Kłamcy, kłamstwa i okrągły stół

W ubiegłym tygodniu brałem udział w dyskusji na temat dwudziestolecia III RP, podczas której od jednego z najbardziej renomowanych badaczy usłyszałem twierdzenie, że ważną przyczyną zgody tzw. strony społecznej na kontrakt Okrągłego stołu była „trauma 13 grudnia 1981 r.".

Znałem osobiście wszystkich czołowych przywódców „Solidarności" i „opozycji demokratycznej", ale o żadnej takiej traumie nigdy nie słyszałem. Pamiętam, że rozważania na temat zagrożenia użyciem siły przez władze były stałym elementem rozważań wszystkich aktywnych politycznie ludzi od chwili utworzenia KOR po wybór Jaruzelskiego na prezydenta. O żadnym strachu, a tym bardziej zaskoczeniu, nie może więc być mowy.

 

W rozważaniach tego rodzaju największe zagrożenie upatrywano nie w ataku polskiego wojska i milicji, a w ewentualnym niepowodzeniu takiej akcji i wsparciu polskich komunistów przez armie Układu Warszawskiego. Sprawa była tak doskonale przemyślana i przegadana, że 13 grudnia WRON nie natrafił ze strony „Solidarności"  na żaden poważniejszy opór. To przygotowane i zapowiedziane nie stawianie oporu ogłaszane było po 13 grudnia  jako wielki sukces Związku i objaw wysokiej dojrzałości politycznej całego społeczeństwa. Jeżeli ktoś był tym zaskoczony, to raczej władze PRL, które podjęły kampanię oszczerstw oskarżając „ekstremę" o gromadzenie broni i przygotowywanie list proskrypcyjnych.

Z tego samego powodu władze podziemia krytycznie zareagowały na zbrojną aktywność grupy patriotycznej młodzieży, która ujawniła się przypadkowym zastrzeleniem milicjanta podczas jego rozbrajania. Osobiście tylko raz zetknąłem się z oceną, że lepsza byłaby interwencja sowiecka niż atak dokonany  „polskimi rękami". Była to opinia jednego z doradców, ale ponieważ wyrażona  została w warunkach internowania, nie będę ujawniał jego nazwiska. Zapewniam jednak, że inny doradca, Jacek Kuroń, witał mnie w obozie bez śladu jakiejkolwiek traumy, przeciwnie, z  nie ukrywaną wesołością i głośno wyrażanym przekonaniem, że „bój to jest ich ostatni".

Wśród przywódców „Solidarności" nie było ‘grudniowej" traumy i tego rodzaju usprawiedliwienia dla „okrągłego stołu" nie zasługują na poważne traktowanie. Ale nieprawdziwym argumentem jest również powoływanie się na obawę przed „wkroczeniem". Ten straszak utracił swe paraliżujące znaczenie po przejęciu władzy przez Gorbaczowa, a w 1989 r. nie używali go nawet najbardziej wystraszeni. Koszty gnicia systemu były społecznie bardzo wysokie, ale w sensie politycznym przyszłość jawiła się bardzo optymistycznie - PRL upadał tak nieuchronnie, że „Solidarność" mogła nic nie robić, poza przygotowywaniem się do przejęcia władzy. We wrześniu 1986 r. Jacek Kuroń w wywiadzie zamieszczonym w Biuletynie Informacyjnym „Solidarności" za Granicą na pytanie Stefana Rygiera - Czy brałbyś udział w rozmowach z władzami? - tak prawił: „Dopóki ZSRR istnieje i jest silny, istnieje też konieczność rozmawiania z komunistami, ale ja się do tego nie nadaję. Nie dlatego, że chcę spychać brudną robotę na innych, to komuniści nie chcą rozmawiać ze mną, bo zapisali mnie do najgorszej ekstremy. A jeśli i tak się zdarzy, że oni zechcą ze mną mówić, to będzie to znaczyło, że ich sytuacja jest już taka, że nam się z nimi rozmawiać nie opłaca."

Odpowiedź na pytanie, dlaczego w 1989 r. Kuroń i inni ludzie sprzymierzyli się z komunistami dla ograniczenia wolności i demokracji, jest dużo prostsza i dużo bardziej ponura niż najgłębsza noc grudniowa. Precyzyjnie podał ją on sam w wywiadzie dla Radia Wolna Europa z 28 lutego 1989 r.: „Obradujemy w Pałacu Urzędu Rady Ministrów. Opozycjoniści do pałacu władzy wchodzą albo na czele zbrojnego ludu /.../ przychodzą po to, aby zabrać władcy władzę i wziąć ją sobie. Albo przychodzą na zaproszenie władcy i wtedy władca przeważnie ich zaprasza po to, żeby umocnić swoją władzę, a nie żeby ją osłabić. /.../ Ci, którzy tam wejdą po tym buncie, po tej rewolucji, która się dokona ... nie ma takiej głowy, nie ma takiego czarodziejskiego sposobu, żeby ktokolwiek, a zwłaszcza władza rewolucyjna obfitość dóbr mogła zapewnić. To tak się zawsze w rewolucjach dzieje, że ludzie wchodzą po obfitość dóbr, a potem się okazuje, że jest jeszcze gorzej i wtedy następna fala zmiata kolejnych rewolucjonistów, aż wreszcie znajdują się tacy, którzy zwracają przemoc przeciw ludowi. Taka jest prawda rewolucji. I dlatego my jesteśmy przeciw rewolucji."

Dlatego dzień 4 czerwca 1989 r. pozostanie w historii jako rocznica bezprzykładnego oszustwa, a dzień 4 czerwca 1992 r. jako dzień ujawnienia prawdy o ludziach „okrągłego stołu".