Bastylia musi zostać zburzona

W dniu 28 stycznia 2010 roku wiele się dowiedzieliśmy o sytuacji w kierownictwie Platformy. I nie chodzi tu o od dawna wymuszoną rezygnację Tuska z kandydowania na prezydenta, ani o krętactwa Drzewieckiego przed komisją śledczą.

Chodzi o dwie rzeczy. Pierwsza, to słowa Tuska o Drzewieckim, że to jego „serdeczny znajomy". Czy ktoś zna takie wyrażenie? O swoim najbliższym od dwudziestu lat współpracowniku, który zna wszystkie tajemnice „macherowania na zapleczu" i „przekierowywania strumieni finansowych", nagle mówi „znajomy"? Przecież tak samo Drzewiecki mówi o Sobiesiaku. Druga, to „kontrolowane sypnięcie" Tuska przez  Drzewieckiego w sprawie przecieku, przestępstwa, za które trafia się do więzienia. Oj, zaprawdę wielki strach zapanował w Platformie, skoro jeden najserdeczniejszy przyjaciel  mówi o drugim językiem charakterystycznym dla ludzi obawiających się prokuratora, a tamten ubezpiecza się w kwestii lojalności swego najserdeczniejszego druha grożąc mu wciągnięciem za sobą w przepaść.

 

Gdy Tusk broni Drzewieckiego „przykrywając" jego zeznania odstawianiem na giełdzie kabaretu, to już nie dlatego, że łączy ich „projekt Platformy", nawet gdyby to był tylko „skok na kasę".  Dzisiaj ci dwaj bracia syjamscy, rozcięci mieczem Mariusza Kamińskiego, wraz z Chlebowskim, Schetyną i całą resztą „znajomych"  na sztywnych nogach usiłują przesuwać się po powierzchni afery w strachu, że cienki lód nagle pęknie, a oni nawet nie będą mieli do kogo krzyknąć: Pomocy! Gdy lód pod ciężarem platformerskich afer raz pęknie, to nagle ci sami prokuratorzy, którzy przed chwilą mieli „dożynać pisowskie watahy", zaczną walić ich po łbach i spychać pod wodę drągami paragrafów. Wtedy już nikt i nic ich nie uratuje.

Tusk musi pozostać premierem dlatego, żeby, jak sam powiedział „wyjaśnić i zamknąć aferę hazardową". Nie może ani na chwilę wypuścić z ręki narzędzi władzy, szczególnie służb specjalnych, bo gdyby wyprowadził się do Dużego Pałacu, to Schetyna wraz resztą  „znajomych" doprowadziliby do ogłoszenia go współwinnym afery razem z Rychem, Miro i Zbychem. Groźba szybkiego złożenia prezydentury i żebrania o ułaskawienie u swego następcy, to nie jest nastrój, w którym prowadzi się kampanię wyborczą.

Gdy premier z roli nadzorcy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego upada do roli jej niewolnika, wkrótce należy oczekiwać wielu ważnych wydarzeń. Ponieważ obecnie sam pijar już nie wystarcza, Tusk musi posłużyć się faktami, a skoro nie potrafi wytworzyć nowych, skupi się na eliminacji starych. Służby zabiorą się więc za niewygodnych dla rządu świadków afer. W czasach, gdy służby specjalne zostają spuszczone z łańcucha i stają się państwem w państwie, nadchodzą ciężkie czasy dla wszystkich, którzy nie będą odpowiednio chyżo zacierać ślady przestępstw.

„Zamykanie afery" przez Tuska ma się odbywać za pomocą wplątywania w nią Prawa i Sprawiedliwości. Temu służyć mają komponowane pijarowsko terminy przesłuchań świadków - następnego dnia po Tusku przesłuchany ma być Jarosław Kaczyński. Ale w tym wypadku strach odebrał aferałom rozum. Nie dostrzegli, że w ten sposób sami wkładają w ręce znienawidzonego przeciwnika, którą ten może publicznie wybebeszyć ich wszystkie piętrowe kłamstwa.

Kaczyński nigdy nie miał tak doskonałej szansy przemawiania na żywo do wielu milionów słuchaczy. Teraz dostał do dyspozycji nawet kilka godzin swobodnej wypowiedzi, której kaprale z PO nie będą mogli zepsuć. Od czasu, gdy w r. 1989 zmontował antypezetpeerowską koalicję, ma najlepszą okazję do odegrania historycznej roli dla dobra kraju.

Na początku powinien zwrócić się wprost do opinii publicznej i systematycznie, po kolei, objaśnić wszystkie nieuczciwe chwyty, całą aparaturę mataczenia i nielegalnych uzgodnień stosowanych przez Tuska, Schetynę i peowskich członków komisji śledczej. Następnie powinien przejść do głównej rzeczy - ujawnienia, że korzenie wszystkich afer tkwią w WSW/WSI i SB. Że modus operandi współpracy „Miro i Zbycha" z „Rychem" nie wziął się znikąd, a z „serdecznej znajomości" Donalda Tuska, pierwszego w polityce polskiej  „człowieka z kasyna",  z Wiktorem Kubiakiem - kreaturą peerelowskich, a więc i sowieckich, służb specjalnych. Że związek pomiędzy SB/WSI, a służącą Tuskowi propagandą dominujących mediów nie jest przypadkiem, a wzajemnym wspieraniem się ludzi Układu.

Dotychczas w prowadzonej  przez PO „wojnie z kaczyzmem" chodziło o władzę. Teraz Tusk i jego „znajomi" walczą o życie, a więc nie cofną się przed niczym. Będą niszczyli państwo, jego instytucje, ale po pierwsze będą niszczyć ludzi. Pomocy poszukają za granicą i takie czynne wsparcie  znajdą ze strony tych, w których interesie jest podtrzymywanie trawiącej Polskę gangreny. Dlatego wołam: Jarku, nie stchórz! Zburz tę Bastylię!