Solidarność zamiast wolności

Po dwudziestu latach kłamstw o okrągłym stole, Mazowiecki, Michnik i inni twórcy postkomunistycznej III RP, bronią się przed mianem kolaborantów łapiąc się ostatniej wymówki - „wywalczyliśmy dla was przywrócenie Solidarności!" Tak, rzeczywistoście, na ten „numer" udało im się nabrać dużą część opinii publicznej.

Podmienienie nowego związku zawodowego za dawny ruch społeczny było może najpodlejszym manewrem propagandowym ze wszystkich, jakie podczas transformacji zastosowali chętni współpracownicy Jaruzelskiego i Kiszczaka z „drużyny Lecha". Z daleka wiele cech było podobnych: Wałęsa był? - Był. Bujak z Frasyniukiem byli? - Byli. A Lis, Bugaj i cała gromada innych? - Też byli. Więc o co chodzi?

O istotę rzeczy! O wolę wolności, demokracji i niepodległości, której druga Solidarność była zaprzeczeniem. Tzw. relegalizacja Solidarności, budowanej, zgodnie z ustaleniami z Magdalenki, „od góry", oznaczała wyrzeczenie się fundamentalnej wartości ruchu narodowego utworzonego latem 1980 r. - wierności wobec woli ludu! Podczas Wielkiego Strajku stoczniowcy żądali nie tylko wolnych związków zawodowych, uwolnienia więźniów politycznych, likwidacji cenzury, wyprowadzenia PZPR z zakładów pracy i uwolnienia gospodarki spod władzy nomenklatury oraz likwidacji policji politycznej, ale również wolnych wyborów, a więc całościowego rozbicia systemu.

Za te żądania społeczeństwo zostało ukarane wprowadzeniem stanu wojennego. To nie przeciw Wałęsie, Bujakowi, czy Kuroniowi z Geremkiem wyjechały na ulice czołgi. To nie Mazowieckiego z Michnikiem zabijano w kopalni Wujek, bo nie oni dwa tygodnie strajkowali w Manifeście Lipcowym pod ziemią. Za swój antykomunizm Polacy zapłacili regresem stalinizmu, cofnięciem Polski w rozwoju cywilizacyjnym, masową emigracją, nawrotem beznadziei. Ale przez te wszystkie straszne lata po 13 grudnia 1981 r. postawa większości społeczeństwa była tak antykomunistycznie i wolnościowo zdeterminowana, że nie udał się władzom żaden manewr na rzecz „porozumienia narodowego". Po tak demonstracyjnym wyparciu się patriotyzmu przez władze i tylu ofiarach społecznych było oczywistością, że, jak pisał Żeromski, w wolnej Polsce nie będzie dla sowieckich agentów nawet piędzi ziemi na grób.

I właśnie wtedy, gdy antyludzki system zdychał, gdy upadał zbrodniczy Związek Sowiecki, gdy komuniści zrozumieli, że bez pomocy Ameryki będą wisieli na drzewach zamiast liści, Jaruzelski z Kiszczakiem sięgnęli po swoją tajną broń - agenturę. Wśród działaczy Solidarności było jej, dzięki demokratycznym wyborom, za mało, by zdominować Związek. Unieważniono więc mandat władz Solidarności i w trybie sowieckim powołano Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie. Komitet podjął rozmowy z komunistami. Rozpoczęto od historycznej zdrady - zgodzono się, że Solidarność z 1980 r. została zgodnie z prawem zdelegalizowana i nie istnieje. Ludzie okrągłego stołu otrzymali od komunistów patent na budowę nowej, ich własnej, a nie narodowej, Solidarności. Tak jak zdrajcy Jaruzelskiego 13 grudnia 1981 r., tak reprezentanci nowej Solidarności w Magdalence znowu odrzucili wolność własnymi rękami. Zamiast demokracji urządzili głosowanie na samych siebie.

Były t.w. Bolek i jego drużyna: płatni od zadania zwykli agenci, katolicy chorzy na pychę i „konfesjonowani" przez tajną policję, żądni sławy prostacy i łasi na forsę ambicjonaci z NSZZ, do wszystkiego chętne potrockistowskie hieny i przekupni gramsciańscy kabotyni, niewcześni Wallenrodzi, a cała banda  podkoloryzowana gromadą pożytecznych idiotów i przyklepana przez niegodnych kapłanów, uradowanych, że historia najwidoczniej nie toczy się kołem, bo ominął ich los prymasa Poniatowskiego.

Od dwudziestu lat udaje się wmawiać społeczeństwu, że „Polacy obalili komunizm", a to był tylko handel posowieckich gangsterów z białymi murzynami - złoto za koraliki: dla społeczeństwa - neo-Solidarność, dla ludzi okrągłego stołu - władza. Na prezydenta - Jaruzelski, a jak zrobi się niewygodnie, to zastąpią go Wałęsa z Kwaśniewskim. Na premiera nadaje się każdy - Mazowiecki i Miller, Suchocka i Oleksy, choćby Belka czy  Cimoszewicz. Aby nie Olszewski. Nie był agentem, nie nadaje się, więc „natychmiast odsunąć go od biurka".

Każdy z ludzi okrągłego stołu, który w rocznicę 4 czerwca 1989 r. pojawi się na jakichś uroczystościach i nie przeprosi za zdradę Solidarności, będzie łajdakiem.