziemia, ale tym razem jest ona także skierowana wobec ewentualnych konkurentów do władzy w kraju. W tym wobec wielu swych towarzyszy partyjnych, ale nawet i wobec tak marginesowego ruchu politycznego jak SD.I wtedy rozpoczyna się nowy etap w życiu Moczarskiego. Etap, z którego wyjdzie zwycięzcą. Tak z samego procesu jak i życiowo, potrafiąc zamienić 255 dni przymusowego - poniżającego - pobytu z niemieckim zbrodniarzem, w swój sukces życiowy, także intelektualny. W dzieło, którym na zawsze wpisze się w, niezbyt przecież liczne, grono najważniejszych świadków Historii. Stanie się tam m.in. sąsiadem Hannah Arendt z jej dziełem poświęconym Eichmannowi. 

 

Grzegorz Eberhardt

Tygodnik Solidarność, Nr 11 (1067) 13 marca 2009 

Dodajkomentarz

Upewnij się czy wypełniłeś pola oznaczone gwiazdką (*).
Można stosować podstawowe znaczniki HTML.