Egoizm, małostkowość, prywata

Lech Wałęsa, Donald Tusk, Władysław Bartoszewski, Radosław Sikorski, Władysław Frasyniuk i w ogóle wszyscy od lat żalą się, że symbolem zwycięstwa ludzkości nad komunizmem jest, wbrew prawdzie historycznej, obalenie muru berlińskiego, a nie Solidarność. Wszyscy domagają się, żeby świat uznał, iż to właśnie Solidarność, czyli największy ruch społeczny w dziejach, bez użycia przemocy, a więc swoją siłą moralną, rozbił sowiecki totalitaryzm i światowy mit komunizmu.

Gdy jednak nadeszła okazja, żeby o tym wszystkim, w 25 rocznicę przyznania  Pokojowej Nagrody Nobla, przypomnieć, państwowi i samorządowi organizatorzy porzucili starania o realizację interesu Polski na rzecz prostackiej personalizacji tego wydarzenia. Jest prawdą, że w roku 1983 nie można było  przyznać Nobla ruchowi Solidarności, ponieważ NSZZ Solidarność był zdelegalizowany, a więc uhonorowanie go naruszałoby przyjęte nawet w stosunku do państw komunistycznych, normy zachowań dyplomatycznych. W takiej sytuacji nagrodę spersonalizowano i przyznano kandydatowi równie oczywistemu, jak sens tej personalizacji. To do polskiej i światowej opinii publicznej należało odczytanie właściwego znaczenia tego aktu i wówczas nie było z tym żadnego problemu - wszyscy wiedzieliśmy, że jest ta nagroda oznacza wyciągnięcie pomocnej ręki przez demokracje Zachodu wobec brutalnie zaatakowanego przez sowietyzm ruchu Solidarności.

W tamtym również Lech Wałęsa uczciwie głosił, że ta nagroda nie jest dla niego, a dla całego ruchu, dla bezimiennych bohaterów podziemia, dla ofiar stanu wojennego, dla całego społeczeństwa polskiego, które zmaga się z komunizmem. Powtarzał to wielokrotnie i dodawał, że w tym przekonaniu przekazuje medal na Jasną Górę, a pieniądze na działalność Związku.

Po latach z tej prawdy pozostały puste słowa zagłuszone bezczelną prywatą - nie było tworzących Solidarność milionów, był samotny przywódca wspomagany przez zaledwie paru kolegów, a prawdziwość tej wersji historii potwierdzona jest faktem, że

Taka małość ma przykre konsekwencje - uroczystości, które mogły przynieść Polakom sławę i chwałę zostały sprowadzone do poziomu politycznej, personalnej i partyjnej rozgrywki. W efekcie Wałęsa został zredukowany do poziomu Jaruzelskiego, Solidarności wskazano, że Nobla powinna otrzymać razem z Kiszczakiem za „okrągły Stół", założycieli ruchu zelżono jako moralnych karłów i jeszcze radowano się, że zaproszono „samych swoich".

Każdy mógł przewidzieć ryzyko, jakie powstało w chwili, gdy rocznica została podporządkowana personalnie Lechowi Wałęsie, jako ucieleśnieniu Solidarności. W efekcie wielkie dobro musiało zostać oparte na malutkim rozumku byłego przewodniczącego. Musiało więc dojść do katastrofy, którą trzeba było usilnie przemilczać i zagłuszać nieprzytomnymi fanfarami. Otóż Wałęsa w trakcie „debaty" z też dość prywatnie niemądrym Dalaj Lamą, zaczął roztaczać swe wizje nowego porządku światowego, którymi wcześniej, na szczęście w dyskretnej ciszy politycznych gabinetów, doprowadzał do śmiechu członków tzw. Rady Mędrców UE. Powiedział mianowicie, że już 20 lat temu głosił, a obecnie uważa za dowiedzioną, potrzebę natychmiastowego utworzenia rządu światowego dysponującego silną armią. Dzięki temu - prawił Mędrzec kompromitujący siebie i, jako oficjalny delegat rządu, również Polskę - gdy tylko gdziekolwiek na świecie wybuchnie jakiś konflikt, to natychmiast odpowiedni generał ten problem zlikwiduje. Według Wałęsy jest to prosty sposób na osiągnięcia wszechświatowego pokoju i solidarności.

Wszyscy wiedzą, że Wałęsa nie jest, uprzejmie mówiąc, mądrym człowiekiem (a najlepiej wiedzą to ci, którzy się nim posługują dla własnych interesów), ale trzeba nie mieć żadnego szacunku dla prestiżu Polski, by narażać publiczność na tak horrendalne brechty.

Personalizacja rocznicy doprowadziła również do jej pomniejszania przez epatowanie Polaków opiniami takich ludzi, jak Jerzy Urban, którego dowartościowywał swoim udziałem we wspólnym programie telewizyjnym Władysław Frasyniuk. Gdyby fetowano nagrodę nie tylko dla Wałęsy, a dla całej Solidarności, wówczas Urban nie mógłby twierdzić, że Nobel dla Wałęsy należał się razem z Kiszczakiem.

Uroczystości noblowskie potwierdziły, że prawda o Solidarności jest tragiczna. W stanie wojennym Solidarność została infiltrowana przez SB i tak przeorientowana, żeby nadawała się na partnera Jaruzelskiego i Kiszczaka w mistyfikacji „okrągłego stołu". Wypreparowana w ten sposób i zdominowana przez agenturę elita ruchu została dopuszczona do współrządzenia z postkomunistami. Symbolem tej operacji może być fakt, że Wałęsa jest multimilionerem, a Stocznia padła i jego koledzy żyją w nędzy. Wśród „samych swoich" znalazło się  miejsce dla Gromosława Czempińskiego, Małgorzaty Niezabitowskiej czy Marka Borowskiego, ale nie dopuszczono do udziału rzeczywistych twórców antykomunistycznego przełomu.

Lech Wałęsa, ze swoim nieprzytomnym zadufaniem w sobie, jest łatwym narzędziem manipulacji w rękach złodziei solidarnościowego mitu. Dzisiaj ten mit nie służy już do uzdrawiania Polski, a wykorzystywany jest do legitymizowania postkomunistów, jako beneficjentów III RP.