|
Plan Donalda Tuska polegał na tym, że 4 czerwca oparty o Lecha Wałęsę pokaże się w roli przywódcy narodu, który dwadzieścia lat temu głosował przeciw komunistom.
Ale „chemiczny Donald" nie docenił strachu „Bolka", przed wystawieniem się na gwizdy zdradzonych stoczniowców. Ponadto Wałęsa zażądał wprowadzenia zakazu mówienia prawdy o jego współpracy z SB, co okazało się ceną niemożliwą do zapłacenia, choćby dlatego, że kompromitowałoby to zakaz negowania holokaustu. Bez Wałęsy Donek byłby pod Stocznią tylko samotnym żałosnym błaznem, więc nic dziwnego, że wolał zaszyć się w mysiej dziurze na Wawelu - „Jak wyglądają obchody obalenia komunizmu? Jak Donek zza Wawelu".
Trzymaną w tajemnicy przyczyną ucieczki z Gdańska jest też wiedza rządu, że w czerwcu Komisja Europejska może ogłosić nakaz likwidacji Stoczni Gdańskiej, co stałoby się  symbolem „polskiego modelu obalenia komunizmu", wg. którego nomenklatura pozostała cała, ale wraz ze swoimi pomocnikami w rodzaju Tuska rozkradła i obaliła polski przemysł.
Przyznaję, że w argumentacji Tuska osobiście dotknęło mnie jego przyszywanie się do działalności Wolnych Związków Zawodowych. Mówiąc, że „w grudniu 78 czy 79 roku" był z Wałęsą pod Stocznią czcząc ofiary komunistycznego mordu, wykazuje   dezynwolturę uzasadniającą krytykę, jaka spotyka go ze strony działaczy „Solidarności". W r. 1978 Wałęsy pod Stocznią nie było, a Tusk pojawił się tam może w r. 1980. Magister historii niech więc lepiej pozostanie przy swoich zainteresowaniach chemią stosowaną, tak skuteczną do dialogu ze stoczniowcami, niż kolorowaniem swojej przeszłości.
Wierzę jednak, że Tusk naprawdę nie wie, dlaczego Wałęsa boi się stanąć pod pomnikiem poległych stoczniowców w otoczeniu swoich kolegów z Grudnia`70. Nie wie, że ten pomnik jest dla „Bolka" najcięższym oskarżeniem. To Wałęsa rzucił hasło wymarszu do miasta i ataku na więzienie, a sam pobiegł na komendę MO. Po walkach pomysł zbudowania pomnika zamordowanych z przyniesionych w kieszeniach kamieni  rzucił jego kolega z wydziału W 4 - Józef Szyler. Donosił wówczas na Szylera szpicel „Bolek", który w r. 1979, już jako Lech Wałęsa - działacz WZZ, projekt swej ofiary przedstawił jako własny. Ale zrobił to dopiero wówczas, gdy sama SB opracowała plan budowy pomnika na dziesięciolecie wydarzeń. W rok później Wałęsa, zgodnie z intencjami SB, domagał się nadania mu nazwy pomnika pojednania. Argumentował: „Kto ponosi odpowiedzialność za śmierć? Proszę państwa, faktycznie, kto ponosi, no właśnie, na pewno, że nie my, bo nie strzelaliśmy, nie mieliśmy czym. Faktem jest, że to były błędy i wypaczenia. Faktem jest, że nasz związek ma się temu przeciwstawiać, ale faktem jest, że tego życia, to już nie przywrócimy." Nazwę „Pomnik Poległych Stoczniowców" zawdzięczamy uporowi Anny Walentynowicz, wówczas zwalczanej wspólnie przez Wałęsę i SB, a dzisiaj przez Wałęsę, Tuska i cały obóz postkomunistyczny.
Trzeba uznać, że gdy Wałęsa i Tusk mają tak wielkie potrzeby tworzenia alternatywnej wizji historii,  tacy autentyczni działacze WZZ i Solidarności, jak Anna Walentynowicz czy Andrzej Gwiazda, nie mogli dostąpić uznania za godnych udziału w obchodach „obalenia komunizmu". Na Wawel też się nie nadają, bo mogą skompromitować Polskę przypomnieniem, że głosowanie 4 czerwca nie było ani wolne, ani demokratyczne, a w dodatku Wałęsa uratował dla komunistów 34 mandaty do sejmu zmieniając na ich korzyść ordynację wyborczą po pierwszej turze i w ten sposób umożliwił wybór Jaruzelskiego na prezydenta. Gorzej, mogliby twierdzić, że huczne uroczystości mają zagłuszyć pamięć o dokonanej 4 czerwca przez Wałęsę i Tuska zbrodni przeciw państwu i narodowi w postaci obalenia rządu Jana Olszewskiego.
Tak, jak jest prawdą, że 4 czerwca 1989 r. Polacy głosowali przeciw sowietyzmowi, tak samo jest prawdą, że 4 czerwca 1992 r. Wałęsa z Tuskiem  dokonali przewrotu w obronie posowieckiej agentury i nomenklatury. Jeżeli więc chciano by uczciwie honorować to antykomunistyczne głosowanie, to tym bardziej musiano by potępiać przewrót w obronie postkomunizmu. Platforma razem z GW i TVN zrobią więc z 4 czerwca wydarzenie samo w sobie, oderwane od przeszłości i przyszłości, tak by mogli się radować wszyscy - od Jaruzelskiego z Wałęsą, przez Kwaśniewskiego z Michnikiem, Mazowieckiego z Millerem i Oleksym, Bondaryka z Kiszczakiem, po Tuska z Fiszbachem i komunistyczną pięść z solidarnościowym nosem.
Gomułka i Kliszko chcieli stocznię zbombardować. Rakowski ją zrujnował. Wałęsa i Tusk chcą ją zlikwidować. Żeby zatrzeć ślady własnych czynów. Ale gdy już ją zburzą i zaorają i zamkną usta Annie Walentynowicz, kamienie krzyczeć będą.
„Faktem jest, że gdyby nie ten grudzień i te lata, to teraz nie bylibyśmy tak bardzo solidarni. I dlatego też to było wszystko potrzebne. Szkoda, należy ubolewać, bo to jednak nasi bracia, koledzy, ale to już się stało. Dlatego też będziemy starali się pamiętać o tych ludziach, pomagać tym rodzinom i tak to trzeba ustawić." IPN GD 003/166, t. 4, k. 73. |