Miałem sen...

Śniło mi się, że Donald Tusk złożył dymisję wraz z oświadczeniem, że rezygnuje z kandydowania na urząd prezydenta , a Lech Kaczyński zapowiedział, że udzieli byłemu premierowi ułaskawienia w każdej sprawie karnej, w której ten podejmie pełną współpracę z organami ścigania.

Śniło mi się dalej, że do czasu przyspieszonych wyborów parlamentarnych prezydent desygnuje na premiera Jarosława Gowina, który z kolei wyjaśnienie afery hazardowej powierza opozycji powołując na ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę, a na ministra sportu Elżbietę Jakubiak.

 

Następnie przyśniło mi się, że nowy premier, w poczuciu upadku międzynarodowej pozycji Polski, uznał za konieczne powierzenie polityki zagranicznej Jarosławowi Kaczyńskiemu, który natychmiast ogłosił, że jednym z jego pierwszorzędnych celów będzie tak ścisła współpraca z Niemcami, by w niedługim czasie doprowadzić do powstania niemiecko-polskiego tandemu, który stałby się kluczowym czynnikiem dla wewnętrznych i zewnętrznych stosunków Unii Europejskiej. Śniłem, że Kaczyński nie tylko nie wspomni więcej nazwiska Eriki Steinbach, ale w ogóle zapomni o jej istnieniu i, zamiast  skupiania się na walce z cieniem, zrozumie, że tak, jak w czasach II RP Niemcy wspierali irredentę ukraińską, tak obecnie wspierają antypaństwową dywersję w postaci układu postkomunistycznego z  dominantami w postaci SLD, części PO i frontu medialnego. Kto, jak nie właśnie on, jest w stanie tak zbudować stosunki z Niemcami, którzy ostatnio odsunęli od władzy zawsze wrogą Polsce SPD, by zrezygnowali z destabilizacji naszej sytuacji wewnętrznej na rzecz wzmocnienia własnej wiarygodności w całej Europie Środkowej i Wschodniej?

Śniło mi się, że premier Gowin na stanowisko ministra do walki z korupcją powołuje Mariusza Kamińskiego, a wszyscy szefowie służb specjalnych ujawnią przed komisją sejmową prawdziwe i pełne wpływy Układu we wszystkich środowiskach politycznych. Następnie, pod naciskiem opinii publicznej i własnych partii, ustąpią z parlamentu wszystkie osoby na których ciążyłoby podejrzenie, tak, by przyspieszone wybory odbyły się w atmosferze wolnej od podejrzenia, że w przyszłym sejmie mogą znaleźć się ludzie manipulowani, czy to przez mafię, czy służby specjalne.

Śniło mi się dalej, że chciałem podzielić się tymi marzeniami z kimś, kto mógłby doradzić Tuskowi, żeby poszukał w sobie tej pokory wobec dobra wspólnego, bez której polityk może stać się cynicznym gangsterem.

Ale sen - mara. Wśród „piłkarzy" panowało już takie przerażenie i upadek ducha, że nie znalazł się nikt, kto zdobyłby się na odwagę samodzielnego myślenia i był zdolny do  szczerej rozmowy.

Jeżeli we środę, gdy się z tego snu obudzę, okaże się, iż Tusk stchórzył i nie złożył dymisji, a nadal próbuje utrzymać się przy władzy, by tuszować partyjne afery i osobiste nadużycia, będzie to znaczyło, że pycha zniszczyła w Donaldzie Tusku nie tylko elementarny szacunek do społeczeństwa i poczucie interesu państwowego, ale też instynkt samozachowawczy. Jeżeli okaże się, że Tusk ministrem sportu będzie chciał zrobić kogoś ze „starych kumpli", to będzie to pogrążający go dowód, że jest beznadziejnie zablokowany w swoim strachu przed ujawnieniem spadku po swoim alter ego - skarbniku PO Mirosławie Drzewieckim.

Jeżeli sprawdzą się najczarniejsze przewidywania i Tusk nie wycofa się z wojny, wypowiedzianej przecież nie tylko przyzwoitości i partiom opozycyjnym, ale po prostu demokratycznej Polsce, to sam złoży najsilniejszy dowód, że jest człowiekiem o mentalności przestępczej. Dlatego wtedy, gdy premier zamknie się w swoim bunkrze dowodzenia służbami specjalnymi i podejmie beznadziejną walkę o uniknięcie wymierzenia sprawiedliwości, prezydent i opozycja muszą znaleźć taką drogę do przezwyciężenia kryzysu państwa, która zagwarantuje, że nie dojdzie do rozlewu krwi.

Upadek rządu afera łów nie zakończy kryzysu państwa. Problemem bowiem nie jest nędza ludzi Układu, a demoralizacja tych milionów wyborców, którzy ochoczo głosowali na kłamców i złodziei, a teraz chcą dać prezydenturę któremuś z agentów komunistycznej policji politycznej.